Projekt 4deserts4autism.org

Kie­dy pierw­szy raz usły­sza­łem lata temu o Mara­thon des Sables czy Desert Cup (to chy­ba było gdzieś w oko­li­cach 2004, 4 Deserts jesz­cze nie ist­niał), wyda­wa­ło mi się to czymś nie­sa­mo­wi­tym i nie­osią­gal­nym. Bie­ga­nie trak­to­wa­łem wte­dy bar­dziej jako przy­go­to­wa­nie do Adven­tu­re Racing i nie wyobra­ża­łem sobie star­tu w zawo­dach, któ­re tyl­ko na tym pole­ga­ją.

Para­dok­sal­nie, pierw­szy raz na pusty­ni pobie­głem lata póź­niej, kie­dy po dłu­giej prze­rwie wró­ci­łem do spor­to­wej aktyw­no­ści. W 2014 i 2015 wzią­łem udział w impre­zie na pusty­ni Gobi, gdzie do prze­by­cia było ok 130 km w kil­ku eta­pach. To był tak napraw­dę pierw­szy impuls, żeby zacząć myśleć o “praw­dzi­wym” star­cie na pusty­ni.

Temat jed­nak odło­ży­łem na bok na kolej­ne dwa lata i rok po roku wra­ca­łem do wydol­no­ści, któ­ra pozwa­la cie­szyć się bie­giem na każ­dym kilo­me­trze (no, pra­wie każ­dym). Naj­pierw Super­ma­ra­ton Gór Sto­ło­wych, Bieg Rzeź­ni­ka (nostal­gicz­ny come back na tra­sę rów­no po 10 latach), Zimo­wy Ultra­ma­ra­ton Kar­ko­no­ski, potem coraz dalej i wyżej – Lakes Sky Ultra czy wresz­cie Bieg Gra­nią Tatr.

Co cie­ka­we, jesz­cze kil­ka mie­się­cy temu nie myśla­łem na serio o eta­pów­ce na pusty­ni, sku­pia­jąc się wyłącz­nie na górach. Impuls przy­szedł z zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nej stro­ny – na stro­nie bie­ga­czy ultra na Fb poja­wił się post zbie­ra­ją­cy chęt­nych do pro­jek­tu star­tu we wszyst­kich edy­cjach 4 Deserts w ramach pla­no­wa­ne­go pro­gra­mu pew­nej sta­cji tv. Muszę przy­znać, ze strasz­nie spodo­ba­ła mi się ta idea – za cenę odro­bi­ny pry­wat­no­ści poja­wił­by się spon­sor na wszyst­kie 4 eta­py i moż­na było­by się skon­cen­tro­wać na samych tre­nin­gach i jakimś faj­nym dodat­ko­wym celu cha­ry­ta­tyw­nym (a do tego roz­głos medial­ny tyl­ko by się przy­dał). Nadal było to jed­nak moc­no abs­trak­cyj­ne i nie trak­to­wa­łem idei star­tu w tym roku zbyt poważ­nie.

Prak­tycz­nie do listo­pa­da nie było wia­do­mo co będzie z pla­no­wa­nym medio­wym pro­jek­tem, więc cze­ka­łem… Wresz­cie przy­szła spóź­nio­na wia­do­mość – nic nie będzie, pro­jekt został odwo­ła­ny.

Niby nic takie­go, w koń­cu prze­cież nie pla­no­wa­łem nigdzie jechać, to nie poja­dę. Tyl­ko, że… tak się nasta­wi­łem psy­chicz­nie na to, że nagle zaczę­ło mi tej wizji bar­dzo bra­ko­wać. Jeśli cze­goś bar­do się chce, to za wie­le nie ma wybo­ru, trze­ba spró­bo­wać to zro­bić. Tak więc pod­li­czy­łem co udźwi­gnie kar­ta kre­dy­to­wa i wpła­ci­łem wpi­so­we. Od tego momen­tu, spra­wa wizja star­tu z pustyn­ne­go mira­żu zamie­ni­ła się w real­ny widok oazy na koń­cu dro­gi :).

