Bieganie po pagórach

No i witam ponow­nie po kolej­nej dłu­giej prze­rwie wypeł­nio­nej cał­ko­wi­cie moim pra­co­ho­li­zmem. Wio­sna i nad­cho­dzą­ce lato dały mi wresz­cie siłę wyrwać się na moment z tego kie­ra­tu.

Rok gnu­śnie­nia przy kom­pu­te­rze dał się moc­no we zna­ki, bie­ga­nie wycho­dzi mi na razie sła­bo, za to kajak cał­kiem nie­źle. Kil­ka ostat­nik wycie­czek na War­cie poka­za­ło, że ta for­mę jesz­cze jako tako trzy­mam. Oka­zja do prze­te­sto­wa­nia będzie już w naj­bliż­szą sobo­tę, na gór­skich ciur­kach w Cze­chach.

Tyle tytu­łem wstę­pu i tra­dy­cyj­ne­go narze­ka­nia, teraz czas na info któ­re powin­no się tu poja­wić już daw­no, czy­li o cyklu bie­gów tere­no­wych (górskich/przełajowych czy jak nie­któ­rzy mówią „tra­ilo­wych”) Salo­mon Tra­il Run­ning, przy orga­ni­za­cji któ­re­go mam dość spo­ry udział. Już trze­ci sezon współ­pra­cu­ję z teamem Spe­leo jako zaple­cze mar­ke­tin­go­we zawo­dów i widzę jak z roku na rok rośnie popu­lar­ność tej dys­cy­pli­ny. Tym razem w cyklu zna­la­zło się 10 bie­gów, o róż­nym stop­niu trud­no­ści i dystan­sach. Jed­nak szewc bez butów cho­dzi, a ja nie wystar­to­wa­łem jesz­cze w żad­nej edy­cji, ambit­ny plan ma to jed­nak zmie­nić.baner reklamowy STR 2009

Mam nadzie­ję, że oprócz udzia­łu w orga­ni­za­cji, uda mi sie pod­szli­fo­wać for­mę na tyle, żeby wystar­to­wać w przy­naj­mniej jed­nej edy­cji. Pla­nu­ję star­ty od sierp­nia, po powro­cie z tro­pi­kal­nych woja­ży, ide­ałem było­by roz­bie­gać się na tyle, żeby tra­fić for­mą w start Gor­ce Mara­to­nu we wrze­śniu, ale jak ogra­ni­czę się do poznań­skich Mal­ta Tra­il Run­ning to też nie będzie źle.

Jeśli ktoś ma ocho­tę przy­łą­czyć się do bie­go­wych tre­nin­gów w oko­li­cach poznań­skie­go Mora­ska, to zapra­szam do kon­tak­tu, razem łatwiej zła­pac for­mę 😉

Camel Trophy – historia przygody

Robiąc porząd­ki na kom­pu­te­rze zna­la­złem parę faj­nych fil­mów z 20-let­niej histo­rii raj­du Camel Tro­phy. To kawał off-roado­wej legen­dy. Pamię­tam jak dziś, jak jako dzie­ciak na poznań­skich tar­gach oglą­da­łem cha­rak­te­ry­stycz­ną, żół­tą „dys­ko­te­kę” i marzy­łem żeby mieć już 18 lat i móc się zgło­sić na eli­mi­na­cje. Nie­ste­ty, zanim osią­gną­łem prze­pi­so­wy wiek, Pol­ska prze­sta­ła brać udział w eli­mi­na­cjach, a nie tak dłu­go potem rajd prze­stał się odby­wać. Po marze­niu pozo­stał na pół­ce mały model Defen­de­ra w bar­wach came­la, tecz­ka nakle­jek „Camel Tro­phy Team Poland”, a przed domem nie­co więk­sze „disco” ale już w innych bar­wach. To po pro­stu dla mnie zawsze było COŚ.

