Hol domowej roboty do swimrun

Hol to cał­kiem przy­dat­ny gadżet w swim­run. Moż­na kupić goto­wy w wie­lu róż­nych warian­tach, ale moż­na też na począ­tek zro­bić swój, kosz­tu­je nie­wie­le i zaj­mu­je ok 15min plus wyciecz­ka do skle­pu.

Co potrze­bu­je­my? Gene­ral­nie Deca­th­lon i Bri­co­man zała­twi­ły spra­wę:

  1. Guma / expan­der. Kolo­ro­wą od ręki mie­li w Pozna­niu jedy­nie w Bri­co­man, więc tam naby­łem 3.5m nie­bie­skiej lin­ki 6mm
  2. Pacz­ka 10cm opa­sek zaci­sko­wych
  3. Dwie taśmy (zestaw dwóch tro­ków do ple­ca­ka 100cm / 25mm )
  4. 2 kara­bin­ki do łatwe­go otwie­ra­nia (małe Blacj Dia­mond „wire” (ewen­tu­al­nie 4 jeśli chce­my na czymś wie­szać łap­ki)
  5. Dwie sprzącz­ki do paska 25mm

Zaczę­li­śmy tre­ning od peł­nej dłu­go­ści lin­ki (zasu­ge­ro­wa­łem się „fabrycz­ny­mi” hola­mi o dłu­go­ści ok 3m), jed­nak po kil­ku tre­nin­gach skró­ci­li­śmy go do 2,20m i wyda­je się teraz opty­mal­ny. Podej­rze­wam jed­nak, że to kwe­stia dość indy­wi­du­al­na i każ­dy musi to sam wypró­bo­wać.

Teraz jesz­cze muszę wymy­ślić do tego jakiś patent na siat­ko­wą kie­szon­kę na żele, chy­ba że mi się znu­dzi po pro­stu kupię coś w sty­lu paska Zone3.

4 Deserts: przegląd sprzętu na etapowy bieg

Start w Nami­bii to był mój debiut w tego typu zawo­dach, więc więk­szość pomy­słów zaczerp­ną­łem z raj­do­wo-przy­go­do­we­go doświad­cze­nia i tego co aku­rat mia­łem w domu. W sumie, nad­spo­dzie­wa­nie dobrze to wszyst­ko zagra­ło, może komuś przy­da się to, co już prze­te­sto­wa­łem, kie­dy będzie przy­go­to­wy­wał się do swo­ich zawo­dów.

Elektronika

Pusty­nia pusty­nią, ale jak­że to tak w podróż bez tele­fo­nu… czy­li na 7 dni bez źró­dła ener­gii ani rusz. Zabra­łem power bank Anker Power­Co­re 10000 i był sta­now­czo za duży, do kil­ku­dnio­we­go zasi­la­nia tele­fo­nu i zegar­ka spo­koj­nie wystar­czy­ło­by 5000, może nawet mniej. Tele­fon z powo­du bra­ku zasię­gu słu­żył przede wszyst­kim do robie­nia zdjęć i czy­ta­nia wie­czo­ra­mi ksią­żek, teo­re­tycz­nie pla­no­wa­łem też posłu­chać muzy­ki, ale w rze­czy­wi­sto­ści nie wycią­gną­łem ani razu słu­cha­wek.

Zega­rek (Suun­to Spar­tan Amber Baro) wyma­gał łado­wa­nia tyl­ko dwa razy, jak bym się bar­dzo uparł to może i raz by wystar­czył. W try­bie ener­go­osz­częd­nym, z wyłą­czo­nym HR bate­ria trzy­ma­ła bar­dzo ład­nie, a i zapis śla­du był wystar­cza­ją­co dokład­ny. Czy­li do ska­so­wa­nia słu­chaw­ki i do zmniej­sze­nia zapa­so­wa bate­ria.

Plecak

W wer­sji pier­wot­nej pla­no­wa­łem pobiec z moim 15-let­nim raj­do­wym Salo­mo­nem, ale final­ny wybór padł na nowy worek – Salo­mon S/LAB PEAK 20 (tu uwa­ga – wer­sja S/LAB róż­ni­ła się dość moc­no od zwy­kłe­go mode­lu PEAK). Były dwa głów­ne powo­dy – od lat bie­gam w kami­zel­kach i już trud­no mi się od nich odzwy­cza­ić, więc duża kami­zel­ka od razu przy­cią­gnę­ła moją uwa­gę.  Ple­cak jed­nak jest nadal na tyle mały, że wymu­sza roz­sąd­ne pla­no­wa­nie baga­żu, gdzie przy 35 litrach sta­re­go ple­ca­ka, pół domu bym pew­nie spa­ko­wał na wszel­ki wypa­dek.

7‑dniowe wypo­sa­że­nie zmie­ści­ło się kom­plet­nie, napcha­ny ple­cak miał ok 9kg, po dwóch dniach (czy­li po odję­ciu dwóch por­cji jedze­nia) nie trze­ba już było kola­nem dopy­chać wszyst­kie­go przy zamy­ka­niu. W bie­ga­niu ple­cak jest rewe­la­cyj­ny, nawet przy peł­nym obcią­że­niu nie ska­cze na ple­cach i ład­nie roz­kła­da cię­żar na ramio­nach (bar­dzo sze­ro­ki pasy). Kie­szon­ki z przo­du zmiesz­czą nawet duże soft­fla­ski (0,75), ja bie­głem z 0,5 któ­re raczej na pew­no wymie­nię na 0,6 przy następ­nej oka­zji (po pierw­sze wię­cej zapa­su na wodę w jed­nym momen­cie by mi się przy­da­ło, po dru­gie obec­ne flasz­ki mam z mały­mi wle­wa­mi, więc na punk­tach już z dale­ka wszy­scy wie­dzie­li że cze­ka ich wyzwa­nie przy nale­wa­niu).

Fabrycz­na wyściół­ka ple­ców wyle­cia­ła na samym począt­ku, zastą­pio­na przez zło­żo­ny mate­ra­cyk do spa­nia (o pew­nych ubocz­nych kon­se­kwen­cjach takie­go roz­wią­za­nia napi­szę kawa­łek dalej), dzię­ki cze­mu zyska­łem parę gra­mów i znacz­nie lep­szą amor­ty­za­cję, ple­cy były wdzięcz­ne.