Bieg w jed­nej czy kil­ku edy­cjach 4 pustyń to zawsze duże obcią­że­nie… dla oto­cze­nia zawod­ni­ka. W pewien spo­sób bie­ga­nie i star­ty w tak dużych zawo­dach to bar­dzo ego­istycz­na spra­wa. Czas kie­dy tre­nu­ję, to czas któ­ry muszę wyciąć z życia rodzin­ne­go czy zawo­do­we­go i nie zawsze mogę to sen­sow­nie połą­czyć.

Nie lubię zasła­nia­nia się “pasją” czy “odkry­wa­niem sie­bie”, bo to bzdu­ra, bie­gam bo lubię i czu­ję się od tego lepiej. Nie jestem zawo­do­wym spor­tow­cem, nie żyję z tego i muszę nawet przed sobą przy­znać, ze to po pro­stu hob­by bez któ­re­go moż­na egzy­sto­wać. Czymś innym będzie krót­ki jog­ging kil­ka razy w tygo­dniu, a czymś innym poświę­ca­nie wie­lu godzin tygo­dnio­wo na tre­ning plus worek pie­nię­dzy na wyjaz­dy i sprzęt. Nie chcę rów­nież, żeby ktoś opła­cał moją “zaba­wę”, kie­dy na świe­cie są dużo waż­niej­sze potrze­by.

Tak dosze­dłem do kon­kre­tu – chcę nadać moje­mu bie­ga­niu sens i uspra­wie­dli­wić się sam przed sobą. Chcę, żeby moje hob­by mogło przy­nieść jakiś wymier­ny pozy­tyw­ny sku­tek i pomóc innym. Z racji, że moja żona od lat zaj­mu­je się dia­gno­zą i tera­pią osób z auty­zmem, natu­ral­nym wybo­rem była zna­na mi orga­ni­za­cja, tak tra­fi­ło na Sto­wa­rzy­sze­nia na Rzecz Osób z Auty­zmem Pro­FU­TU­RO. Sto­wa­rzy­sze­nie zarów­no poma­ga dia­gno­zo­wać i pro­wa­dzić tera­pię dzie­ci, jak też poma­ga już doro­słym auty­stom funk­cjo­no­wać w spo­łe­czeń­stwie.

Start w Nami­bii nie będzie jakimś nie­zwy­kłym doko­na­niem na mia­rę zimo­we­go wej­ścia na K2 czy prze­pły­nię­cia samot­nie oce­anu, ale wie­rzę, że dla wie­lu może być czymś cie­ka­wym, inspi­ra­cją nie tyl­ko do aktyw­no­ści, ale przede wszyst­kim do tego, że może­my połą­czyć zaba­wę z pomo­cą innym. Jeśli na razie pobie­gnię­cie na pusty­ni jest dla was rów­nie abs­trak­cyj­ne jak dla mnie kie­dyś, po pro­stu dołącz­cie tutaj i dziel­cie ze mną ten start.

Na Face­bo­ok zosta­ła utwo­rzo­na zbiór­kę (fun­dra­iser), moż­na wpła­cać bez­po­śred­nio korzy­sta­jąc z płat­no­ści ser­wi­su. Co cie­ka­we, Face­bo­ok nie pobie­ra żad­nych pro­wi­zji od tych wpłat, całość tra­fia na kon­to wybra­nej orga­ni­za­cji. Adres zbiór­ki: https://www.facebook.com/donate/900417960134984/

Jeśli kogoś draż­ni prze­sy­ła­nie pie­nię­dzy poprzez Face­bo­ok, a nadal chce pomóc, na stro­nie www.4deserts4autism.org umie­ści­łem dane Sto­wa­rzy­sze­nia Pro­FU­TU­RO razem z wszyst­ki­mi nie­zbęd­ny­mi infor­ma­cja­mi do prze­le­wu.

