Kategorie
podróże

Jakuszyce – początek sezonu

Pierw­szy śnieg już leży, przy­naj­mniej w górach. Uda­ło nam się spo­rą (łącz­nie ponad 10 osób) gro­mad­ką wyrwać do Jaku­szyc na bie­gów­ki. Noc­leg w „Chat­ce Górzy­stów” , tym razem jed­nak ku nasze­mu zdzi­wie­niu oka­za­ło się że pod­cią­gnę­li bie­żą­cą wodę, to już nie to samo co brnię­cie w śnie­gu po pas do stud­ni… Omlet na szczę­ście pozo­stał, jak zwy­kle potwor­nie wiel­ki i tłu­sty. Dwa dni napraw­dę dobrej zaba­wy. Napraw­dę pole­cam Jaku­szy­ce wszyst­kim szu­ka­ją­cym pomy­słu na week­end.

Tak zaczą­łem pisać o naszym wyje­Ĺşdzie dwa tygo­dnie temu. Potem było jak zwy­kle – kupa pra­cy i nie­prze­spa­ne noce przed kom­pu­te­rem kie­dy kom­plet­nie nie mia­łem cza­su myśleć o tym blo­gu. W koń­cu ile to jed­nak może cze­kać? Poni­żej kil­ka fotek z tam­te­go wyjaz­du (autor­stwa Wiesz­czy­ka).

[slideshow=9]

Kategorie
podróże

Palma de Mallorca – Marsylia

Sztormowe chmury

Rejs był nie­ła­twy, naj­le­piej to okre­ślił Jahoo:

It pro­ba­bly wasn’t the most fun trip we’ve ever had

Ja też już się bawi­łem w życiu lepiej… Buja­ło jak cho­le­ra, wia­ło 20–35 węzłów i kurs oczy­wi­ście dokład­nie pod wiatr. Do tego zepsu­ło się świa­tło na masz­cie (przy wska­Ĺşni­ku kie­run­ku wia­tru), padł głów­ny GPS i odkrę­ci­ła się jed­na z gór­nych want. Tą ostat­nią nawet pró­bo­wa­li­śmy napra­wić (oczy­wi­ście w nocy, po co uła­twiać sobie życie), ale kie­dy wisia­łem w poło­wie masz­tu, a wiatr owi­nął mnie już trzy razy wokół dol­nej wan­ty, pod­da­łem się. Tak więc resz­ta podró­ży upły­nę­ła już bez żagli, za to przy prze­mi­łym pomru­ku die­sla (któ­re­go 20 litrów wycie­kło nam do kabi­ny, ale to już dro­biazg) i poru­sza­niu się torem kor­ka od butel­ki na falach (góra-lewo-pra­wo-dół-góra-pra­wo-góra-dół itp.).

Przez pra­wie 50 godzin zja­dłem jed­ną buł­kę, ale za to wypi­łem chy­ba z 5 litrów Iso­sta­ru, i dzię­ki temu jako tako prze­trzy­ma­łem „cho­ro­bę loko­mo­cyj­ną” (taki tek­ścik rekla­mo­wy na cześć nasze­go spon­so­ra 🙂 ).

Nie będę się roz­pi­sy­wał, jak ktoś ma ocho­tę to cał­kiem faj­ny opis tej wyciecz­ki jest na stro­nie Richar­da, podróż­ni­ka i pisa­rza, któ­ry wybrał się z nami na swój wyma­rzo­ny rejs jach­tem. Wra­że­nia z reali­za­cji marze­nia prze­czy­taj­cie sami na jego blo­gu (tekst po angiel­sku).

Kategorie
podróże

Palma de Mallorca

Poni­żej tekst. któ­ry miał się poja­wić tu tydzień temu ale jak to zwy­kle bywa, się nie poja­wił. Miłej lek­tu­ry.