Lin­ki kom­pre­syj­ne są nie­co skom­pli­ko­wa­ne do opa­no­wa­nia, ale za to jak już się tę sztu­kę posią­dzie, to dzia­ła­ją bez­błęd­nie i mimo róż­ne­go stop­nia napa­ko­wa­nia, ple­cak trzy­ma się tak samo dobrze na ramio­nach. Ple­cak ma jed­na dużą komo­rę, co było bar­dzo przy­dat­ne przy upy­cha­nym pako­wa­niu na eta­pów­kę. W środ­ku teo­re­tycz­nie jest też kawa­łek mate­ria­łu pozwa­la­ją­cy prze­or­ga­ni­zo­wać zawar­tość, ale dla mnie był zupeł­nie nie­przy­dat­ny – uży­wa­łem maty do spa­nia jako amor­ty­za­cji na ple­cach, wte­dy klu­czo­we było takie uło­że­nie mate­ria­łu, żeby nie powo­do­wał dys­kom­for­tu mię­dzy matą a ple­ca­mi.

Z dużych minu­sów wymie­nił­bym chy­ba „tyl­ko” to, że to jed­nak deli­kat­ny ple­cak star­to­wy i nie wiem ile zawo­dów real­nie może prze­trwać. Mój musiał nie­ste­ty wró­cić na rekla­ma­cję (wymia­na) bo padł zamek w jed­nej z przed­nich kie­szo­nek  (tak napraw­dę to cały czas bałem się bar­dziej o głów­ny zamek, któ­ry jed­nak wytrzy­mał bez zastrze­żeń). Pro­blem mógł być więk­szy, bo w tym roku model został zastą­pio­ny przez Out Peak 20, a może po pro­stu za mało było klien­tów na taki duży S/LAB i prze­ro­bi­li go na bar­dziej „cywil­ny” sprzęt…

Ple­cak: https://www.salomon.com/int/product/s‑lab-peak-20.html (nowy model: https://www.salomon.com/pl/product/out-peak-20.html)

Kije

Zawsze bie­gam z kija­mi, nie znam dnia ani godzi­ny jak się mogę popsuć, a w moich pręd­ko­ściach sta­now­czo nie prze­szka­dza­ją. Od kil­ku lat uży­wam Moun­ta­in King Tra­il Bla­ze i jak zwy­kle zro­bi­ły swo­ją robo­tę, jed­nak jeden pusty­ni nie prze­żył… Rada dal wszyst­kich uży­wa­ją­cych alu­mi­nio­wych kij­ków w warun­kach sło­no-mgli­stych (jak na Wybrze­żu Szkie­le­tów) – kije trze­ba koniecz­nie roz­kła­dać na noc, ina­czej alu­mi­nium puch­nie i kij­ki „zaspa­wu­ją” się na amen, nie do roz­krę­ce­nia.

Przy oka­zji podzię­ko­wa­nia dla pol­skie­go dys­try­bu­to­ra, któ­ry spro­wa­dził mi jed­ną sztu­kę na wymia­nę.

Kije: http://mountainking.pl/ultralekkie-kije-do-biegania-trail-blaze.html

Ciuchy

Prak­tycz­nie całe zawo­dy zro­bi­łem w jed­nej zmia­nie rze­czy – krót­kie spoden­ki Salo­mon (jakiś star­szy model, już nawet nie pamie­tam jaki) plus koszul­ka X‑BIONIC Twy­ce. Mimo moje­go przy­wią­za­nia do mar­ki Salo­mon, muszę przy­znać, że koszul­ki X‑BIONIC mnie total­nie zdo­by­ły i od dwóch lat w niczym innym nie star­tu­ję. Skar­pet­ki zmie­nia­łem (3 pary łącz­nie), acz­kol­wiek bar­dziej dla­te­go, ze mia­łem, niż że musia­łem. Spraw­dzo­ne od lat Com­pres­sport Tra­il dały radę bez zastrze­żeń. W połą­cze­niu z buta­mi, ura­to­wa­ły mi sto­py pra­wie w 100% od otarć. Na kolej­ne zawo­dy raczej wezmę już tyl­ko dwie pary.

Kolej­na dla mnie nowość, to pucho­wa kurt­ka. Oka­za­ła się nie­od­łącz­nym towa­rzy­szem wie­czo­rów, a cza­sem rów­nież poran­ków. Puchów­ka Inver­se Cumu­lu­sa spraw­dzi­ła się bar­dzo dobrze, jed­na z naj­lżej­szych na ryn­ku, do tego w napraw­dę nie­złej (w porów­na­niu do kon­ku­ren­cyj­nych) cenie. Brak kap­tu­ra nie jest aż tak wiel­kim pro­ble­mem, moż­na go dobrze wyrów­nać cie­płą czap­ką, któ­ra i tak jest pra­wie zawsze na liście wypo­sa­że­nia.

Koszul­ka: https://sportofino.com/koszulka-x-bionic-running-man-the-twyce-o100668-a550
Skar­pe­ty: https://natural-born-runners.pl/product-pol-4342-COMPRESSPORT-PRORACING-SOCKS-V3-0-TRAIL-czarne.html
Kurt­ka: http://cumulus.pl/pl/kategorie/kurtki/inverse?gid=2&vid=1

Buty

Jak już jeste­śmy przy butach, to na te zawo­dy wzią­łem do testów nowy model  Salo­mo­na S/LAB Ultra. Wybór podyk­to­wa­ny był głow­nie tym, że mają nie­co gęst­szą sia­tecz­kę niż moje sta­re S/LAB Sen­se Ultra i dawa­ły lep­szą nadzie­ję na pia­skosz­czel­ność (tym bar­dziej, że od począt­ku bra­łem pod uwa­gę tyl­ko krót­kie tra­ilo­we ochra­nia­cze na buty, zamiast moco­wa­nych na sta­łe „pustyn­nych”). But jest rewe­la­cyj­ny. Od pierw­sze­go zało­że­nia moż­na w nim lecieć set­ki kilo­me­trów bez żad­ne­go dys­kom­for­tu. Nie wiem jak to robią, ale mode­le S/LAB nie wyma­ga­ją żad­ne­go roz­bie­ga­nia, przy­naj­mniej w moim przy­pad­ku. S/LAB Ultra w porów­na­niu do Sen­se Ultra ma wię­cej miej­sca na pal­ce i ogól­nie jest bar­dziej „kla­pia­ty” i prze­stron­ny. Nie­co dziw­ne uczu­cie, ale szyb­ko moż­na się było przy­zwy­cza­ić.

Prak­tycz­nie jedy­ny minus tych butów, to jak dla mnie prze­strzeń na dole wią­za­nia, gdzie może się dosta­wać piach i małe kamy­ki, to o tyle nie­szczę­śli­we miej­sce, że żaden zwy­kły ochra­niasz tego nie zakry­wa. Gdy­by tam był cały mate­riał zszy­ty z dołem, to było­by ide­al­nie.