To było na tyle przy­dłu­gie­go wstę­pu. Teraz zbie­ram się na tre­ning. Na tej stro­nie podzie­lę się moimi prze­my­śle­nia­mi o przy­go­to­wa­niach, sprzę­cie i wszyst­kim innym zwią­za­nym ze star­tem w Nami­bii… Cokol­wiek, co zain­spi­ru­je Was do wspar­cia dobre­go celu 🙂

ps. jak dotar­li­ście aż do koń­ca tego tek­stu, to teraz chy­ba czas dowie­dzieć się wię­cej o auty­zmie – pole­cam http://pro-futuro.org/autyzm/, https://pl.wikipedia.org/wiki/Spekt…, https://www.autismspeaks.org/ i wie­le innych cie­ka­wych źró­deł

Nostalgia

Czas bie­gnie szyb­ko, odkryw­cze stwier­dze­nie to nie jest, ale cza­sem zda­ję sobie z tego spra­wę bar­dziej niż zwy­kle. Przy pra­cy nad nowym podróż­ni­czo-inter­ne­to­wym pro­jek­tem (tym razem to mój wła­sny!) prze­ko­pu­ję się przez prze­past­ne prze­strze­nie tury­stycz­ne­go inter­ne­tu szu­ka­jąc źró­deł inspi­ra­cji, wia­do­mo­ści i paru innych tema­tów. Poszu­ki­wa­nia sta­ły się też dobrym pre­tek­stem do odszu­ka­nia wła­snych źró­deł.

Prze­gla­da­jąc daw­ne stro­ny odkry­łem, z nie­ma­łym zdzi­wie­niem, że nadal w sie­ci ist­nie­je moja sta­ra (patrząc w kate­go­riach Inter­ne­tu to nawet bar­dzo sta­ra) stro­na inter­ne­to­wa z cza­su kie­dy miesz­ka­łem w CA. Łez­ka w oku może się zakrę­cić, a skła­da­ją się na to dwa ele­men­ty…

Po pierw­sze to był genial­ny czas, zero zobo­wią­zań, życie od week­en­du do week­en­du, żeby tyl­ko poje­chać i zrobić/zobaczyć coś faj­ne­go, pra­ca bez stre­su, chciaż może nie cał­kiem roz­wi­ja­ją­ca… Patrząc na fot­ki wra­ca mnów­stwo świet­nych przy­gód, któ­re prze­ży­li­śmy w USA – szcze­gól­nie pole­cam album z Mt. Whit­ney, któ­ry mógł rów­nie dobrze nigdy nie ujrzeć świa­tła dzien­ne­go, bio­rąc pod uwa­gę parę głu­pich decy­zji któ­re wte­dy pod­ję­li­śmy.

Dru­gą częśc nostal­gii zro­zu­mie każ­dy kto zna moje obec­ne zaję­cie, kie­dy patrzę po 6 latach na moje „dzie­ło” to wte­dy dopie­ro zbie­ra się na płacz :). To niby tyl­ko kil­ka lat, a jak dużo się zmie­ni­ło. Spójrz­cie na pod­pis pod stro­ną, do tej pory nie mogę uwie­rzyć że to ja sam napi­sa­łem… Do tego ślicz­ne fla­sho­we intro i buja­ją­ce się menu, nor­mal­nie pereł­ka.

Co naj­cie­kaw­sze, stro­na znaj­du­je się na kon­cie nie­opła­ca­nym od 5 lat i nadal ist­nie­je. Nie­ste­ty bazę danych dra­nie wyłą­czy­li, więc niu­sy już nie dzia­ła­ją. Jestem cie­kaw jak dłu­go to jesz­cze potrwa i spraw­dza­ie tego będzie zawsze faj­nym wytłu­ma­cze­niem powro­tu do tej stro­ny.

Dla zain­te­re­so­wa­nych: adres to http://adventuretravel.prv.pl lub w bar­dziej „oglą­dal­nej” wer­sji baz ramek .prv.pl http://www.echostar.pl/~snowdog. Enjoy.

Konkursy foto

Ostat­nio poja­wi­ło się w sie­ci kil­ka cie­ka­wych kon­kur­sów foto­gra­ficz­nych, dzi­siaj tyl­ko krót­ka wzmian­ka o dwóch. Pierw­szy to kon­kurs „Naj­pięk­niej­sza góra świa­ta” orga­ni­zo­wa­ny przez Onet Pej­za­że. Nagro­da jest nie­ba­nal­na, bo jest to bilet KLM do dowol­ne­go miej­sca na świe­cie. Cze­go wię­cej potrze­ba podróż­ni­ko­wi do szczę­ścia? Wśród nomi­no­wa­nych zdjęć zna­la­zły się dwa autor­stwa Moni­ki Stroj­ny (zdję­cia numer 3536), opie­ku­na medial­ne­go Teamu Spe­leo. Oba pocho­dzą z kil­ku­mie­sięcz­nej podró­ży po Ame­ry­ce Połu­dnio­wej. Gło­su­jąc nale­ży w for­mu­la­rzu podać numer wybra­ne­go zdję­cia. Gło­so­wa­nie trwa tyl­ko do 12 czerw­ca, więc gło­suj­my, zapra­co­wa­ła dziew­czy­na na ten bilet tymi zdję­cia­mi. Powo­dze­nia.

