Rolex Capri Sailing Week

Udostępnij

Najpierw parę słów wprowadzenia. Siedzę (pływam/pracuję czy jak to jeszcze nazwać) chwilowo na Capri, małej wyspie w pobliżu Neapolu. Internetu tu za wiele nie ma (już o tym pisałem), do najbliższego muszę dreptać 20min z 200m górki (powrót jak łatwo się domyśleć jest odrobinę dłuższy). Tak też zrobiłem dzisiaj, miałem wielkie plany co do pracy, publikacji zdjęć itp., a tu niespodzianka – jedyny internet jest też już dzisiaj (23.20) wyłączony, no jak tu do cholery można pracować! W każdym razie siedzę i piszę to w notatniku, może jutro rano uda się opublikować.

Jesteśmy (załoga Better Than…) już na półmetku regat, i dzisiaj wreszcie zaczęło coś wychodzić. Najpierw 11 miejsce (na 19 łódek), ale zaraz potem 3, a to już coś czym warto się pochwalić.

Pierwszy dzień to była niezła dawka adrenaliny przemieszana z nużącą bezczynnością. Dziwne połączenie? A jednak. Mieliśmy w ciągu tego dnia tylko jeden wyścig na, ale za to dystansie ok 30mm. Dzięki porywom wiatru sięgającym 35 węzłów mieliśy zapewnioną adrenalinę, dzięki dystansowi senność (2 razy przysnąłem balastując na burcie). Do tego wszystkiego padający deszcz we współpracy w kilkumetrowymi falami zapewniał prysznice z każdej możliwej strony. Wynik niestty był beznadziejny więc nawet o nim nie wspomnę. O tym, że adrenaliny bywało sporo najlepiej świadczy fakt, że supergwiazdor Karol Jabłoński „taktykujący” na niemieckiej łódce „Earlybird” wyfrunął za burtę wyciągnięty przez spinaker. No cóż, jak widać, zdarza się nawet najlepszym.

Drugi dzień to poprawa pod każdym względem – wreszcie przestało padać, wiatr osłabł do kilkunastu węzłów, a przede wszystkim zaczęliśmy wreszcie odnosić sukcesy (3 miejce w ostatnim biegu). Także inna formuła biegów (3 krótkie wyścigi na bojach), była duż bardziej atrakcyjna.

Fotki z obu dni zawodów wrzuciłem na Flickr’a – głównie ze względu na to, że mają być dostępne dla różnojęzycznych znajomych, będzie im to wygodniej odnaleĹşć niż na tym blogu.


Udostępnij