Tro­chę bałem się tych butów (i obtarć), więc zapla­no­wa­łem, że buty obo­zo­we muszą być w razie cze­go zdat­ne to cho­dze­nia. Spo­ro szpe­ra­łem w inter­ne­cie i w koń­cu wyszpe­ra­łem – Xero Clo­ud, san­da­ły bie­go­we. Ultra lek­ki kawa­łek gumy z kil­ko­ma sznur­ka­mi oka­zał się nad­zwy­czaj uży­tecz­ny i wygod­ny, nawet  w ramach tre­nin­gu zro­bi­łem w nich jakieś 3km… Rewe­la­cyj­ny kla­pek na odpo­czy­nek w obo­zie, a jed­no­cze­śnie solid­ny san­dał tury­stycz­ny, przy­dat­ny np. do prze­cho­dze­nia rzek. Krót­ko mówiąc, buty zda­ły egza­min.

Buty: https://www.salomon.com/pl/product/s‑lab-ultra.html
Sana­da­ły: https://xeroshoes.com/shop/feeltrue-products/amuri-cloud-mens-barefoot-sandal/

Spanie

Zestaw sypial­ny to pucho­wy śpi­wór plus mata pom­po­wa­na. Śpi­wór jest wypo­sa­że­niem raczej bez­dy­sku­syj­nym, co do maty nadal nie wiem czy jest sens ją brać. Śpi­wór od Cumu­lu­sa zadzia­łał dobrze, był nawet cie­plej­szy niż dekla­ro­wa­na war­tość, co praw­da może to być też zwią­za­ne z tym, że był cięż­szy niż dekla­ro­wa­na war­tość na stro­nie. W każ­dym razie w zakre­sie 0–20 daje się w nim spać w samej bie­liź­nie, do tego hydro­fo­bo­wy puch nie łapie wil­go­ci, więc całość na piąt­kę.

Z matą mia­łem więk­szy kło­pot – ultra­lek­ki Ther­ma­rest to teo­re­tycz­nie świet­ny wybór, w prak­ty­ce jed­nak zała­pał mikro­dziur­ki już dru­giej nocy (praw­do­po­dob­nie pod­czas bie­gu, kie­dy był amor­ty­za­cją moich ple­ców) i resz­tę zawo­dów spa­łem na gle­bie z cien­kim mate­ria­łem pod spodem… Wysy­pia­łem się, więc czy jest sens brać następ­nym razem mate­ra­cyk? Nie wiem. Na pew­no przy­da się izo­la­cja od pod­ło­ża, tyl­ko że taka izo­la­cja nie będzie spo­ro lżej­sza od mate­ra­cy­ka (dzia­ła­ją­ce­go!), więc nie wiem czy to ma sens. Raczej na pew­no dam mu jesz­cze jed­ną szan­sę po napra­wie (gwa­ran­cję odrzu­cił pol­ski dys­try­bu­tor).

Spi­wór: http://cumulus.pl/pl/kategorie/spiwory/x‑lite-200–483140?gid=24&vid=6
Mata: https://www.wgl.pl/mata-therm-a-rest-prolite-plus.html

Jedzenie

Cie­ka­wost­ka – wzią­łem mniej kalo­rii niż potrze­bu­ję z nauko­we­go punk­tu widze­nia, a w prak­ty­ce oka­za­ło się że mam jedze­nia za dużo i obda­ro­wy­wa­łem zawod­ni­ków. Głów­nym ele­men­tem były: pacz­ki z Lyofo­od (koko­so­wa owsian­ka i kur­czak tik­ka masa­la to pod­sta­wa, krem pomi­do­ro­wy za to wcho­dził kie­dy już żad­ne inne jedze­nie nie chcia­ło… ), do tego żele i żel­ki Stin­ge­ra oraz bato­ny Chia­char­ge i Dobry Squ­at. Puste miej­sce dopcha­łem orze­cha­mi maka­da­mia i pekan (Lidl). Jako bonus doszły dwie pacz­ki kaba­no­sów, kawa lio­fi­li­zo­wa­na i mię­to­wa her­ba­ta. Po bie­gu docho­dził jesz­cze napój reco­ve­ry od Ene­rvit. Mię­to­wą her­ba­tę pole­cam na każ­dy dłu­gi bieg, a już na pew­no taki w upa­le. Saszet­ka daje się zalać nawet zim­ną wodą w bido­nie, łago­dzi pro­ble­my żołąd­ko­we i daje odpo­cząć od słod­kich ener­ge­ty­ków.

Menu zadzia­ła­ło bar­dzo dobrze, z jed­ną nie­spo­dzian­ką bato­no­wą – moje ulu­bio­ne owo­co­we Dobre­Squ­aty nie wcho­dzi­ły mi wca­le w upa­le, za to Chia­char­ge mogłem jeść w dowol­nej ilo­ści. Aż mi było przy­kro patrząc na innych zawod­ni­ków krzy­wią­cych się na kolej­ne por­cje swo­ich lio­fi­li­za­tów, bo moje codzien­nie sma­ko­wa­ły rewe­la­cyj­nie – bra­wo Lyofo­od!

Szcze­rze – daw­no nie mia­łem takiej wyżer­ki. Mia­łem mi ok 3000 kcal na dzień, cało­ści nie zja­dłem sam, a  chy­ba po bie­gu przy­ty­łem…

Nawad­nia­nie zadzia­ła­ło też dobrze, na każ­dym eta­pie piłem mniej niż sta­ty­stycz­ny zawod­nik, jed­nak bar­dzo regu­lar­nie mały­mi por­cja­mi i moc­no pod­ła­do­wa­ne sola­mi (Sal­ty Sticks i Nuun). Będę się tego trzy­mał, cho­ciaż dla bez­pie­czeń­stwa jed­nak zamie­nię flasz­ki na nie­co więk­sze, jak wspo­mnia­łem wcze­śniej.

Lio­fi­li­za­ty (dania głów­ne, kil­ka zup, owsian­ka koko­so­wa i owo­co­we kok­ta­ile): https://lyofood.pl/collection
Żele i żel­ki: https://natural-born-runners.pl/firm-pol-1444411203-Honey-Stinger.html
Chia­char­ge: https://natural-born-runners.pl/firm-pol-1421160707-Chia-Charge.html
Sole mine­ral­ne: https://natural-born-runners.pl/firm-pol-1495872988-Nuun.html oraz https://natural-born-runners.pl/product-pol-1642-SALTSTICK-100-kapsulek.html
Rege­ne­ra­cja: https://natural-born-runners.pl/product-pol-4414-ENERVIT-RECOVERY-DRINK-SASZETKA-pomarancz-50g.html

Podsumowanie

Za dużo w kon­fi­gu­ra­cji sprzę­to­wej nie pla­nu­ję zmie­niać, jed­nak po drob­nych mody­fi­ka­cjach myślę, że mogę zejść poni­żej 8kg, a nawet bli­żej 7kg jeśli nie poli­czę kij­ków, z któ­ry­mi waży­łem ple­cak na odpra­wie. Oka­że się za rok, jak będę się przy­mie­rzał do Ata­ca­my…

ps. dzię­ki Wojt­ko­wi z 500 miles za wypo­ży­cze­nie mikro czo­łów­ki!

