Hol domowej roboty do swimrun

Hol to całkiem przydatny gadżet w swimrun. Można kupić gotowy w wielu różnych wariantach, ale można też na początek zrobić swój, kosztuje niewiele i zajmuje ok 15min plus wycieczka do sklepu.

Co potrzebujemy? Generalnie Decathlon i Bricoman załatwiły sprawę:

  1. Guma / expander. Kolorową od ręki mieli w Poznaniu jedynie w Bricoman, więc tam nabyłem 3.5m niebieskiej linki 6mm
  2. Paczka 10cm opasek zaciskowych
  3. Dwie taśmy (zestaw dwóch troków do plecaka 100cm / 25mm )
  4. 2 karabinki do łatwego otwierania (małe Blacj Diamond „wire” (ewentualnie 4 jeśli chcemy na czymś wieszać łapki)
  5. Dwie sprzączki do paska 25mm

Zaczęliśmy trening od pełnej długości linki (zasugerowałem się „fabrycznymi” holami o długości ok 3m), jednak po kilku treningach skróciliśmy go do 2,20m i wydaje się teraz optymalny. Podejrzewam jednak, że to kwestia dość indywidualna i każdy musi to sam wypróbować.

Teraz jeszcze muszę wymyślić do tego jakiś patent na siatkową kieszonkę na żele, chyba że mi się znudzi po prostu kupię coś w stylu paska Zone3.

4 Deserts: przegląd sprzętu na etapowy bieg

Start w Namibii to był mój debiut w tego typu zawodach, więc większość pomysłów zaczerpnąłem z rajdowo-przygodowego doświadczenia i tego co akurat miałem w domu. W sumie, nadspodziewanie dobrze to wszystko zagrało, może komuś przyda się to, co już przetestowałem, kiedy będzie przygotowywał się do swoich zawodów.

Elektronika

Pustynia pustynią, ale jakże to tak w podróż bez telefonu… czyli na 7 dni bez źródła energii ani rusz. Zabrałem power bank Anker PowerCore 10000 i był stanowczo za duży, do kilkudniowego zasilania telefonu i zegarka spokojnie wystarczyłoby 5000, może nawet mniej. Telefon z powodu braku zasięgu służył przede wszystkim do robienia zdjęć i czytania wieczorami książek, teoretycznie planowałem też posłuchać muzyki, ale w rzeczywistości nie wyciągnąłem ani razu słuchawek.

Zegarek (Suunto Spartan Amber Baro) wymagał ładowania tylko dwa razy, jak bym się bardzo uparł to może i raz by wystarczył. W trybie energooszczędnym, z wyłączonym HR bateria trzymała bardzo ładnie, a i zapis śladu był wystarczająco dokładny. Czyli do skasowania słuchawki i do zmniejszenia zapasowa bateria.

Plecak

W wersji pierwotnej planowałem pobiec z moim 15-letnim rajdowym Salomonem, ale finalny wybór padł na nowy worek – Salomon S/LAB PEAK 20 (tu uwaga – wersja S/LAB różniła się dość mocno od zwykłego modelu PEAK). Były dwa główne powody – od lat biegam w kamizelkach i już trudno mi się od nich odzwyczaić, więc duża kamizelka od razu przyciągnęła moją uwagę.  Plecak jednak jest nadal na tyle mały, że wymusza rozsądne planowanie bagażu, gdzie przy 35 litrach starego plecaka, pół domu bym pewnie spakował na wszelki wypadek.

7-dniowe wyposażenie zmieściło się kompletnie, napchany plecak miał ok 9kg, po dwóch dniach (czyli po odjęciu dwóch porcji jedzenia) nie trzeba już było kolanem dopychać wszystkiego przy zamykaniu. W bieganiu plecak jest rewelacyjny, nawet przy pełnym obciążeniu nie skacze na plecach i ładnie rozkłada ciężar na ramionach (bardzo szeroki pasy). Kieszonki z przodu zmieszczą nawet duże softflaski (0,75), ja biegłem z 0,5 które raczej na pewno wymienię na 0,6 przy następnej okazji (po pierwsze więcej zapasu na wodę w jednym momencie by mi się przydało, po drugie obecne flaszki mam z małymi wlewami, więc na punktach już z daleka wszyscy wiedzieli że czeka ich wyzwanie przy nalewaniu).

Fabryczna wyściółka pleców wyleciała na samym początku, zastąpiona przez złożony materacyk do spania (o pewnych ubocznych konsekwencjach takiego rozwiązania napiszę kawałek dalej), dzięki czemu zyskałem parę gramów i znacznie lepszą amortyzację, plecy były wdzięczne.

Linki kompresyjne są nieco skomplikowane do opanowania, ale za to jak już się tę sztukę posiądzie, to działają bezbłędnie i mimo różnego stopnia napakowania, plecak trzyma się tak samo dobrze na ramionach. Plecak ma jedna dużą komorę, co było bardzo przydatne przy upychanym pakowaniu na etapówkę. W środku teoretycznie jest też kawałek materiału pozwalający przeorganizować zawartość, ale dla mnie był zupełnie nieprzydatny – używałem maty do spania jako amortyzacji na plecach, wtedy kluczowe było takie ułożenie materiału, żeby nie powodował dyskomfortu między matą a plecami.