Kon­kurs nr dwa na mojej liście jest bar­dziej komer­cyj­ny ale nagro­da rów­nie (jak nie bar­dziej) cie­ka­wa – jest nią wyjazd foto­gra­ficz­ny na Cej­lon z Beatą Paw­li­kow­ską (w roli „nadwor­ne­go” foto­gra­fa wypra­wy). Baner kon­kur­su wisi na moim blo­gu już jakiś czas, więc tym razem i ja pró­bu­ję swo­ich sił, o cie­ka­wym wyjeź­dzie nawet nie wspo­mnę, ale nowa lustrzan­ka by mi się bar­dzo przy­da­ła. Moja zgło­szo­na fot­ka do obej­rze­nia na stro­nie kon­kur­su. Tutaj do głów­nej wygra­nej nie liczy się ilośc gło­sów, ale wer­dykt jury, nie­mniej jed­nak będzie mi miło jak zoba­czę gło­sy odda­ne na to zdję­cie 🙂 .

Już po napi­sa­niu powyż­szej not­ki przy­po­mnia­łem sobie o jesz­cze jed­nym kon­kur­sie – w ser­wi­sie dizaj­ner­skim Infec­tio­us moż­na jesz­cze 2 dni gło­so­wać na pro­jekt gra­ficz­ny moje­go kole­gi, Rober­ta Pod­gór­skie­go z Black­Mo­on Design. Też war­to zaj­rzeć (no i oczy­wi­ście zagło­so­wać), bo pra­ca cie­ka­wa.

Dzika Orlica

Jest sobie taka rzecz­ka w Cze­chach, nie­da­le­ko pol­skiej gra­ni­cy. Nazy­wa się Dzi­ka Orli­ca (Divo­ká Orli­ce), zazwy­czaj nie nie­sie zbyt dużo wody, jedy­nie wcze­sną wio­sną pod­czas roz­to­pów zamie­nia się w „spły­wal­ną” gór­ską rze­kę. No, nie­zu­peł­nie jedy­nie, ponie­waż zda­rza­ją się też dni kie­dy dzie­je się tak i latem po spusz­cze­niu wody z pobli­skiej zapo­ry. Kie­dy da się pły­nąć, jest to bar­dzo przy­jem­na „jedyn­ko­wo-dwój­ko­wa” rze­ka z kil­ko­ma faj­ny­mi jaza­mi i bystrza­mi, w sam raz na tro­chę przy­go­dy dla każ­de­go.

Wła­śnie na taką spe­cjal­ną oka­zję wybra­łem się w zeszły week­end z gru­pą zapa­lo­nych kaja­ka­rzy. Nie było­by w tym nic spe­cjal­ne­go gdy­by nie to, jak faj­nie się to odby­wa na miej­scu. Dla Cze­chów (i nie tyl­ko) dzień takiej więk­szej wody to praw­dzi­we out­do­oro­we wyda­rze­nie. Na całej dłu­go­ście rze­ki pły­wa­ją i pik­ni­ku­ją tłu­my. Ludzie spły­wa­ją czym się da – od gór­skich kaja­ków i kanu, przez pon­to­ny (rafty), po domo­wej robo­ty, bli­żej nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne urzą­dze­nia pły­wa­ją­ce.