Katedra w Palma de Mallorca

Utkną­łem na wyspie. Do Robin­so­na spo­ro mi jesz­cze bra­ku­je ale fakt pozo­sta­je fak­tem. Paskud­na pogo­da spo­wo­do­wa­ła, że nie może­my wypły­nąć z Major­ki wcze­śniej niż w pią­tek (mam nadzie­ję, że cho­ciaż ten ter­min wypa­li). Sytu­ację ratu­je fakt, że towa­rzy­stwo mam cał­kiem cie­ka­we (JahooRichard), więc cho­ciaż moja „świa­do­mość kul­tu­ral­na” ma szan­sę wzro­snąć.

Bale­ary, archi­pe­lag w połu­dnio­wo-zachod­niej Euro­pie na M. Śródziemnym. Mia­sto Pal­ma, sto­li­ca archi­pe­la­gu, znaj­du­je się na Major­ce (Mal­lor­ca), naj­więk­szej z wysp. Pal­ma de Mal­lor­ca liczy ok. 400 000 miesz­kań­ców, skła­da się z czę­ści głów­nej wyspy oraz małe­go archi­pe­la­gu Cabre­ra.

Mia­sto jest praw­dzi­wą mie­szan­ką róż­nych kul­tur mie­sza­ją­cych się na prze­strze­ni stu­le­ci – Feni­cja­nie, Rzy­mia­nie, Wan­da­lo­wie, Bizan­tyj­czy­cy, Muzuł­ma­nie i Chrze­ści­ja­nie to tyl­ko naj­więk­sze z nich. Średnia rocz­na tem­pe­ra­tu­ra wyno­si 17.9°C.

Mia­sto cał­kiem cie­ka­we, kil­ka rze­czy napraw­dę inte­re­su­ją­cych. Na pew­no war­ta uwa­gi jest histo­rycz­na zabu­do­wa Pal­my. Nie­wiel­kie podwór­ka (patia) w sta­rej zabu­do­wie to praw­dzi­wa duma miesz­kań­ców i widać to w każ­dym przy­pad­ku. Zdo­bio­ne, kil­ku­set­let­nie mury ople­cio­ne zie­le­nią ota­cza­ją przy­tul­ne podwór­ka z fon­tan­na­mi i ogrom­ny­mi doni­ca­mi zazwy­czaj odgro­dzo­ne od tłu­mów kuty­mi z żela­za bra­ma­mi.

Włó­cząc się po oko­li­cy nie da się prze­oczyć ogrom­nej ilo­ści firm pro­jek­to­wa­nia wnętrz (inte­rio­ri­smo), to chy­ba jakieś lokal­ne hob­by. Wszyst­kie ulo­ko­wa­ne w sty­lo­wych stu­diach w sta­rych kamie­ni­cach, otwar­te prze­strze­nie podzie­lo­ne na dwa lub trzy pozio­my. Dał­bym wie­le za moż­li­wość pra­cy w takim miej­scu…

Przez kil­ka ostat­nich dni uda­ło mi się odwie­dzić kil­ka lep­szych i gor­szych knajp w Pal­mie, więk­szość strasz­nie moc­no nasta­wio­na na tury­stów (nie­miec­kich), bez spe­cjal­ne­go kli­ma­tu, za to z astro­no­micz­ny­mi cena­mi. Naj­cie­kaw­szym miej­scem oka­za­ła się nie­po­zor­na restau­ra­cyj­ka „Casa Julio”. Poło­żo­na lek­ko z boku głów­ne­go trak­tu tury­stycz­ne­go, z cera­tą na sto­lach i menu wyłącz­nie w j. hisz­pań­skim, ofe­ro­wa­ła nie­sa­mo­wi­ty kli­mat i nie­złe jedze­nie w nor­mal­nej cenie (kil­ka­na­ście euro z obiad). To już dru­gi przy­kład (po Pro­wan­sji), że naj­lep­sze są małe lokal­ne knajp­ki, koniecz­nie z cera­tą na sto­łach i domo­wym winem roz­le­wa­nym na miej­scu do butelek/karafek… cie­ka­we czy w Pol­sce ta zasa­da też obo­wią­zu­je?