Z dużych minusów wymieniłbym chyba „tylko” to, że to jednak delikatny plecak startowy i nie wiem ile zawodów realnie może przetrwać. Mój musiał niestety wrócić na reklamację (wymiana) bo padł zamek w jednej z przednich kieszonek  (tak naprawdę to cały czas bałem się bardziej o główny zamek, który jednak wytrzymał bez zastrzeżeń). Problem mógł być większy, bo w tym roku model został zastąpiony przez Out Peak 20, a może po prostu za mało było klientów na taki duży S/LAB i przerobili go na bardziej „cywilny” sprzęt…

Plecak: https://www.salomon.com/int/product/s-lab-peak-20.html (nowy model: https://www.salomon.com/pl/product/out-peak-20.html)

Kije

Zawsze biegam z kijami, nie znam dnia ani godziny jak się mogę popsuć, a w moich prędkościach stanowczo nie przeszkadzają. Od kilku lat używam Mountain King Trail Blaze i jak zwykle zrobiły swoją robotę, jednak jeden pustyni nie przeżył… Rada dal wszystkich używających aluminiowych kijków w warunkach słono-mglistych (jak na Wybrzeżu Szkieletów) – kije trzeba koniecznie rozkładać na noc, inaczej aluminium puchnie i kijki „zaspawują” się na amen, nie do rozkręcenia.

Przy okazji podziękowania dla polskiego dystrybutora, który sprowadził mi jedną sztukę na wymianę.

Kije: http://mountainking.pl/ultralekkie-kije-do-biegania-trail-blaze.html

Ciuchy

Praktycznie całe zawody zrobiłem w jednej zmianie rzeczy – krótkie spodenki Salomon (jakiś starszy model, już nawet nie pamietam jaki) plus koszulka X-BIONIC Twyce. Mimo mojego przywiązania do marki Salomon, muszę przyznać, że koszulki X-BIONIC mnie totalnie zdobyły i od dwóch lat w niczym innym nie startuję. Skarpetki zmieniałem (3 pary łącznie), aczkolwiek bardziej dlatego, ze miałem, niż że musiałem. Sprawdzone od lat Compressport Trail dały radę bez zastrzeżeń. W połączeniu z butami, uratowały mi stopy prawie w 100% od otarć. Na kolejne zawody raczej wezmę już tylko dwie pary.

Kolejna dla mnie nowość, to puchowa kurtka. Okazała się nieodłącznym towarzyszem wieczorów, a czasem również poranków. Puchówka Inverse Cumulusa sprawdziła się bardzo dobrze, jedna z najlżejszych na rynku, do tego w naprawdę niezłej (w porównaniu do konkurencyjnych) cenie. Brak kaptura nie jest aż tak wielkim problemem, można go dobrze wyrównać ciepłą czapką, która i tak jest prawie zawsze na liście wyposażenia.

Koszulka: https://sportofino.com/koszulka-x-bionic-running-man-the-twyce-o100668-a550
Skarpety: https://natural-born-runners.pl/product-pol-4342-COMPRESSPORT-PRORACING-SOCKS-V3-0-TRAIL-czarne.html
Kurtka: http://cumulus.pl/pl/kategorie/kurtki/inverse?gid=2&vid=1

Buty

Jak już jesteśmy przy butach, to na te zawody wziąłem do testów nowy model  Salomona S/LAB Ultra. Wybór podyktowany był głownie tym, że mają nieco gęstszą siateczkę niż moje stare S/LAB Sense Ultra i dawały lepszą nadzieję na piaskoszczelność (tym bardziej, że od początku brałem pod uwagę tylko krótkie trailowe ochraniacze na buty, zamiast mocowanych na stałe „pustynnych”). But jest rewelacyjny. Od pierwszego założenia można w nim lecieć setki kilometrów bez żadnego dyskomfortu. Nie wiem jak to robią, ale modele S/LAB nie wymagają żadnego rozbiegania, przynajmniej w moim przypadku. S/LAB Ultra w porównaniu do Sense Ultra ma więcej miejsca na palce i ogólnie jest bardziej „klapiaty” i przestronny. Nieco dziwne uczucie, ale szybko można się było przyzwyczaić.

Praktycznie jedyny minus tych butów, to jak dla mnie przestrzeń na dole wiązania, gdzie może się dostawać piach i małe kamyki, to o tyle nieszczęśliwe miejsce, że żaden zwykły ochraniasz tego nie zakrywa. Gdyby tam był cały materiał zszyty z dołem, to byłoby idealnie.