Podob­nie jak to ma miej­sce u cze­skich nar­cia­rzy bie­go­wych, tak­że na wodzie nikt się nie przej­mu­je wie­kiem i wyglą­dem swo­je­go sprzę­tu, liczy się dobra zaba­wa. To jest nie­sa­mo­wi­te, jak bar­dzo Cze­si mają we krwi dobrą zaba­wę przy aktyw­nym spe­dza­niu cza­su. A wie­czo­rem śpie­wy przy spo­rych ilo­ściach zim­ne­go piwa…

Zde­cy­do­wa­nie pole­cam wyciecz­kę na tę rze­kę każ­de­mu, war­to tego dośwad­czyć i zała­pać od Cze­chów tro­chę  „pozy­tyw­nej ener­gii”, star­cza na dłu­go 🙂

ps. parę fotek dorzu­ci­łem do gale­rii

Monia dalej od Buenos

puiwppl

Daw­no już mia­łem o tym napi­sać, ale jak zwy­kle zapominałem/nie mia­łem czasu/porwało mnie ufo (opcje do wybo­ru). Przed­sta­wi­ciel medial­ny teamu Spe­leo porzu­cił chwi­lo­wo swo­je zaję­cie i wybył zwie­dzać Ame­ry­kę Połu­dnio­wą. No nie ma co, bawi się świet­nie, a nam pozo­sta­je jedy­nie poczy­tać jej blo­ga – Dalej od Buenos. Blog nie­ste­ty (dla mnie) dzia­ła w rewe­la­cyj­nym sys­te­mie Wir­tu­al­nej Pol­ski i z racji tego np. wysy­pu­je się na moich komen­ta­rzach.

Ale przy­naj­mniej moż­na poczy­tać, pooglą­dać foty i pozaz­dro­ścić. A ja tym­cza­sem wra­cam do pasjo­nu­ją­ce­go wysy­ła­nia niu­sle­te­ra.

Włochy i internet

Odzy­ska­łem dostęp do inter­ne­tu. To nie­wia­ry­god­ne ale Wło­chy to jakaś „czar­na dziu­ra” w kwe­stii Inter­ne­tu. W zeszłym roku pod­czas regat na Sar­dy­nii prze­cho­dzi­łem to po raz pierw­szy, teraz na Capri mam powtór­kę z roz­ryw­ki. Przez kil­ka dni bie­ga­łem z obłę­dem w oczach po całym Capri, tyl­ko po to, żeby się prze­ko­nać że na sen­sow­ny dostęp do inter­ne­tu nie mam co liczyć. Kafej­ki inter­ne­to­we otwar­te tyl­ko do 20 (czy­li kie­dy ja zaczy­nam pra­co­wać…) w licz­bie 4 dys­po­no­wa­ły zresz­tą jaki­miś dziw­ny­mi połą­cze­nia­mi, któ­re blo­ko­wa­ły moją pocz­tę wycho­dzą­cą z Thun­der­bir­da, za co wszyst­kich do któ­rych pisa­łem ze spo­rym opó­Ĺşnie­niem prze­pra­szam.

Sytu­acja zmie­ni­łą się­dia­me­tral­nie, kie­dy pod­łą­czo­no wi-fi dla zawod­ni­kó, naresz­cie mam cało­do­bo­wy, porząd­ny dostęp do netu, co praw­da 30 min od hote­lu (i 200m niżej) ale to aku­rat zale­ta, pod­cią­gnę for­mę.

Na Capri jestem po raz pierw­szy, wyspa pęka w szwach od tury­stów, co jest dla mnie tro­chę nie­zro­zu­mia­łe bio­rąc pod uwa­gę że, nie jest jakoś strasz­nie atrak­cyj­na tury­stycz­nie (przy­naj­mniej wg mnie). Bar­dzo cie­ka­wy jest za to układ pio­no­wy – żeby zna­le­Ĺşć 100m pozio­mej uli­cy trze­ba się nie­Ĺşle nacho­dzić :)…

[slideshow=12]

Dni Polarne w Poznaniu

W związ­ku z trwa­ją­cym Rokiem Polar­nym, na poznań­skim uni­wer­ku odbę­da się Dni Polar­ne. Tak piszą o nich orga­ni­za­to­rzy:

Dni Polar­ne to cykl spo­tkań, któ­re potrwa­ją od 21 stycz­nia aż do 11 mar­ca 2008 roku. Dowiesz się wie­lu inte­re­su­ją­cych fak­tów zwią­za­nych z krań­ca­mi naszej Zie­mi, poznasz poznań­skich polar­ni­ków i zapo­znasz się pro­fi­lem badań przez nich pro­wa­dzo­nych.