Uliczka w Palmie

Innym inte­re­su­ją­cym odkry­ciem, war­tym pole­ce­nia, jest sklep żeglarsko/surfingowo/nurkowy w pobli­żu cen­trum han­dlo­we­go Por­to Pi, połą­cze­nie „second-han­du” z koń­ców­ka­mi kolek­cji dobrych firm. Więk­szość to, jak zwy­kle w tego typu skle­pach rupie­cie i nie­ty­po­we roz­mia­ry, ale wśród nich moż­na odna­le­Ĺşć praw­dzi­we pereł­ki (np. nowa kurt­ka kaja­ko­wa GUL za 50 euro czy pian­ki „long John” po 30).

Ogól­nie Pal­ma to cał­kiem faj­ne miej­sce w paĹşdzier­ni­ku, bez tłu­mów tury­stów i wiel­kich upa­łów. W sam raz na kil­ka dni… Byle nie za dłu­go.

Powyż­sze fot­ki nie są moje­go autor­stwa (apa­rat zagi­nął), pocho­dzą z ser­wi­su stock.xchange.

Kategorie
podróże

Do domu

Od wczo­raj moim naj­po­waż­niej­szym pro­ble­mem była kwe­stia jak wydo­stać się z Mar­sy­lii… Wbrew pozo­rom to nie takie łatwe. O ile poprzed­nio dra­ma­tycz­na sytu­acja spo­wo­do­wa­na była tym, że nie mia­łem się jak dostać na lot­ni­sko, to tym razem pro­ble­my zaczę­ły się już dużo wcze­śniej – na pozio­mie kup­na bile­tu. Z bli­żej nie­okre­ślo­nych przy­czyn nie dało się wyle­cieć z tego mia­sta za mniej niż 2500 zł, co jest raczej absur­dal­ną kwo­tą za tego typu lot.

Do tego wszyst­kie­go, wie­czór wcze­śniej, w hote­lu padł zupeł­nie inter­net (cię­ża­rów­ka roz­je­cha­ła dru­ty, czy coś w tym rodza­ju…), a z racji z odda­le­nie tego miej­sca od cywi­li­za­cji, szu­ka­nie „hot spo­ta” w środ­ku nocy raczej nie wcho­dzi­ło w grę.

Nie było inne­go wyj­ś­ca niż poje­chać dziś wcze­śnie rano na lot­ni­sko i pró­bo­wać dostać jakąś ofer­tę „last minu­te” (ten numer udał się kole­dze kil­ka tygo­dni temu) lub pod­łą­czyć się tam do netu i poszu­kać. Pierw­sza opcja zosta­ła wykre­ślo­na dość wcze­śnie, jedy­na linia mają­ca tanie ofer­ty – Air Fran­ce – odmó­wi­ła współ­pra­cy ze wzglę­du na jakieś pro­ble­my na pary­skim lot­ni­sku… Tanie linie w Mar­sy­lii prak­tycz­nie nie ist­nie­ją, no chy­ba że chciał­bym lecieć do Maro­ka, Algie­rii lub na Kor­sy­kę. Zaczął się mały dra­mat, jutro muszę być w Pozna­niu, a tu nie ma jak się tam dostać.

Czy­li opcja dru­ga – inter­net i Google. Mamy XXI wiek, bez­prze­wo­do­wy inter­net na lot­ni­sku to prze­cież regu­ła, praw­da? Nie tutaj. Uprzej­ma pani w infor­ma­cji poin­for­mo­wa­ła mnie, że inter­net owszem, jest, ale tyl­ko w małym poko­iku gdzie mogę się pod­łą­czyć kablem za kil­ka euro. Dziw­ne, ale dobre i to. Więc do inter­ne­tu… Kable do lap­to­pów oczy­wi­ście nie dzia­ła­ją, musia­łem odłą­czyć (!) jeden z desk­to­pów żeby móc się pod­łą­czyć. Czy­li nie­spo­dzia­nek ciąg dal­szy.