Histo­ria Camel Tro­phy zaczę­ła się w 1980 roku od jeepo­wej wypra­wy przez Ama­zo­nię 3 nie­miec­kich załóg

to był jedy­ny rajd kie­dy jecha­ły samo­cho­dy tej mar­ki, następ­nie przez pra­wie 20 lat Camel już jed­no­znacz­nie był koja­rzo­ny tyl­ko z Land Rove­ra­mi.

W 2000 r. mia­łem oka­zję poznać pol­ską zało­gę z edy­cji Bor­neo-Kali­man­tan (1996): Micha­ła Kieł­ba­siń­skie­go i Jar­ka Kazbe­ru­ka, słu­cha­jąc ich opo­wie­ści, cały czas mia­łem jesz­cze nadzie­ję, że kie­dyś uda mi się wziąć udział w tej legen­dar­nej przy­go­dzie…

W 1998 roku rajd z czy­sto off-roado­we­go wyda­rze­nia, zamie­nił się bar­dziej w event typu „adven­tu­re racing”. Kla­sycz­ne Disco­ve­ry zamie­nio­no na „mar­ke­tin­go­we” Fre­elan­de­ry, a dla uczest­ni­ków doda­no nowe kon­ku­ren­cje (canoe, rowe­ry). Co praw­da kon­ku­ren­cje były już wcze­śniej, ale nie w takich pro­por­cjach.

Rok 1999 to już kom­plet­na zmia­na (sta­cza­nie się?), zmie­nio­ny for­mat oka­zał się nie­atrak­cyj­ny dla Land Rove­ra, co spo­wo­do­wa­ło wyco­fa­nie się mar­ki. Rajd odbył się na Hon­dach CRV (no jak tak moż­na? obra­za legen­dy…). Nikt chy­ba nie chce się tym chwa­lić, bo jakoś mało fil­mów z tego roku.

W 2000 roku, ostat­nim roku raj­du, osta­tecz­nie zre­zy­gno­wa­no z samo­cho­dów (!) – rajd odbył się na potęż­nych RIB-ach (rodzaj łodzi moto­ro­wej) pomię­dzy wyspa­mi wokół Ton­ga i Samoa. Medial­nie wyglą­da­ło to super, przy­go­da też nie­zła, ale to już na pew­no nie było to… Tak samo musie­li stwier­dzić orga­ni­za­to­rzy bo na tym roku osta­tecz­nie zakoń­czo­no 20-let­nią histo­rię Camel Tro­phy. O komer­cyj­no­ści tej ostat­niej impre­zy naj­le­piej świad­czy to, że nie ma o tej edy­cji prak­tycz­nie nic na YouTu­be.

Wszyst­kie raj­dy w kolej­no­ści (za Wiki­pe­dią):

  • 1980: Ama­zo­nia
  • 1981: Suma­tra
  • 1982: Papua-Nowa Gwi­nea
  • 1983: Zair
  • 1984: Bra­zy­lia
  • 1985: Bor­neo
  • 1986: Austra­lia
  • 1987: Mada­ga­skar
  • 1988: Sula­we­si
  • 1989: Ama­zo­nia
  • 1990: Sybe­ria
  • 1991: Tan­za­nia i Burun­di
  • 1992: Guja­na
  • 1993: Sabah i Male­zja
  • 1994: Argen­ty­na, Para­gwaj, Chi­le
  • 1995: Mun­do Maya
  • 1996: Bor­neo-Kali­man­tan
  • 1997: Mon­go­lia
  • 1998: Tier­ra del Fuego
  • 1999: Peru
  • 2000: Ton­ga Samoa

Land Rover pró­bo­wał jesz­cze kon­ty­nu­ować legen­dę pod posta­cią G4 Chal­len­ge, ale to już zupeł­nie inna histo­ria (zakoń­czo­na zresz­tą przez ten wszech­obec­ny kry­zys w tym roku)…

Monia dalej od Buenos

puiwppl

Daw­no już mia­łem o tym napi­sać, ale jak zwy­kle zapominałem/nie mia­łem czasu/porwało mnie ufo (opcje do wybo­ru). Przed­sta­wi­ciel medial­ny teamu Spe­leo porzu­cił chwi­lo­wo swo­je zaję­cie i wybył zwie­dzać Ame­ry­kę Połu­dnio­wą. No nie ma co, bawi się świet­nie, a nam pozo­sta­je jedy­nie poczy­tać jej blo­ga – Dalej od Buenos. Blog nie­ste­ty (dla mnie) dzia­ła w rewe­la­cyj­nym sys­te­mie Wir­tu­al­nej Pol­ski i z racji tego np. wysy­pu­je się na moich komen­ta­rzach.