O ile Dni Tury­sty­ki nie były jakoś szcze­gól­nie rewe­la­cyj­ne, to w tym przy­pad­ku, dzię­ki bar­dziej zawę­żo­ne­mu tema­to­wi, może być cie­ka­wie. Trud­no żeby na polar­nych spo­tka­niach zabra­kło Śnieżnego Psa 😉

Agitacja wyborcza ;)

Tym razem bar­dzo nie­ty­po­wy wpis… Agi­ta­cyj­ny, że tak powiem. Dla zaba­wy (ale tak­że dla apa­ra­tu Nikon D80 z obiek­ty­wem Nik­kor 18–135 mm f/3.5–5.6, któ­ry bar­dzo by mi się przy­dał do wzbo­ga­ca­nia gale­rii zdjęć na tym blo­gu) zgło­si­łem moją stro­nę do kon­kur­su Blog Roku 2007 (w kate­go­rii Podró­że i sze­ro­ki świat), zresz­tą baner tej impre­zy już od dłuż­sze­go cza­su „wisi” w stop­ce stro­ny.

Klu­czo­wym eta­pem jest przej­ście do pół­fi­na­łu, a do tego potrze­bu­ję Waszej pomo­cy. Orga­ni­za­to­rzy wpro­wa­dzi­li dość kon­tro­wer­syj­ny spo­sób gło­so­wa­nia na uczest­ni­ków – poprzez SMS.

Każ­dy SMS o tre­ści D00060 wysła­ny na numer 71222 zwięk­sza moją szan­sę na pół­fi­nał. Więc jeśli lubi­cie tę stron­kę, to ślij­cie (1,22zł za wysła­nie), a ja tym­cza­sem dalej posta­ram się dbać o w mia­rę cie­ka­wą treść wpi­sów…

To tyle , z góry wiel­kie dzię­ki za sup­port!

ps. wła­śnie doczy­ta­łem, że dochód z gło­so­wa­nia pój­dzie na cel cha­ry­ta­tyw­ny (ośro­dek dla nie­wi­do­mych w Kra­ko­wie), a wśród gło­su­ją­cych mają zostać roz­lo­so­wa­ne nagrody(iPod Nano), więc tym bar­dziej war­to.

ps2. UWAGA! jeśli zagłosowaliście, i ktoś zadzwo­ni do was z pyta­niem któ­ra to edy­cja kon­kur­su Blog Roku to odpo­wia­daj­cie że trze­cia (chy­ba 🙂 )

VI Dni Turystyki na UAM

Kolej­ne cie­ka­we „podróż­ni­cze” wyda­rze­nie już za kil­ka dni. Od przy­szłe­go ponie­dział­ku do czwart­ku na tere­nie uni­wer­sy­tec­kie­go cam­pu­su Mora­sko, będą mia­ły miej­sce wysta­wy, pre­lek­cje i kon­kur­sy pod hasłem „Są zasa­dy, nie ma gra­nic”.

Pro­gram bar­dzo cie­ka­wy, szcze­gól­nie część warsz­ta­to­wa – żeby wspo­mnieć tyl­ko warsz­ta­ty foto­gra­fii pod­wod­nej w ponie­dzia­łek czy sztu­kę pisa­nia dobre­go repor­ta­żu (coś w sam raz dla blo­ge­rów) w czwar­tek. Nie do pogar­dze­nia jest też spo­tka­nie z sze­fem Logos Tra­vel mówią­cym o tym jak zor­ga­ni­zo­wać (i zaro­bić) na orga­ni­za­cji wypra­wy. Wię­cej infor­ma­cji na ofi­cjal­nej stro­nie Dni Tury­sty­ki.

Scyzoryk, scyzoryk…

scyzoryk LEATHERMAN WAVE

Co zazwy­czaj zabie­ram w dro­gę? Apa­rat foto­gra­ficz­ny (przy­naj­mniej do cza­su uto­pie­nia poprzed­nie­go, dopie­ro zbie­ram na nowy) i scy­zo­ryk. Ta dru­ga pozy­cja zasłu­gu­je na szcze­gól­ną uwa­gę, ten gadżet prze­zbył ze mną spo­ry kawa­łek świa­ta i pomógł roz­wią­zać nie­je­den pro­blem.