W koń­cu się uda­ło i kum­pel Google pod­po­wie­dział roz­wią­za­nie – pociąg do Pary­ża i easy­Jet do Ber­li­na. Brzmi super, pociąg ma być ok 9.30, jest 8.40, więc pędzę na dwo­rzec (lot­ni­sko jest poza mia­stem). Dotar­łem na dwo­rzec o 9.24, pani­ka strasz­na bo wg inter­ne­tu następ­ny TGV mam wie­czo­rem, a innym nie zdą­żę na samo­lot o 18… Kolej­ka do kasy strasz­na, ale sta­ję w niej lek­ko zre­zy­gno­wa­ny. A tu kolej­na nie­spo­dzian­ka – pociąg nie jedzie o 9.30 tyl­ko o 10.30, super… szko­da tyl­ko że nie ma na nie­go już bile­tów. W tym momen­cie nie wie­dzia­łem już czy się śmiać czy pła­kać. Ale co tam, drą­żąc dalej temat w kasie dowie­dzia­łem się że mogę jechać jakoś naoko­ło, z prze­siad­ka­mi. Mie­li jesz­cze kil­ka (!) miejsc.

I tak to sie­dzę sobie w pędzą­cym TGV (mój pierw­szy raz w tych wyści­gów­kach i muszę przy­znać że to cał­kiem faj­ne doświad­cze­nie gnać przez łąki, pola i inne „oko­licz­no­ści przy­ro­dy” 300km/h, buja­jąc się na zakrę­tach jak moto­cykl) i zasta­na­wiam się czy zdą­żę na ten upra­gnio­ny samo­lot. Przede mną jed­na prze­siad­ka i dojazd na lot­ni­sko Orly (2 auto­bu­sy i metro), zoba­czy­my.

Upda­te: Jestem na lot­ni­sku, jakoś tu w koń­cu dotar­łem, aż sam jestem zasko­czo­ny…

Kategorie
podróże

Zdjęcia z Majorki

No wła­śnie, zdjęć z Major­ki raczej nie będzie. Uto­pi­łem kame­rę apa­rat foto­gra­ficz­ny. Co za cho­ler­ny pech. Ale spró­bu­ję coś napi­sać… Tyl­ko nie wiem kie­dy.

Kategorie
podróże

Korsyka

[singlepic=295,160,120„left]Skończyliśmy pły­wa­nie, zaję­li­śmy ogól­nie 7 miej­sce (na 14) co nie jest takie złe bio­rąc pod uwa­gę kil­ka głu­pich błę­dów. W każ­dym razie naj­wyż­szy czas bo pogo­da się zepsu­ła i poja­wił się tak daw­no nie widzia­ny deszcz.

Na mnie znów wypa­dła funk­cja „dri­ve­ra”, tzn. muszę odsta­wić samo­chód ze sprzę­tem do Port Napo­le­on, zanim będę mógł poja­wić się w domu. Muszę przy­znać, że jak zwy­kle mia­łem wię­cej szczę­ścia niż rozu­mu – nie spraw­dzi­łem dokład­nie roz­kła­du pro­mów, co zaowo­co­wa­ło poja­wie­niem się w por­cie dosłow­nie w ostat­niej chwi­li, 5 minut przed zamknię­ciem stat­ku. Ska­so­wa­li mnie jak to zwy­kle bywa w takich sytu­acjach o 20 euro wię­cej niż powin­ni (poprzed­nio się wykłó­ci­łem, teraz cie­szy­łem się że w ogó­le dosta­łem bilet), ale przy­naj­mniej wydo­sta­łem się z Sar­dy­nii.

Od rana leje, co spo­wo­do­wa­ło z kolei obsu­wę kolej­ne­go pla­nu czy­li prze­jaz­du przez Kor­sy­kę z Boni­fa­cio do Ajac­cio na prom do Tulo­nu. Mia­łem doje­chać ze spo­rym zapa­sem cza­su, doje­cha­łem o 14.55. War­to wspo­mnieć że prom odpły­wał o 15! Nie wiem jakim cudem mnie wpu­ści­li, ale się uda­ło i pły­nę sobie wyglą­da­jąc przez okno i szcze­rze żału­jąc Jacha i resz­ty, któ­rzy w tej par­szy­wej pogo­dzie (pada i mistral wie­je pro­sto w nos) odpro­wa­dza­ją jacht do tej samej mari­ny, do któ­rej jadę.