Ale przy­naj­mniej moż­na poczy­tać, pooglą­dać foty i pozaz­dro­ścić. A ja tym­cza­sem wra­cam do pasjo­nu­ją­ce­go wysy­ła­nia niu­sle­te­ra.

Kajaki na Dunajcu

Na 3‑dniowym szko­le­niu WW byli­śmy (Wiesz­czyk i ja oraz Ania do towa­rzy­stwa) już ponad 2 tygo­dnie temu, ale jak zwy­kle nie mia­łem cza­su o tym napi­sać. A war­to.

3 dni indy­wi­du­al­ne­go szko­le­nia w szko­le kaja­kar­stwa gór­skie­go Reten­do uda­ło się bar­dzo dobrze. Tra­fi­li­śmy na wyjąt­ko­wo wyso­ką wodę (powo­dzia­nie w w Biał­ce raczej się z tego powo­du nie cie­szy­li) i mie­li­śmy oka­zję potre­no­wać w faj­nych warun­kach.

Chło­pa­ki z Reten­do trak­to­wa­li nas tro­chę z dystan­sem i w pierw­szy dzień wysła­li na zalew żeby zoba­czyć czy nie poto­pi­my się przy pierw­szym wej­ściu do wody, na szczę­ście oka­za­ło się że tak Ĺşle nie jest i na dru­gą część dnia popły­nę­li­śmy już Dunaj­cem. Pły­ną­łem już kil­ka razy tą rze­ką, ale muszę przy­znać, że tym razem napraw­dę budzi­ła respekt. Bura, powo­dzio­wa woda rwa­ła do przo­du w 3 razy szer­szym kory­cie niż zwy­kle, co jakiś czas spię­trza­jąc się w pra­wie mor­skie fale.

Dru­gi i trze­ci dzień spę­dzi­li­śmy na torze, szli­fu­jąc do znu­dze­nia tech­ni­kę. Prze przy­jaz­dem obie­cy­wa­łem sobie spę­dzić cały dzień na wodzie, jed­nak nad­ra­bia­nie siłą bra­ków tech­ni­ki wyczer­py­wa­ło zapa­sy już po paru godzi­nach. Całe doświad­cze­nie i km wypły­wa­ne na pla­ska­tej wodzie nie na wie­le się zda­ły… Co któ­reś ćwi­cze­nie koń­czy­ło się wywrot­ką, cza­sem posta­wio­ną z powro­tem, a cza­sem kabi­no­wa­ną.

Cza­su było mało, ale łyk­nę­li­śmy spo­ro war­to­ścio­wych rad i mamy spo­ry zapas ćwi­czeń na naj­bliż­szy czas (już na jezio­rze). Tro­chę szko­da, że do gór mamy tak dale­ko, bo war­to by było poćwi­czyć czę­ściej na bystrej wodzie. Nie­ste­ty nie moż­na mieć wszyst­kie­go i naj­bliż­szy tech­nicz­ny tre­ning kaja­ko­wy raczej odbę­dzie się gdzieś na morzu (musze się w koń­cu nauczyć sta­wiać Seay­aka eski­mo­ską)…

Poni­żej kika fotek.

[slideshow=14]

ps. bez strat oczy­wi­ście się nie oby­ło, tym razem co praw­da to nie ja, a wiesz­czyk przy­szo­ro­wał po wywrot­ce gębą po dnie co zakoń­czy­ło się 3 szwa­mi, pęk­nię­tym zębem, lek­kim wstrzą­sem i jak to okre­ślił lekarz skrę­ce­niem krę­go­słu­pa. Jak powszech­nie wia­do­mo – sport to zdro­wie.