Dieta orzechowa

Dzi­siaj wpis znów o jedze­niu (to znów jest bar­dzo względ­ne, szyb­kie spoj­rze­nie w histo­rię blo­ga wska­zu­je że pisa­łem o jedze­niu ostat­nio w paź­dzier­ni­ku 2009, acz­kol­wiek kie­dyś zda­rza­ło się to cze­ściej).

Jak się bar­dziej zasta­no­wić, to cały start w Saha­ra Race to jed­no wiel­kie  myśle­nie o jedze­niu. Wiem już na 100%, że nie jestem w sta­nie zabrać ze sobą tyle jedze­nia, żebym nie cho­dził głod­ny, po pro­stu się nie da bo ple­cak bym musiał wypra­wo­wy zabrać, a nie bie­go­wy. Sen­sow­na wer­sja mini­mal­na to 3000 kcal / dzień (wyma­ga­ne przez orga­ni­za­to­rów mini­mum prze­ży­cia to 2000 kcal / dzień), ale to bar­dzo dale­ko od moje­go real­ne­go zapo­trze­bo­wa­nia.

Misja na teraz, to dobrać takie jedze­nie, któ­re bez zwięk­sza­nia znacz­ne­go obję­to­ści i wagi pod­nie­sie mi zarów­no dzien­ne racje ener­gii, ale też kom­fort psy­chicz­ny pod­czas odpo­czyn­ku.

Przez ostat­nie tygo­dnie spraw­dza­łem róż­ne lio­fi­li­za­ty (Lyofo­od, Tre­k’n Eat, Aptonia/Decathlon) i o ile na wszyst­kie reagu­ję względ­nie dobrze, to mam zde­cy­do­wa­ne­go fawo­ry­ta sma­ko­we­go i na nim opie­ram roz­kład jedze­nio­wy na start.

Na chwi­lę obec­ną, pod­su­mo­wu­jąc moje raj­do­wo-pustyn­no-bie­go­we doświad­cze­nia i ostat­nie testy jedze­nio­we, plan die­ty wyglą­da nastę­pu­ją­co:

Śniadanie:

Sta­wiam na lio­fi­li­zo­wa­ną koko­so­wa owsian­ka, duże śnia­da­nie to pod­sta­wa, więc bio­rę podwój­ną por­cję (200g, 1000 kcal). Począt­ko­wo chcia­łem ją prze­pla­tać z jaglan­ką tej samej fir­my, ale róż­ni­ca sma­ko­wa jest na tyle duża, że zosta­ję przy tym samym śnia­da­niu. O ile na jaglan­ce wystar­to­wa­łem Bieg Gra­nią Tatr i było nie­źle, to jed­nak nie chcę tego doświad­cze­nia sma­ko­we­go aż tak czę­sto powta­rzać. Koko­so­wa owsian­ka rzą­dzi.

W pla­nach śnia­da­nio­wych mam też pomysł na eks­tra­wa­gan­cję w posta­ci lio­fi­li­zo­wa­nej kawy, ale muszę ją naj­pierw prze­te­sto­wać, na ile sma­kiem rze­czy­wi­ście dorów­nu­je parzo­nej. Zwy­kłej roz­pusz­czal­nej nie bio­rę pod uwa­gę, w takiej sytu­acji wolę her­ba­tę. Przy oka­zji her­ba­ty – bio­rę też zapas mię­to­wej, dobrze się spraw­dza. w upa­le, a w razie sytu­acji awa­ryj­nej może tro­chę pod­ra­to­wać żołą­dek.

Obiad/lunch:

Tutaj mam jesz­cze tro­chę dyle­mat. Teo­re­tycz­nie kur­cza­ko­wa tik­ka masa­la od Lyofo­od jest naj­bar­dziej napa­ko­wa­na ener­gią i cał­kiem smacz­na, ale… po kil­ku dniach mogę mieć inne zda­nie. To muszę jesz­cze pote­sto­wać, ale raczej pój­dę w duży zestaw z kur­cza­kiem na zmia­nę ze scha­bem w połą­cze­niu z  zupa­mi. Przez chwi­lę kuszą­ce wyda­wa­ło się rów­nież cur­ry pokrzy­wo­we (moc­no ener­ge­tycz­ne), ale potrwa­ło to tyl­ko do pierw­sze­go testu…

Dodatki:

Na nor­mal­nych bie­gach jem prak­tycz­nie tyl­ko żele i je chcia­łem zabrać, tyl­ko jest z nimi jeden pro­blem – zawie­ra­ją wodę i ważą przez to nie­po­trzeb­nie wię­cej. Bio­rę więc tyl­ko kil­ka ulu­bio­nych od Honey Stin­ger i dobie­ram im do towa­rzy­stwa tro­chę żel­ków tej samej mar­ki. Na ten wyjazd bato­ny (a może raczej cia­stecz­ka?) bar­dziej się przy­da­dzą – tutaj wybór mam jeden, bo prak­tycz­nie bez opo­rów mogę jeść tyl­ko sło­na­we Chia Char­ge. Nie­ko­niecz­nie pod­czas bie­gu , ale jako ener­ge­tycz­ny deser będą w sam raz. Do dese­rów tra­fi też kil­ka paczek lio­fi­li­zo­wa­nych owo­ców.

Do cało­ści doj­dą jesz­cze, oprócz wspo­mnia­nej kawy i her­ba­ty, napo­je: owo­co­wy sha­ke od Lyofo­od (dla samo­po­czu­cia 😉 ) i cze­ko­la­do­wy napój od Nutrend (reco­ve­ry). Nie mam do koń­ca tyl­ko pomy­słu na smak wody. Nie potrze­bu­ję pako­wać do niej iso­to­ni­ków, bo bio­rę Salt­Sticks, ale dobrze by było mieć coś na zmia­nę sma­ku w piciu… Po latach prób piję w sumie albo samą wodę, albo napój Uni­sport mara­ku­ja od Nutren­da, tyle, że on nie wystę­pu­je w for­mie odwod­nio­nej, a przez to raczej odpa­da… Pew­nie pad­nie na Iso­star w tablet­kach, bo on jest na dru­gim miej­scu mojej listy, cho­ciaż dale­ko za nutren­dem.