Sie­dzę w pro­mo­wej kawiar­ni, piję kolej­ną kawę i wspo­mi­nam ostat­nie dni. Szcze­rze mówiąc chy­ba naj­cie­kaw­szą czę­ścią (pomi­ja­jąc rega­ty) całe­go wyjaz­du był prze­jazd przez Kor­sy­kę (na połu­dnie, z powro­tu pamię­tam tyl­ko gna­nie zale­wa­ny­mi desz­czem ser­pen­ty­na­mi). Chcia­łem o tym coś napi­sać już wcze­śniej, ale dopie­ro teraz mam na to czas…

[singlepic=240,160,120„left]Na wyspie spę­dzi­łem tyl­ko kil­ka dni, ale uda­ło mi się obje­chać jej więk­szą część i obiec kil­ka nie­złych pagó­rów. Wylą­do­wa­łem w Ile Rous­se, prze­je­cha­łem na dru­gą stro­nę do Bastii i dalej do Cap Cor­se. Stam­tąd wró­ci­łem do Calvi i dalej wzdłuż wybrze­ża do Boni­fa­cio. To jest nie­sa­mo­wi­te miej­sce i na pew­no war­to tam kie­dyś wró­cić na dłu­żej. Co było naj­cie­kaw­sze? Nie­sa­mo­wi­te dro­gi gór­skie, naj­cie­kaw­sze wg mnie to objazd kli­fa­mi do Cap Cor­se i pod­jazd do [singlepic=276,160,120„right]schroniska gór­skie­go pod Mon­te Cin­to. Na tą ostat­nią „gór­kę” (2706m) nawet pra­wie uda­ło mi się wbiec – pra­wie, bo po 2,5h skoń­czył mi się wol­ny czas i musia­łem zro­bić „wycof” pra­wie spod szczy­tu (kolej­ny powód żeby tu wró­cić, nie lubię takich nie­do­koń­czo­nych spraw). W każ­dym razie nie­sa­mo­wi­ty, alpej­ski, kra­jo­braz w połą­cze­ni z bli­sko­ścią morza spra­wia że to miej­sce jest napraw­dę świet­ne. Chy­ba trze­ba by się wybrać na jakiś rajd w te oko­li­ce…

[singlepic=234,160,120„left]Z mniej „fizol­skich” atrak­cji, mogą wymie­nić set­ki uro­czych knajp „poprzy­le­pia­nych” do prze­pa­ści wzdłuż dróg. Trud­no było się im oprzeć, co spo­wo­do­wa­ło u mnie moc­ne przedaw­ko­wa­nie kawy… 🙂 Cały czas zasta­na­wiam się z cze­go żyją miesz­kań­cy tych wiosek/miasteczek, poło­żo­nych wyso­ko w górach? Chy­ba nie z tych chu­dych krów któ­re pęta­ją się po całej oko­li­cy samo­pas? Nie mam poję­cia.

[singlepic=237,160,120„right]Najciekawszym miej­scem, któ­re odwie­dzi­łem, jest poło­żo­ny na połu­dniu wyspy port Boni­fa­cio. Wspa­nia­łe mia­stecz­ko ze sta­rą twier­dzą góru­ją­cą nad por­tem i oto­czo­ne wapien­ny­mi kli­fa­mi ufor­mo­wa­ny­mi w baj­ko­we kształ­ty. Jeśli połą­czyć to z krysz­ta­ło­wą wodą na któ­rej zacu­mo­wa­ne są jach­ty, to miej­sce jest wyjąt­ko­wo war­te odwie­dze­nia.

[singlepic=200,160,120„left]Wymieniając atrak­cje Kor­sy­ki, nie moż­na zapo­mnieć o tak banal­nej rze­czy jak pro­wa­dze­nie tam samo­cho­du. Jaz­da to nie­koń­czą­ca się daw­ka adre­na­li­ny, dro­gi na sze­ro­kość 1,5 samo­cho­du (przy­naj­mniej moje­go), czę­sto z obu stron ścię­te prze­pa­ścia­mi bez zbęd­nych fana­be­rii typu barier­ki… Jesz­cze dłu­go będę pamię­tał spo­tka­nie z auto­bu­sem na środ­ku 1km zwę­że­nia dro­gi, ktoś z nas musiał się wyco­fać i jak łatwo się domy­śleć, padło na mnie. Jaz­da na wstecz­nym po wąskiej ser­pen­ty­nie nauczy­ła mnie dużo, naj­le­piej świad­czy o tym to, że nadal żyję…