ARCup w Czechach

Super zawo­dy, Cze­si to jak zwy­kle dobre i tanie piwo oraz bar­dzo spor­to­wy naród. Chcia­łem napi­sać coś wię­cej, ale zna­la­złem w necie rysu­nek, któ­ry naj­le­piej poka­zu­je moje doko­na­nia na rowe­ro­wych odcin­kach raj­du. Więc nie ma już o czym pisać.

Wielkopolska Szybka Setka czyli szybka 165tka

W nocy z piąt­ku na sobo­tę w Sko­kach koło Pozna­nia odby­ły się cie­ka­we zawo­dy na orien­ta­cję pod nie­co mylą­cą nazwą Wiel­ko­pol­ska Szyb­ka Set­ka, 100km na tra­sie pie­szej i 150 na rowe­ro­wej (dla­te­go wła­śnie mylą­cą). Na tej pierw­szej limit cza­su wyno­sił 24h, na dru­giej 15.

W ramach tre­nin­gu i powro­tu do daw­nej for­my żeby nad­go­nić za teamem, któ­ry aktu­al­nie ści­ga się we Fran­cji, wystar­to­wa­łem w tra­sie rowe­ro­wej. Od począt­ku nie mia­łem zamia­ru spraw­dzać swo­ich umie­jęt­no­ści nawi­ga­cyj­nych (z któ­ry­mi to bywa róż­nie), więc pod­łą­czy­łem się do eki­py Dum Spi­ro Spe­ro w skła­dzie: Agniesz­ka Kro­pal, Piotr Weigt i Paweł Zie­lin­ski (z Remi­kiem na pokła­dzie wygra­li nie­daw­ny Rajd Adven­tu­ry) z dwo­ma solid­ny­mi nawi­ga­to­ra­mi.

Moje leni­stwo nawi­ga­cyj­ne sta­ra­łem się nad­ro­bić jak naj­le­piej pro­wa­dząc gdzie się da i ogól­nie team work się opła­cił, zaję­li­śmy pierw­sze miej­sce – sor­ry, Agniesz­ka zaję­ła pierw­sze, my w trój­kę dru­gie… Zro­bi­li­śmy ok 165km (wg moje­go licz­ni­ka), ze śred­nią 21,5 km/h. Tra­sa może nie była za bar­dzo górzy­sta, Suun­ciak poka­zał ok. 500m pod­jaz­dów, ale i tak cał­kiem cie­ka­wa jak na noc­ny wyścig.

Zawo­dy oku­pi­łem dość dużą licz­bą strat – dwie gumy (obie tyl­ne), urwa­ny licz­nik i przed­nia lamp­ka (zała­twi­łem to za jed­nym razem, opie­ra­jąc się na nich przy wywrot­ce w jakimś pia­chu) oraz zma­sa­kro­wa­na naj­wiek­sza przed­nia koron­ka. Do tej pory nie mam poję­cia w jaki spo­sób zła­ma­łem w niej jeden ząb i pogią­łem 3 kolej­ne…

HKS Hades jak zwy­kle poka­zał kla­sę orga­ni­zu­jąc cie­ka­we zawo­dy w cał­kiem faj­nym tere­nie (tym faj­niej­szym że tyl­ko 30km od moje­go domu). Dzię­ki orga­ni­za­to­rom i teamo­wi za świet­ną zaba­wę i wspól­ną wygra­ną.

Po SPEED-zie

Rajd oka­zał się dla mnie dużo krót­szy niż prze­wi­dzia­łem. Czy poszło Ĺşle? Nie, poszło okrut­nie Ĺşle. To mój pierw­szy raz, kie­dy z wła­snej woli zde­cy­do­wa­łem się nie kon­ty­nu­ować zawo­dów.