Pacz­ko­wa­ne lio­fi­li­za­ty i inne spor­to­we jedze­nie spraw­dza­ją się dobrze sma­ko­wo, są nie­źle napa­ko­wa­ne ener­gią, jed­nak nie jest to mak­si­mum ener­ge­tycz­ne jakie moż­na wyci­snąć ze stu gram. W tym momen­cie na ratu­nek przy­cho­dzą orze­chy.

Róż­ne­go rodza­ju orze­chy są na szczy­cie ener­ge­tycz­nej dra­bi­ny – 100 g orze­chów maka­da­mia / pekan ma aż ponad 700 kcal (690–750, zależ­nie od źró­deł)! O ile za maka­da­mia nie prze­pa­dam, to po miesz­ka­niu w USA zosta­ło mi przy­wią­za­nie do pekan (za cia­sto z pekan i syro­pem klo­no­wym nadal potra­fię oddać wie­le).

Krót­ko mówiąc, wszyst­ko co zaosz­czę­dzę na wadze sprzę­tu, dopcham orze­cha­mi. Stan na dziś (zakła­da 300g orze­chów):  3100 kcal / dzień, waga jedze­nia 5 kg.

Ps. sły­sza­łem o moż­li­wość zapra­wia­nia wszyst­kie­go dodat­ko­wo ole­jem koko­so­wym czy pal­mo­wym (850–950 kcal / 100 g), ale nie wiem czy ja i mój żołą­dek jeste­śmy na to  goto­wi 🙂

Marsz Śledzia

Od roku, kie­dy przy oka­zji offro­ado­wej impre­zy Land Rove­rów nad morzem, dowie­dzia­łem się o Mar­szu Śle­dzia, wie­dzia­łem że muszę cho­ciaż raz spró­bo­wać tego spa­ce­ru po wodach Zato­ki Puc­kiej. W tym roku nada­rzy­ła sie oka­zja, uda­ło mi się zała­pać na reje­stra­cję (miej­sca skoń­czy­ły się w 12 min od otwar­cia zapi­sów) i 21 sierp­nia po kil­ku godzi­nach jaz­dy i noc­le­gu na tyl­nym sie­dze­niu disco sta­wi­łem się na star­cie Mar­szu.

Impre­za obej­mu­je kil­ku­go­dzi­ne przej­ście z Kuź­ni­cy do Rewy z krót­ki­mi odci­nak­mi wyma­ga­ją­cy­mi pły­wa­nia, jest też jeden odci­nek dłuż­szy, ale ten moż­na poko­nać przy wspar­ciu mecha­nicz­nym (holu­jąc się za kutrem).

Po dość spraw­nej reje­stra­cji i wypo­sa­że­niu w śle­dzio­wą koszul­kę cała gru­pa ok 100 osób wybra­ła się na start. Sam start nie­co się opóź­nił ze wzglę­du na TVN i ich sil­ną potrze­bę krę­ce­nia star­tu na wła­sne potrze­by :). Tak więc z małym pośli­zgiem wszy­scy wyru­szy­li na tra­sę.

Począ­tek to kil­ka­dzie­siąt metrów pły­nię­cie, jed­nak na tyle mało, że nie było sen­su nawet myśleć o płe­twach i spo­koj­ną żab­ką szyb­ko moż­na było dotrzeć do wypły­co­ne­go począt­ku mie­li­zny. Od tego miej­sca następ­ne kil­ka kilo­me­trów to już bro­dze­nie w wodzie się­ga­ją­cej od kostek po uda w głęb­szych miej­scach. Jako, że towa­rzy­szy­ła nam ład­na pogo­da, więk­szość dość szyb­ko zaczę­ła prze­ra­biać pian­ki na wer­sje bar­dziej prze­wiew­ne, ja ogra­ni­czy­łem się do pozby­cia pian­ko­wych butów, któ­re przy czła­pa­niu w wodzie bar­dziej prze­szka­dza­ły niż poma­ga­ły.

Mniej wię­cej w poło­wie tra­sy, pły­ci­zna zamie­nia się w łachę pia­chu, po któ­rej moż­na już iść suchą nogą. W tym miej­scu orga­ni­za­to­rzy zapla­no­wa­li prze­rwę na „posi­łek rege­ne­ra­cyj­ny” w posta­ci solo­ne­go śle­dzia. Pierw­sze wra­że­nie może nie było naj­lep­sze (śledź w cało­ści i z „zawar­to­ścią”), ale jak się oka­za­ło sma­ko­wał cał­kiem nie­źle, do tego stop­nia że zgło­si­łem się po dokład­kę. Nie­ste­ty, na tym eta­pie bate­ria w kame­rze już odmó­wi­ła posłu­szeń­stwa, więc nie mam doku­men­ta­cji tego posił­ku…

Zapis śle­dzio­we­go przej­ścia i kil­ka fotek na TRAIL.PL:

Po dłuż­szym wyle­gi­wa­niu i obja­da­niu śle­dzia­mi nad­szedł czas, żeby ruszyć w dal­szą dro­gę. Tutaj zaczy­nał się etap głę­bo­kiej wody, prze­pły­wa­ny przez lokal­nych twar­dzie­li, a holo­wa­ny dla całej resz­ty uczest­ni­ków. Muszę przy­znać, że te 1.5km były­by na pew­no trud­ne, ale bio­rąc pod uwa­gę tem­pe­ra­tu­rę wody chy­ba wolał­bym jed­nak pły­nąć, bo holo­wa­ny za kutrem wymar­z­łem tak potwor­nie, że sto razy bar­dzie wolał­bym zmę­czyć się macha­jąc płe­twa­mi. Może następ­nym razem…

Ogól­nie impre­za bar­dzo faj­na i pod wzglę­dem trud­no­ści na pew­no nie eks­te­mal­na, bar­dziej wyciecz­ko­wa. Ze wzglę­du na pew­ne kon­tro­wer­sje doty­czą­ce tra­sy (wąt­pli­wo­ści eko­lo­gów doty­czą­ce gniaz­do­wa­nia pta­ków), dobrze że odby­wa się raz w roku i do tego w ogra­ni­czo­nej licz­bie uczest­ni­ków. Dzię­ki temu zysku­je też dodat­ko­wej wyjąt­ko­wo­ści.

Pozdro­wie­nia dla współ­to­wa­rzy­szy Mar­szu!

