Podróż na Krym
sobota, 9 września 2006
Szykowaliśmy się na ten wyjazd już od dłuższego czasu, Ania i ja oraz zaprzyjaźniona parka Gosia i Maciej. Plan powstał dawno, w odpowiedzi na potrzebę 100% luzackiego wypoczynku (od dobrych kilku lat wakacje spędzaliśmy pracując, trenując, startując bądź męcząc się w jakiś inny sposób ;) ). Teraz nastał czas na leniwe zwiedzanie zakrapiane lokalnymi specjałami.
Plany, planami ale i tak szczegóły dopinaliśmy w ostatniej chwili, w pociągu. Wyrocznią dla mnie był Maciej, który był już kilka razy na Ukrainie, z czego raz na Krymie. Wariant dojazdowy wybraliśmy chyba odpowiedni (a na pewno tani), Pierwszy odcinek to pociąg Poznań - Przemyśl (jak się później okazało najbardziej męcząca część trasy, większą część spaliśmy pod stołami w Warsie), następnie busik do granicy. Na granicy moje pierwsze spotkanie z Wschodem - stoimy w tłumie „mrówek”, kolejka służy chyba tylko po to żeby można się było gdzieś wepchnąć… Na szczęście pogranicznicy nie byli za bardzo dokładni i przejście minęło całkiem sprawnie (kilkadziesiąt minut). Dalej znów busik, tym razem do Lwowa.
Pierwsze kroki w mieście Lwa skierowaliśmy na dworzec, zająć się biletami na dalszą część podróży. Słyszałem mieszane opinie na temat dostępności miejsc w pociągach Lwów - Symferopol i należało się jak najszybciej przekonać kto miał rację. Niestety prawdziwa okazała się pesymistyczna wersja - najpopularniejsze połączenia były wykupione na wiele dni w przód i pozostało nam tylko połączenie przez Kijów. Ale nie ma tego złego, Kijów też warto zobaczyć. Kupiliśmy tylko w jedną stronę, licząc na więcej szczęścia na Krymie Zakupiliśmy więc co trzeba i ruszyliśmy „na miasto”. Nie będę się za bardzo rozpisywał jak minął nam czas we Lwowie, bo nie ma za bardzo o czym. W ciągu dwóch dni zwiedziliśmy standardowe atrakcje turystyczne plus parę knajpek. Po opowieściach jakie słyszałem o tym mieście, jego prawdziwy obraz był dość przygnębiający. Brudno, wszystko poniszczone a do tego wszystkiego remont nawierzchni prowadzony był na terenie całej starówki i okolic (nieco dziwne, że wzięli się za taki poważny remont w środku sezonu turystycznego…).
Miejsca w pociągu mieliśmy w wagonie „plackartnym” czyli bezprzedziałowym sypialnym z miejscówkami. Niestety sprawdziły się opisy podróży po Ukrainie - niechęć do otwierania okien i świeżego powietrza jest tam powszechna, a nawet jeśli nie to zabite gwoździami okna nie ułatwiają tej czynności. Dzięki temu mieliśmy gratis saunę. Na szczęście odpowiednia porcja piwa zakupiona w Kijowie pozwoliła nam w miarę wygodnie przetrwać tę drogę (12 godzin).
Kijów, a właściwie ścisłe centrum ze słynnym Majdanem Niezawisłości, zwiedziliśmy w mocno ekspresowym tempie, mając tylko kilka godzin do następnego pociągu. Może jestem nieczuły na artystyczny urok Lwowa, ale za to byłem naprawdę zdumiony „wielkomiejskością” Kijowa. Monumentalne budynki (ze sterczącymi wszędzie klimatyzatorami) i ekskluzywne samochody przypominały mi bardziej Nowy Jork niż dawne radzieckie tereny. Z Kijowa mieliśmy już bezpośredni pociąg do stolicy Republiki Krymu (Krym jest bardzo mocno niezależny od reszty Ukrainy, za to wszędzie widać tam wpływy Rosjan). Te 15 godzin minęło błyskawicznie, głównie dzięki szczęściu, które rzuciło nas do nowoczesnego wagonu z otwartymi oknami (tzn. dało się je otwierać, ale nie znaczy to wcale że wszyscy to chętnie robili). Oczywiście pisząc o podróży koleją, nie można pominąć świetnego jedzenia sprzedawanego przez „babuszki” na każdej większej stacji. Domowe pierogi z foliowego worka i inne specjały będę długo wspominać…
Symferopol przywitał nas pochmurną pogoda i jak zwykle kłopotami z biletami. Okazało się, że bilety powrotne (dwa tygodnie wcześniej) są praktycznie nie do dostania. Sytuację uratował znajomy, który zaprowadził nas do „mafijnej” kasy lux gdzie za dodatkową opłata billety się cudownie znalazły. Co prawda jakimś objazdem (przez Dniepropietrowsk) ale zawsze to już coś. Pierwszy krymski dzień spędziliśmy leniuchując u znajomych i słuchając opowieści o okolicach.
Są różne warianty zwiedzania Krymu, ale zasadniczo sprowadzają się do wybrania kierunku zwiedzania wybrzeża - z zachodu na wschód czy na odwrót. My wybraliśmy ta drugą opcję i udaliśmy się do Sudoku. Dość szybko okazało się, że nie był ton najlepszy wybór, zamiast milej plaży i egzotycznych ruin zastaliśmy rosyjski kurort, pełen śmieci i nowobogacki wczasowiczów. Tak więc dzień minął na jedzeniu (to się udało - tak dobrych czeburieków jak w knajpie przy drodze na plażę nie jadłem już potem) i zwiedzaniu genueńskiej twierdzy. Twierdza - trzeba przyznać imponująca, ale zawalona też imponującą ilością śmieci…
W trakcie całego dnia nie zajmowaliśmy się za bardzo kwestią noclegu, licząc że „jakoś to będzie”. Wg naszego przewodnika (wyd. Bezdroża) pod twierdzą było niezłe miejsce do noclegu pod chmurką, więc byliśmy spokojni. Rzeczywistość oczywiście nas nie zawiodła i była zupełnie inna…
- Kategoria: podróże







carmex, 2008-06-01 @ 18:36