Porząd­ny scy­zo­ryk był moim marze­niem od zawsze, jako dzie­ciak z zazdro­ścią patrzy­łem na tych szczę­śliw­ców posia­da­ją­cych świe­cą­ce, czer­wo­ne Swiss Kni­ves. Moim szczy­tem osią­gnięć był tępa­wy nożyk made in Chi­na. Z wie­kiem miłość do scy­zo­ry­ków się ugrun­to­wa­ła, ale zmie­nił się też gust. Przez chwi­lę na tape­cie były ogrom­ne noże typu Ram­bo i macze­ty (!), aż do cza­su kie­dy w zagra­nicz­nym maga­zy­nie prze­czy­ta­łem arty­kuł o nożach uży­wa­nych w zasta­wach survi­va­lo­wych ame­ry­kań­skich lot­ni­ków. Magicz­na nazwa LEATHERMAN nie­wie­le dla mnie jesz­cze zna­czy­ła, ale wie­dzia­łem, że muszę to mieć, poprzed­nie były tro­chę nie­po­ręcz­ne. Tyl­ko cena była zapo­ro­wa…

Pierw­szy nóż tej fir­my dosta­łem w 2000 roku, przed wyjaz­dem na finał MAT w Liba­nie. To był naj­bar­dziej pod­sta­wo­wy model, ale od razu stał się naj­pil­niej strze­żo­nym skar­bem. Towa­rzy­szył mi dziel­nie przez kil­ka lat, aż do 2003, kie­dy za cięż­ko zapra­co­wa­ne $ kupi­łem w NY nową wer­sję, WAVE. W porów­na­niu do poprzed­ni­ka, to był ogrom­ny skok naprzód, moż­li­wość otwie­ra­nia ostrzy jed­ną ręką i zaokrą­glo­na rącz­ka kom­bi­ne­rek, pozwa­la­ły go uży­wać jesz­cze czę­ściej.

Praw­dzi­wy test prze­szedł jed­nak dopie­ro w tym roku, pod­czas kil­ku mie­się­cy pra­cy na jach­cie. W uży­ciu był kil­ka­na­ście razy dzien­nie, cały czas wysta­wio­ny na dzia­ła­nie sło­nej wody i spo­re prze­cią­że­nia (kom­bi­ner­ki). Test zdał świet­nie mimo, że w żeglar­skim świe­cie, cie­szy się on dużo gor­szą opi­nią niż kon­ku­ren­cyj­ny GERBER. Moż­li­wość otwie­ra­nia i ope­ro­wa­nia jed­ną ręką była nie­za­stą­pio­na (np. w środ­ku nocy pod­czas odplą­ty­wa­nia spi­na­ke­ra ze szta­gu…), stal wytrzy­ma­ła spo­tka­nia z solą pra­wie bez rdzy, parę pla­mek się zna­la­zło, ale też przez cały czas ani razu go nie sma­ro­wa­łem. Poma­gał mi już w wycią­ga­niu drzazg, piło­wa­niu drew­na, cię­ciu meta­lu, roz­pa­la­niu ognia, nawią­zy­wa­niu zna­jo­mo­ści (!), wykrę­ca­niu klesz­czy i tysiącu innych czyn­no­ści. Co praw­da nie mia­łem jesz­cze oka­zji wyry­wać nim zębów, jak to raz uczy­nił mój dal­szy zna­jo­my, ale też nie mam zamia­ru…

Na koniec war­to wspo­mnieć o wadach, nóż jest dość cięż­ki (ok 240g), przez co kom­plet­nie nie nada­je się na raj­dy, moja wer­sja nie ma jesz­cze blo­ko­wa­nych śru­bo­krę­tów, co jest cza­sem moc­no iry­tu­ją­ce. Obie te wady moż­na wyeli­mi­no­wać kupu­jąc sobie jed­ną z nowych wer­sji (CHARGE lub nowość SKELETOOL), ale mi na razie dobrze z tym sta­rym przy­ja­cie­lem…

ps. nie zapo­mnia­łem o moim pierw­szym scy­zo­ry­ku LEATHERMAN, tra­fił w dobre ręce i spo­czy­wa sobie miło na dnie dam­skiej toreb­ki mojej żony…