Big Dog

Zima za pasem, a ja nadal nie napi­sa­łem o dwóch świet­nych wyjaz­dach kaja­ko­wych do Czech ze spraw­dzo­ną eki­pą Próch­na w Kaja­ku. Do wio­sny raczej nigdzie się kaja­ko­wać już nie wybio­rę (no chy­ba, żeby zje­chać kaja­kiem z jakiejś gór­ki jak przy­śnie­ży), powspo­mi­nać war­to.

Dla mnie głów­ny cel był jeden – wybrać dla sie­bie kajak na przy­szły sezon. Od 2 lat, kie­dy zaczą­łem pły­wać po górach pró­bo­wa­łem róż­nych poży­czo­nych sprzę­tów (dzię­ki wiel­kie wszyst­kim któ­rzy pod­ję­li ryzy­kow­ne decy­zje uży­cze­nia mi kaja­ka i innych czę­ści wypo­sa­że­nia), teraz wresz­cie czu­ję się na tyle kom­pe­tent­ny, żeby wybrać coś wła­sne­go.

Od zeszłe­go roku byłem strasz­nie nakrę­co­ny na model Detox fir­my Flu­id, i to wła­śnie ten kajak chcia­łem naj­moc­niej prze­te­sto­wać na Hame­ra­ku we wrze­śniu. Rzecz­ka na testy jest w sam raz, WW I do III, łącz­nie 3 faj­ne kaska­dy. Tro­chę się jed­nak spóź­ni­łem na start (pierw­szy zjazd zro­bi­łem na poży­czo­nym sta­rym kaja­ku) i oka­za­ło się, że Detox jest dość popu­lar­nym mode­lem i muszę się zado­wo­lić czymś innym tego dnia. Stwier­dzi­łem, że bio­rę co leży i w ten spo­sób „przy­własz­czy­łem” na resz­tę dnia nowiut­kie­go, czer­wo­ne­go For­ce’a 7.7 bry­tyj­skiej fir­my Big Dog. Efekt pierw­szej run­dy prze­szedł moje naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia, kajak pły­nął tam gdzie chcia­łem (co w moim przy­pad­ku nie­ste­ty nie jest oczy­wi­sto­ścią), sta­bil­ny był nie­sa­mo­wi­cie, a jed­no­cze­śnie zwrot­ny i wygod­ny, po pro­stu cudo. Zachę­co­ny tymi pró­ba­mi, nie mogłem się docze­kać tego wyma­rzo­ne­go Deto­xa na dru­gi dzień.

Dru­gie­go dnia kar­nie od rana (no pra­wie rana, bo Cze­si jak zwy­kle nie­co prze­cią­gnę­li impre­zę) sta­wi­łem się po odbiór Flu­ida. I nie­ste­ty na tym mój entu­zjazm się skoń­czył. Łód­ka sła­biej wyko­na­na w środ­ku, dużo mniej wygod­na, a co dla mnie waż­niej­sze bar­dzo ner­wo­wa na kra­wę­dziach (to aku­rat mój indy­wi­du­al­ny pro­blem, że nie umiem pły­wać w prze­chy­łach, ale dla wybo­ru kaja­ka dla sie­bie to istot­ne). Po jed­nej run­dzie ścier­pły mi nogi, zali­czy­łem „kabi­nę” na trze­ciej kaska­dzie i ogól­nie już tęsk­ni­łem za For­ce­’m. Żeby nie było wąt­pli­wo­ści, zro­bi­łem dru­gą run­dę, po czym tyl­ko bar­dziej ścier­pły mi nogi i po raz kolej­ny wylą­do­wa­łem na tym samym drze­wie na kaska­dzie. Czy­li krót­ko mówiąc, na tym marze­nia o Deto­xie się zakoń­czy­ły, a zaczę­ły o Big Dogu

Kil­ka tygo­dniu póź­niej, nada­rzy­ła się oka­zja, żeby dokoń­czyć testy i wresz­cie coś wybrać. Na Vavri­nec­kim Poto­ku dokoń­czy­li­śmy testo­wa­nie kaja­ków (i cier­pli­wo­ści dys­try­bu­to­ra) i chy­ba wresz­cie wybra­li­śmy nowe pojaz­dy.

Vavri­nec to rzecz­ka nie­co mniej atrak­cyj­na od Hame­ra­ka (tyl­ko jed­na kon­kret­na kaska­da plus tro­chę dro­bia­zgów), ale pozwo­li­ła dobrze pote­sto­wać wybra­ne mode­le Big Doga. Oka­za­ło się, że w ofer­cie mają 2 bar­dzo podob­ne kaja­ki: For­ce i Flux. O ile ten pierw­szy to raso­wy river run­ner, to ten dru­gi pro­du­cent rekla­mu­je jako river run­ner z zacię­ciem do zaba­wy. Z wyglą­du bar­dzo podob­ne, wypor­no­ścią rów­nież, róż­nią się nie­co kształ­tem kadłu­ba i zacho­wa­niem. Flux to fak­tycz­nie tro­chę bar­dziej wyma­ga­ją­ca łód­ka, nie­co mniej wygod­na i zwrot­na nie­sa­mo­wi­cie.

O ile zdro­wy roz­są­dek cały czas mi pod­po­wia­dał Force­’a 7.7, to już moja ambi­cja sta­wia­ła zde­cy­do­wa­nie na mniej­sze­go Flu­xa 7.3… Dwa dni zasta­na­wia­łem się co z tym zro­bić i osta­tecz­nie sta­nę­ło jed­nak na ambi­cji 🙂

Teraz czas tyl­ko pocze­kać na dosta­wę i wybrać się na jakiś tre­ning zanim jesz­cze lód sku­je jezio­ro…

A na deser fil­mik z Vavrin­ca:

ps. film z Vavrin­ca i fot­ki z Hame­ra­ka autor­stwa ojca dyrek­to­ra, Jar­ka

Projekt „na szlaku”

Naczy­ta­łem się spo­ro o róż­ne­go rodza­ju „start-upach”, a teraz nad­szedł wresz­cie czas na dłu­go ocze­ki­wa­ny wła­sny pro­jekt. W cią­gu naj­bliż­szych kil­ku mie­się­cy, ujrzy świa­tło dzien­ne połą­cze­nie mojej pra­cy i hob­by, czy­li nowy ser­wis poświę­co­ny tury­sty­ce aktyw­nej w Pol­sce. Wie­le kilo­me­trów prze­by­tych na raj­dach AR, czy po pro­stu z spa­ce­ro­wo ple­ca­kiem w róż­nych miej­scach świa­ta spra­wi­ło, że napraw­dę doce­niam, to co mamy pod wła­snym nosem.