Kategorie
podróże

Prowansja Express

Ten wpis cze­kał na publi­ka­cję ponad tydzień… Tyle zabra­ło mi opa­no­wa­nie cią­gle bra­ku­ją­ce­go cza­su. Jak zwy­kle krót­ki i skró­to­wy, ale cóż…

Tydzień w legen­dar­nej Pro­wan­sji minął bły­ska­wicz­nie, co gor­sza, nie za wie­le uda­ło się przez ten czas zoba­czyć… Mari­na (Port Napo­le­on), w któ­rej przy­go­to­wy­wa­li­śmy jacht do regat, znaj­do­wa­ła się na koń­cu świa­ta, 70km od Mar­sy­lii, w super indu­strial­no-bagien­nej sce­ne­rii (rafi­ne­rie, prze­twór­nie ryb­ne, rezer­wat myśliw­ski ptac­twa itp). Przez cały tydzień, wyją­cy Mistral towa­rzy­szył nam we wszyst­kim, przy naj­więk­szym natę­że­niu cięż­ko było roz­ma­wiać (wan­ty i fały na masz­tach kil­ku­set łódek potra­fią zro­bić nie­zły hałas). Tak więc wize­ru­nek rato­wa­ła tyl­ko tem­pe­ra­tu­ra, cie­pło i sło­necz­nie, co było wspa­nia­łą odmia­ną po rega­tach w Anglii i Szwe­cji.

Tym razem przy­go­to­wa­nia łód­ki były bar­dziej roz­bu­do­wa­ne, oprócz stan­dar­do­wych czyn­no­ści (szli­fo­wa­nie dna, czysz­cze­nie drob­ne naprawy/przeróbki) było spo­ro poważ­niej­szej pra­cy – prze­rób­ka płe­twy ste­ro­wej (szlif do „gołe­go” kar­bo­nu), wło­że­nie masz­tu i parę innych pro­jek­tów. W związ­ku z natło­kiem pra­cy, na zwie­dza­nie nie zosta­ło za wie­le cza­su. Jed­nak, mimo nawa­łu robo­ty, uda­ło się wygo­spo­da­ro­wać tro­chę cza­su i zoba­czyć parę cie­ka­wych miejsc.

Jako pierw­szą, odwie­dzi­łem Mar­sy­lię, mia­sto do któ­re­go od cza­su wizy­ty 9 lat temu żywię wiel­ki sen­ty­ment. Tym razem jed­nak, spoj­rza­łem na nie z zupeł­nie innej per­spek­ty­wy i zoba­czy­łem coś zupeł­nie inne­go. Potęż­ny pro­blem z imi­gran­ta­mi, zanie­dba­ne ulicz­ki i mało przy­ja­zna obsłu­ga w knaj­pach… Szko­da, bo od poprzed­nie­go razu pamię­ta­łem to mia­sto jako pra­wie ide­al­ne miej­sce. Pozy­tyw­ną lek­cją była jedy­nie kon­sump­cja bouil­la­ba­ise, czy­li w skró­cie dość zaawan­so­wa­nej pro­wan­sal­skiej zupy ryb­nej (poprzed­nio die­tę ogra­ni­cza­łem do bagie­tek z majo­ne­zem i wody z fon­tan­ny 🙂 ).

Dużo cie­kaw­szym miej­scem oka­za­ły się mniej­sze, oko­licz­ne mia­sta, takie jak Nimes czy Avi­gnon. Peł­ne uro­ku sta­re ulicz­ki oświe­tlo­ne słyn­nym pro­wan­sal­skim świa­tłem (w koń­cu coś ścią­ga­ło tu mala­rzy) to coś, co war­to zoba­czyć. Trud­no opi­sać ten kli­mat, po pro­stu trze­ba to zoba­czyć, posie­dzieć w lokal­nych knajp­kach i wypić kie­li­szek domo­we­go wina, na pew­no zdję­cia zro­bio­ne „kom­pak­tem” nie odda­dzą tego w peł­ni.