Od pierw­sze­go bie­gu na orien­ta­cję wie­dzia­łem, że coś jest nie tak. co praw­da utrzy­my­wa­łem tem­po, któ­re pozwo­li­ło nam skoń­czyć ten pro­log w „czu­bie”, ale wie­dzia­łem że coś jest ze mną cho­ler­nie nie tak jak powin­no. Sytu­acja wykla­ro­wa­ła się na eta­pie rowe­ro­wym, kie­dy pod­jaz­dy robi­łem na „młyn­ku”, a i tak led­wo się trzy­ma­łem na sio­deł­ku. Jakoś dotrwa­łem do koń­ca tego krót­kie­go eta­pu (33km), ale tem­po bynaj­mniej nie było zawod­ni­cze.

Przez cały czas mia­łem nadzie­ję na to, że to wszyst­ko jest spo­wo­do­wa­ne bra­kiem roz­grzew­ki i lada chwi­la odzy­skam siły, jak­że złud­na to była nadzie­ja… Pierw­sze kilo­me­try tre­ku jakoś dawa­łem jesz­cze radę, ale z bie­ga­niem było kru­cho i każ­de kolej­ne podej­ście to była wal­ka o prze­ży­cie. W koń­cu, po ok 20km pod­ją­łem decy­zję o zej­ściu z tra­sy.

Na pew­no posy­pią się na mnie gro­my, że prze­cież w raj­dach cho­dzi o to żeby dotrzeć do mety i ukoń­czyć, też zawsze tak uwa­ża­łem. Ale patrząc na to z per­spek­ty­wy raj­dów któ­re uda­ło mi się skoń­czyć w cią­gu ostat­nich kil­ku lat, myślę że cza­sem jeśli rywa­li­za­cje już nie wcho­dzi w grę, trze­ba wybrać zdro­wie.

A co teraz? Mam mie­siąc na to żeby zoba­czyć czy potra­fię „wypro­sto­wać” swój tryb życia (pra­ca po nocach do rana, hek­to­li­try kawy) i zająć się tre­nin­ga­mi czy też może sport na zawod­ni­czym pozio­mie to już nie dla mnie. W tej chwi­li wiem na pew­no, że tych dwóch rze­czy nie da się łączyć…

Jednak jadę wymrozić (?) kości

Jak w tytu­le. spe­cy­ficz­ny zbieg oko­licz­no­ści wyrwał mnie z oto­cze­nia hostin­gów, klien­tów, cake­PHP, CMSów, CRMów i tym podob­ne­go tech­no­lo­gicz­ne­go cha­osu – star­tu­je w tego­rocz­nym BWC, co praw­da w wer­sji MINI, ale patrząc na kon­ku­ren­cję, wca­le nie ozna­cza to tary­fy ulgo­wej. A pew­nie jakaś by się przy­da­ła, bo jesz­cze nie sły­sza­łem żeby komuś od nad­mier­ne­go sie­dze­nia przed kom­pu­te­rem wzra­sta­ła kon­dy­cja fizycz­na (resz­ta teamu – nie czy­taj­cie poprzed­nie­go zda­nia)… W każ­dym razie trze­ba odku­rzyć Rakie­tę (na tre­nin­gi wolę brać sta­re­go Spe­ca) i nasta­wić się psy­chicz­nie. Z tym dru­gim może być gorzej bo pra­co­ho­lizm przy­bie­ra u mnie coraz poważ­niej­sze roz­mia­ry. Cie­ka­we czy dam rade napie­rać i odpo­wia­dać na maile w tym samym cza­sie? Co tam, waż­ne abym dał radę napie­rać… Co istot­niej­sze dla odwie­dza­ją­cych tego blo­ga – każ­dy start to oka­zja do nowych wypo­cin podróż­ni­czo-przy­go­do­wych, więc jest szan­sa że poja­wi się tu wkrót­ce coś cie­ka­we­go.