Jed­no­cze­śnie zda­ję sobie spra­wę, jak dale­ko jeste­śmy w tyle jeśli cho­dzi o roz­wój aktyw­nej tury­sty­ki w porów­na­niu z naszy­mi zachod­ni­mi sąsia­da­mi (co cie­ka­we, oni się tym nie przej­mu­ją i coraz licz­niej odwie­dza­ją nasz kraj). Z tej to „świa­do­mo­ści” powstał pomysł na bazę naszych lokal­nych szla­ków tury­stycz­nych w połą­cze­niu z infor­ma­cja­mi od samych użyt­kow­ni­ków. Coś jak lokal­ne Eve­ry­tra­il (nie będę prze­cież uda­wał że mój pomysł jest jedy­ny i naj­lep­szy – po pro­stu chcę parę rze­czy zro­bić lepiej niż gdzie indziej 😉 ). Chcę spra­wić że nowy ser­wis będzie pod­sta­wo­wym narzę­dziem przed krót­szą lub dłuż­szą wyciecz­ką w teren, a może nawet pod­czas (w koń­cu GPSy w tele­fo­nach to też już nie egzo­ty­ka).

Pomysł jest dość ambit­ny, mimo współ­pra­cy z PTTK i wspar­cia UE (tak, to się już uda­ło), nie jest łatwo o nie­zbęd­ne infor­ma­cje, ale po tro­chu dążę (a wła­ści­wie dąży­my, bo nie dzia­łam sam) do celu.

Teraz przej­dę do naj­waż­niej­sze­go – szu­kam osób któ­re chcia­ły­by współ­pra­co­wać przy budo­wie tego ser­wi­su (por­ta­lu, prze­wod­ni­ka czy jak to ina­czej nazwać), szcze­gól­nie zale­ży mi na kon­tak­cie z oso­ba­mi lubią­cy­mi szwen­dać się po pol­skich szla­kach, robić do tego faj­ne fot­ki i pisać o tym co widzie­li. Jeśli czy­ta­cie to i macie ocho­tę dołą­czyć, to pisz­cie do mnie (adres u góry stro­ny), dzwoń­cie lub dołą­czaj­cie do stro­ny na Face­bo­oku – parę osób już tam jest.

UE i turystyka w Wielkopolsce

Bar­dzo moc­no inte­re­su­ję się ostat­nio dofi­nan­so­wa­nia­mi unij­ny­mi i faj­ny­mi pro­jek­ta­mi zwią­za­nym z tury­sty­ką. Jak na zamó­wie­nie uka­zał się ostat­nio doda­tek lokal­ny do Gaze­ty, doty­czą­cy cie­ka­wy­mi przy­kła­da­mi inwe­sty­cji wspie­ra­nych z róż­nych pro­gra­mów unij­nych.

Wie­le z nich na pew­no nigdy nie wyszło­by poza fazy pla­nów, gdy­by nie te dodat­ko­we pie­nią­dze, a tak jest szan­sa na infra­struk­tu­rę zbli­żo­ną do tej po zachod­niej stro­nie gra­ni­cy. Moje ulu­bio­ne pro­jek­ty z zesta­wie­nia poni­żej.

  1. Kaja­kiem przez Pusz­czę Zie­lon­kę to wyzna­cze­nie ponad 11km szla­ków wod­nych mię­dzy Pobie­dzi­ska­mi i Tucz­nem. To kolej­ne świet­ne przed­się­wzię­cie w tej oko­li­cy (wyty­czo­no już kil­ka­set km szla­ków rowe­ro­wych) i zapo­wia­da się napraw­dę cie­ka­wie. Do tego pomy­sło­daw­cy twier­dzą, że to dopie­ro pierw­szy etap więk­sze­go pro­jek­tu, mam nadzie­ję że nie ostat­ni.
  2. Spa­cer bul­wa­rem nad War­tą to rewe­la­cja, tyl­ko dla­cze­go w Koni­nie, a nie w Pozna­niu? Brak „życia” nad rze­ką w Pozna­niu to coś co mnie bar­dzo boli, bo przed ocza­mi mam zawsze miej­skie tere­ny nad­rzecz­ne w mia­stach Euro­py i Ame­ry­ki. Tam to jest duma i cen­trum mia­sta, a u nas? Tak czy ina­czej bra­wa dla Koni­na.
  3. Baza wod­na na Note­ci w Czarn­ko­wie dla kaja­ka­rzy, żegla­rzy i moto­ro­wod­nia­ków, takie pro­jek­ty powin­ny powsta­wać wszę­dzie gdzie się da, bo mimo malow­ni­czych rzek w Pol­sce tury­sty­ka wod­na nie roz­wi­ja się zbyt osza­ła­mia­ją­co.
  4. Infor­ma­cja o szla­kach tury­stycz­nych w oko­li­cach Gnie­zna czy­li to co powin­no daw­no ist­nieć w każ­dym powie­cie…

Nosidło

Razem z wio­sen­nym ocie­ple­niem (przy­naj­mniej teo­re­tycz­nym) zaczę­li­śmy wybie­rać się na krót­sze i dłuż­sze wyciecz­ki, teraz już w trój­kę. Po pierw­szych doświad­cze­niach z nosi­deł­kiem dla dziec­ka, poży­cza­nym od zna­jo­mych (dzię­ki Matej­ce z WGL), posta­no­wi­li­śmy kupić taki wyna­la­zek na sta­łe.

Na ryn­ku dostęp­ne są nosi­dła więk­szo­ści out­do­oro­wych firm (Deu­ter, Sale­wa, Lafu­ma, Fjord Nan­sen, Taton­ka). Po krót­kim roze­zna­niu na ryn­ku zde­cy­do­wa­łem się na Deu­te­ra. W ofer­cie są trzy mode­le, przy czym naj­tań­szy ma jak dla mnie tro­chę za mało „prze­strze­ni ładun­ko­wej”, a naj­droż­szy, hmm… jest naj­droż­szy.

Tak więc wypa­dło na model Kid Com­fort II, kom­pro­mis mię­dzy „baje­ra­mi” a ceną. Co w wypo­sa­że­niu? Na pew­no rewe­la­cyj­ny sys­tem nośny, porów­nu­jąc do innych nosi­deł, a nawet do zwy­kłych ple­ca­ków któ­re uży­wa­łem, to ten z Kid Com­fort jest rewe­la­cyj­ny. Kie­sze­ni w zesta­wie spo­ro i roz­ło­żo­ne cał­kiem sen­sow­nie, na uwa­gę zasłu­gu­je cał­kiem przy­dat­na kie­szon­ka na camel­ba­ka, mój 3l zmie­ścił się bez pro­ble­mu.