Kategorie
podróże

Tanie linie lotnicze…

widok na samolot nad chmurami

Róż­ni­ca mię­dzy „tra­dy­cyj­ny­mi”, a tani­mi linia­mi zmniej­sza się za każ­dym rokiem. O ile tanie linie nadal nie są tanie (gra­tu­la­cje dla auto­rów rekla­my o orzesz­kach dla pilo­ta 🙂 ) ale nie są też kosmicz­nie dro­gie. Z kolei, kupu­jąc bilet tuż przed wyjaz­dem, zwy­kłe linie też potra­fią sku­sić pasa­że­rów. A bio­rą pod uwa­gę, że więk­szość kupu­je bile­ty tak jakoś „pośrod­ku” to wycho­dzi pra­wie rów­no.

Czy­li po czym tak napraw­dę moż­na poznać że leci­my już tanio a nie tra­dy­cyj­nie? Po lot­ni­sku? Nie zawsze, w wie­lu miej­scach nie ma nawet takie­go roz­róż­nie­nia. Po jedze­niu? Też nie bar­dzo. Wszy­scy tną kosz­ty i nawet gigan­ty typu BA czy Lufthan­sa też już nie są takie hoj­ne. Tanie linie są już dostęp­ne w nie­któ­rych biu­rach podró­ży, więc nawet kwe­stia „inter­ne­to­wo­ści” nie jest róż­ni­cą.

Mój ostat­ni lot do Sta­nów rej­so­wy­mi UA był gor­szy od lotu RyanA­ir, a z kolei lot tanim Jet­Blue jest o kla­sę lep­szy niż ostat­nio KLM. Zja­wi­sko prze­ni­ka­nia się tych dwóch typów prze­wo­Ĺşni­ków w peł­nej kra­sie zaob­ser­wo­wa­łem w Brus­sels Air­li­nes – lot bez wyra­Ĺşne­go podzia­łu na kla­sy, zamiast tego podział na tary­fy. Dla jed­nych full servi­ce na pozio­mie zwy­kłych linii, dla tych z naj­tań­szym bile­tem jedze­nie do kupie­nia na pokła­dzie ale za to tani bilet, czy­li takie „dwa w jed­nym”.

I tak wła­śnie pijąc na pokła­dzie bel­gij­skie­go samo­lo­tu piwo za 3 eura­ki i zagry­za­jąc pol­skie­go kaba­no­sa docho­dzę do jakichś wnio­sków. To chy­ba jest przy­szłość lata­nia. Prze­cież dziś nikt nie ocze­ku­je obia­du w pocią­gu w Biesz­cza­dy, mimo że jedzie on tak dłu­go jak leci samo­lot do Austra­lii. To jest powszech­ny trans­port, nie do koń­ca wygod­ny ale prak­tycz­ny.

Naj­le­piej widzę to po sobie, kie­dy lecia­łem pierw­szy raz samo­lo­tem, to była wiel­ka przy­go­da i „powiew” luk­su­su, po kil­ku razach został sam „powiew”, a teraz to już tyl­ko zwy­kły śro­dek trans­por­tu, w któ­rym i tak więk­szość część cza­su śpię albo piszę na kom­pu­te­rze. To po co mi jakieś wyszu­ka­ne jedze­nie? Prze­cież kanap­ki też są ok i nie róż­nią się aż tak strasz­nie od tego co poda­ją z mikro­fa­li na pokła­dzie. A jeśli pole­cę za 1 tyś. zamiast za 2 to już spo­ra róż­ni­ca, moż­na za to kupić napraw­dę spo­ro kana­pek.

To już nie jest luk­sus dla wybra­nych, świat się skur­czył i już. Jakoś trze­ba się po nim poru­szać. Do ostat­nio fir­my zadzwo­nił (zaskaj­pił?) facet z Los Ange­les (tak, tego w Kala­fior­ni) i zamó­wił robo­tę. To prze­cież musi być w koń­cu jakiś tani spo­sób żeby go kie­dyś odwie­dzić.