Konkurs noworoczny na CP4

Kuer­ti, gospo­darz blo­gu raj­do­we­go PK4, zor­ga­ni­zo­wał dość cie­ka­wy kon­kurs:

…oso­by, któ­ra napi­sze naj­ład­niej­szą rela­cję ze star­tu w zawo­dach bądĹş też jakie­goś szcze­gól­ne­go tre­nin­gu. Tekst nie musi być dłu­gi, ale musi chwy­tać za ser­ce. Na Wasze tek­sty cze­kam do 6 stycz­nia…

Brzmi cie­ka­wie, jak fre­kwen­cja dopi­sze, to będzie co czy­tać. War­to wie­dzieć że PK4 to chy­ba naj­dy­na­micz­niej­szy obec­nie blog o tema­ty­ce raj­do­wej (co praw­da nie ma ich zbyt wie­le), autor sta­ra się jak może zapew­nić cie­ka­we tre­ści, czę­sto wykra­cza­jąc poza oso­bi­ste przy­go­dy z AR. Popie­ram w peł­ni.
Był­bym zapo­mniał, nagro­dą jest nowy buff. Wię­cej infor­ma­cji na stro­nie Kuer­tie­go.

SPELEO SALOMON na 13 miejscu w Abu Dhabi

Kolej­na raj­do­wa rela­cja, tym razem z Abu Dha­bi, gdzie nasz team wal­czył na pusty­ni ze świa­to­wą czo­łów­ką:

Dwa­dzie­ścia minut trwał fina­ło­wy bieg do mety raj­du Abu Dha­bi Adven­tu­re Chal­len­ge w zbu­do­wa­nym z bia­łe­go kamie­nia for­cie Al Jahi­li. Wcze­śniej zawod­ni­cy prze­szli 24 km przez góry, któ­re oka­za­ły się być peł­ne ostrych skał, zdra­dziec­kich kanio­nów i urwisk. Orga­ni­za­to­rzy uprze­dzi­li, że ska­ły są kru­che i nie­bez­piecz­ne, oraz wyda­li nakaz nosze­nia kasków tak­że poza zada­nia­mi lino­wy­mi (pod­cho­dze­nie i dłu­gi zjazd). I mie­li rację. Pod­czas tre­kin­gu szwedz­ki zespół Lun­dhags praw­do­po­dob­nie zszedł ze szla­ku, jeden z zawod­ni­ków na stro­mym odcin­ku popeł­nił błąd i spadł z oko­ło 10 metrów. Uszko­dził nogę, zła­mał rękę i moc­no poka­le­czo­ny został prze­trans­por­to­wa­ny do szpi­ta­la. Po tym wypad­ku, jak mówią zawod­ni­cy Spe­leo Salo­mon, opty­mi­stycz­na atmos­fe­ra całe­go raj­du osła­bła i na mecie nie było tak weso­ło, jak być mogło.

Agniesz­ka Zych, Pio­trek Her­cog, Pio­trek Kosma­la i Artur Kurek po zacię­tej wal­ce zna­le­Ĺşli się osta­tecz­nie na 13 miej­scu, a zawo­dy ukoń­czy­ły 23 zespo­ły. Choć zaję­li tro­chę pecho­wą pozy­cję, to rajd podo­bał im się bar­dzo, bo w Abu Dha­bi doświad­czy­li tego, co raj­dow­cy lubią naj­bar­dziej: wio­sło­wa­nia po bez­kre­snym morzu, mor­der­cze­go mar­szu w upa­le, tar­ga­nia rowe­rów po pia­chu i bie­ga­nia po górach. W sześć dni prze­by­li ponad 330 km więc tro­chę kule­ją ale za to w Pol­sce, w poło­wie grud­nia, wylą­du­ją z pięk­ną, arab­ską opa­le­ni­zną. I może wró­cą tam za rok…

Rela­cja dotar­ła do mnie dzię­ki pomo­cy nasze­go spe­ca od mediów, Moni­ki Stroj­ny. Zain­te­re­so­wa­nych zapra­szam po wię­cej raj­do­wych new­sów na stro­nę teamu SPELEO.

[slideshow=10]