W wypo­sa­że­niu jest rów­nież miś-podróż­nik, któ­ry natych­miast stał się naj­waż­niej­szym ele­men­tem nosi­dła (trze­ba tyl­ko uwa­żać bo ma ten­den­cję do wędro­wa­nia wła­sny­mi ścież­ka­mi). Całość jest bar­dzo lek­ka, więc moż­na zała­do­wać „wypo­sa­że­nia” do opo­ru (a dokład­niej do limi­tu 22kg).

Do zesta­wu doku­pi­łem daszek od słoń­ca z małą osło­ną od desz­czu, ale nie jestem pewien czy, bio­rąc pod uwa­gę nasz kli­mat, lep­szym wybo­rem nie był­by pełen pokro­wiec prze­ciw­desz­czo­wy.

Po dwóch dniach uży­wa­nia na jed­no­dnio­wych wyciecz­kach, nie uda­ło nam się tyl­ko wypra­co­wać sen­sow­ne­go ukła­du pasków na czas spa­nia, jedy­ny układ jaki wyda­wał się dzia­łać, to taki „na kanap­kę” czy­li moc­niej ści­śnię­ty, żeby mała mogla opie­rać opie­rać gło­wę bez oba­wy o zwich­nię­cie kar­ku na nie­rów­no­ściach. Z jakie­goś powo­du w testo­wa­nym wcze­śniej nosi­dle z wypo­ży­czal­ni jakoś lepiej leża­ła, ale może to tyl­ko złu­dze­nie.

Ogól­nie nosi­dło spra­wu­je się świet­nie, a co naj­waż­niej­sze, Amel­ka je polu­bi­ła. Szcze­gól­nie ten ostat­ni argu­ment spra­wia, że zakup uzna­ję ofi­cjal­nie za uda­ny. Teraz zosta­je tyl­ko pla­no­wać kolej­ne szla­ki do przed­rep­ta­nia…

Wiosna na szlaku

Daw­no nie spraw­dza­łem co się dzie­je w oko­li­cy moje­go ulu­bio­ne­go „bie­go­we­go” stru­my­ka na Bie­dru­sku. Oka­za­ło się, że (pew­nie już daw­no) pocią­gnię­to dalej nie­bie­ski rowe­ro­wy szlak, jest to w mojej pry­wat­nej opi­nii jeden z cie­kaw­szych rowe­ro­wych kawał­ków w oko­li­cy Pozna­nia. Dzi­siaj prze­sze­dłem się tam pie­szo, war­to się prze­drzeć wzdłuż rzecz­ki, bo to przy­kład pra­co­wi­to­ści bobrów w książ­ko­wej posta­ci. Kil­ka fotek poni­żej.

Mangrowce

wysepka

Po zim­nych, alpej­skich wodach przy­szła kolej na pły­wa­nie w kom­plet­nie innym śro­do­wi­sku. Korzy­sta­jąc z obec­no­ści w miej­scu gdzie prak­tycz­nie wszyst­ko co się robi musi być zwią­za­ne z wodą, sta­ram się kie­dy mogę zor­ga­ni­zo­wać coś cie­ka­we­go.

Poprzed­nio wypo­ży­cza­łem kajak nor­mal­nie (czy­li potwor­nie dro­go), tym razem uda­ło się poży­czyć balię od zna­jo­me­go. Była to dosłow­nie balia, mała, nie­za­ta­pial­na kro­wa typu „sit-on-top”, ale dawa­ła radę, w wąskich namo­rzy­no­wych przej­ściach mia­ła dość dużą manew­ro­wość, cze­go nie moż­na powie­dzieć o typo­wym mor­skim kaja­ku.

Na pierw­szą wyciecz­kę wybra­łem tra­sę któ­rą po czę­ści już robi­łem 3 lata temu – zwie­dza­nie labi­ryn­tu man­grow­ców (namo­rzy­nów). Zało­ży­łem sobie ambit­nie ok 25km, nie­ste­ty musia­łem w trak­cie zwe­ry­fi­ko­wać tro­chę pla­ny i wyszło coś ok 19 (+/-1).

szlak kajakowy w namorzynach

Tra­sa oka­za­ła się świet­na – mie­szan­ka wygod­nych, sze­ro­kich kana­łów, małych led­wo widocz­nych prze­ci­sków i odro­bi­ny otwar­te­go oce­anu z mikro wysep­ka­mi. Szcze­gól­nie ten dru­gi rodzaj dostar­czał spo­ro adre­na­li­ny – wiszą­ce w poprzek kana­łów paję­czy­ny zauwa­ża­łem zazwy­czaj tuż przed zde­rze­niem z ich wła­ści­cie­lem (bynaj­mniej nie małym), kie­dy już nie mogłem zatrzy­mać kaja­ka, a skrę­cać nie było gdzie. Na szczę­ście tych szcze­gól­nie wiel­kich osob­ni­ków odpra­wi­łem na bok wio­słem.

namorzyny

Pier­wot­na opcja wyciecz­ki zakła­da­ła powrót „oce­anicz­ną” stro­ną, jed­nak kanał wyj­ścio­wy z Lar­go Sound miał tak moc­ny prąd prze­ciw­ny, że moja „kro­wa” led­wo się poru­sza­ła naprzód, dla­te­go też zamiast zro­bić ład­niej­sze kół­ko, zapę­tli­łem szlak i wró­ci­łem podob­ną dro­gą, dłu­gą wer­sję zosta­wiam na czas kie­dy zała­twię jakiś bar­dziej wyści­go­wy kaja­czek.

Naj­ład­niej­szy wido­czek to moja prze­rwa na obiad, czy­li dwa bato­ni­ki i sok jabł­ko­wy, jed­nak w takich „oko­licz­no­ściach przy­ro­dy” posi­łek w naj­lep­szej knaj­pie nie był­by lep­szy, uro­ku dodał jesz­cze ucie­ka­ją­cy kamień, któ­ry oka­zał się żół­wiem.

obiadowa wysepka

Prze­ci­ska­jąc się przez mało uczęsz­cza­ne kana­ły sta­ra­łem się wypa­trzeć jakieś cie­ka­we zwie­rzę­ta, ale skoń­czy­ło się tyl­ko na peli­ka­nach i spo­rej ilo­ści ryb, kro­ko­dy­le i węże poucie­ka­ły przed upa­łem. Żeby zna­leźć coś cie­ka­we­go i war­te­go uwa­gi obiek­ty­wu, chy­ba musze poszu­kać jakie­goś lokal­ne­go prze­wod­ni­ka.

Koma­ry mnie tym razem oszczę­dzi­ły, opa­rze­nia sło­necz­ne też nie prze­kra­cza­ją nor­my, więc ogól­nie dzień zali­czo­ny jako uda­ny. Byle do kolej­ne­go week­en­du…

wyciecz­ka w man­grow­ce