Kaba­no­sa zja­dłem, piwo wypi­łem, bate­ria w lap­to­pie pada… Idę spać.

Kategorie
podróże

Chaos przedwyjazdowy

Spo­ro cza­su ostat­nio spę­dzi­łem wyjeż­dża­jąc bądĹş wra­ca­jąc do domu, jed­nak jak poka­zu­je ostat­nia doba, nie uczę się w tej kwe­stii na swo­ich błę­dach. Każ­dy mój wyjazd jest nała­do­wa­ny stre­sa­mi jesz­cze kil­ka godzin wcze­śniej. W swo­jej tury­stycz­nej karie­rze robi­łem już naj­dziw­niej­sze rze­czy tuż przed wyjaz­dem – malo­wa­łem garaż kil­ka godzin przed wylo­tem do NY na pół roku, przed wyjaz­dem do Kali­for­nii (2 godz. wcze­śniej) zbi­ja­łem ogro­do­wą furt­kę, od jakie­goś cza­su zre­zy­gno­wa­łem z pra­cy fizycz­nej na rzecz kom­pu­te­ro­wych „last minu­te jobs”…

Dokład­nie tak samo było tym razem. Po raz kolej­ny zosta­wi­łem mnó­stwo spraw „na póĹşniej”, a tuż przed wyjaz­dem oka­za­ło się, że „póĹşniej” jest wła­śnie teraz… Rein­sta­la­cja sys­te­mu w lap­to­pie zaję­ła pół dnia, dru­gie pół prze­sy­ła­łem pli­ki do ostat­nich pro­jek­tów, pół nocy szu­ka­łem pasz­por­tu, dru­gie pół pró­bo­wa­łem zasnąć po tych emo­cjach.

A rezul­tat?

Pisa­ne nocą fak­tu­ry były peł­ne dzi­wacz­nych błę­dów, na ser­we­rach zna­la­zły się nie do koń­ca te pli­ki co trze­ba, a do tego wszyst­kie­go jestem potwor­nie nie­wy­spa­ny. Czy­li żaden z tego poży­tek. Wpraw­dzie zna­la­złem pasz­port (po jaką cho­le­rę ja go zanio­słem do piw­ni­cy??) ale zgu­bi­łem papie­ry nur­ko­we, potrzeb­ne mi do wyna­ję­cia sprzę­tu na M. Śródziemnym…

Czy­li wszyst­ko na odwrót. Mimo „szcze­rych chę­ci” sie­dzę jed­nak w samo­lo­cie i mam czas żeby pomy­śleć nad jakąś opty­ma­li­za­cją przy­szłych wyjaz­dów. Sko­ro zarzą­dzam pro­jek­ta­mi i dora­dzam jak orga­ni­zo­wać stro­ny www (usa­bi­li­ty?), to może czas zor­ga­ni­zo­wać swój wła­sny czas?

W nor­mal­nych warun­kach pro­wa­dze­nie fir­my łączo­ne ze spor­tem i czę­sty­mi podró­ża­mi nie jest łatwe, a z taki­mi atrak­cja­mi robi się jesz­cze trud­niej­sze. Z dru­giej stro­ny trud­no mi uwie­rzyć, że inni przy­go­to­wu­ją się do wyjaz­dów tydzień wcze­śniej. Pociesz­cie mnie i napisz­cie, że też wszyst­ko robi­cie na ostat­nią chwi­lę… 😉

Kategorie
podróże

Kilonia-Breskens

Kolej­ny rejs za mną. Tym razem pły­nę­li­śmy w trój­kę (kapi­tan Jahoo, jego brat i ja) z Kilo­nii do Bre­skens w Holan­dii, żeby tam nadać naszą wiel­ką „pacz­kę” (czy­li łód­kę) cię­ża­rów­ką na Morze Śródziemne. Podróż trwa­ła 3 dni, z cze­go pierw­szy dzień, spę­dzo­ny na „moto­ro­wa­niu” przez Kanał Kiloń­ski był raczej majów­ką i nie powi­nien się liczyć do cało­ści.