Trochę bałem się tych butów (i obtarć), więc zaplanowałem, że buty obozowe muszą być w razie czego zdatne to chodzenia. Sporo szperałem w internecie i w końcu wyszperałem – Xero Cloud, sandały biegowe. Ultra lekki kawałek gumy z kilkoma sznurkami okazał się nadzwyczaj użyteczny i wygodny, nawet  w ramach treningu zrobiłem w nich jakieś 3km… Rewelacyjny klapek na odpoczynek w obozie, a jednocześnie solidny sandał turystyczny, przydatny np. do przechodzenia rzek. Krótko mówiąc, buty zdały egzamin.

Buty: https://www.salomon.com/pl/product/s-lab-ultra.html
Sanadały: https://xeroshoes.com/shop/feeltrue-products/amuri-cloud-mens-barefoot-sandal/

Spanie

Zestaw sypialny to puchowy śpiwór plus mata pompowana. Śpiwór jest wyposażeniem raczej bezdyskusyjnym, co do maty nadal nie wiem czy jest sens ją brać. Śpiwór od Cumulusa zadziałał dobrze, był nawet cieplejszy niż deklarowana wartość, co prawda może to być też związane z tym, że był cięższy niż deklarowana wartość na stronie. W każdym razie w zakresie 0-20 daje się w nim spać w samej bieliźnie, do tego hydrofobowy puch nie łapie wilgoci, więc całość na piątkę.

Z matą miałem większy kłopot – ultralekki Thermarest to teoretycznie świetny wybór, w praktyce jednak załapał mikrodziurki już drugiej nocy (prawdopodobnie podczas biegu, kiedy był amortyzacją moich pleców) i resztę zawodów spałem na glebie z cienkim materiałem pod spodem… Wysypiałem się, więc czy jest sens brać następnym razem materacyk? Nie wiem. Na pewno przyda się izolacja od podłoża, tylko że taka izolacja nie będzie sporo lżejsza od materacyka (działającego!), więc nie wiem czy to ma sens. Raczej na pewno dam mu jeszcze jedną szansę po naprawie (gwarancję odrzucił polski dystrybutor).

Spiwór: http://cumulus.pl/pl/kategorie/spiwory/x-lite-200-483140?gid=24&vid=6
Mata: https://www.wgl.pl/mata-therm-a-rest-prolite-plus.html

Jedzenie

Ciekawostka – wziąłem mniej kalorii niż potrzebuję z naukowego punktu widzenia, a w praktyce okazało się że mam jedzenia za dużo i obdarowywałem zawodników. Głównym elementem były: paczki z Lyofood (kokosowa owsianka i kurczak tikka masala to podstawa, krem pomidorowy za to wchodził kiedy już żadne inne jedzenie nie chciało… ), do tego żele i żelki Stingera oraz batony Chiacharge i Dobry Squat. Puste miejsce dopchałem orzechami makadamia i pekan (Lidl). Jako bonus doszły dwie paczki kabanosów, kawa liofilizowana i miętowa herbata. Po biegu dochodził jeszcze napój recovery od Enervit. Miętową herbatę polecam na każdy długi bieg, a już na pewno taki w upale. Saszetka daje się zalać nawet zimną wodą w bidonie, łagodzi problemy żołądkowe i daje odpocząć od słodkich energetyków.

Menu zadziałało bardzo dobrze, z jedną niespodzianką batonową – moje ulubione owocowe DobreSquaty nie wchodziły mi wcale w upale, za to Chiacharge mogłem jeść w dowolnej ilości. Aż mi było przykro patrząc na innych zawodników krzywiących się na kolejne porcje swoich liofilizatów, bo moje codziennie smakowały rewelacyjnie – brawo Lyofood!

Szczerze – dawno nie miałem takiej wyżerki. Miałem mi ok 3000 kcal na dzień, całości nie zjadłem sam, a  chyba po biegu przytyłem…

Nawadnianie zadziałało też dobrze, na każdym etapie piłem mniej niż statystyczny zawodnik, jednak bardzo regularnie małymi porcjami i mocno podładowane solami (Salty Sticks i Nuun). Będę się tego trzymał, chociaż dla bezpieczeństwa jednak zamienię flaszki na nieco większe, jak wspomniałem wcześniej.

Liofilizaty (dania główne, kilka zup, owsianka kokosowa i owocowe koktaile): https://lyofood.pl/collection
Żele i żelki: https://natural-born-runners.pl/firm-pol-1444411203-Honey-Stinger.html
Chiacharge: https://natural-born-runners.pl/firm-pol-1421160707-Chia-Charge.html
Sole mineralne: https://natural-born-runners.pl/firm-pol-1495872988-Nuun.html oraz https://natural-born-runners.pl/product-pol-1642-SALTSTICK-100-kapsulek.html
Regeneracja: https://natural-born-runners.pl/product-pol-4414-ENERVIT-RECOVERY-DRINK-SASZETKA-pomarancz-50g.html

Podsumowanie

Za dużo w konfiguracji sprzętowej nie planuję zmieniać, jednak po drobnych modyfikacjach myślę, że mogę zejść poniżej 8kg, a nawet bliżej 7kg jeśli nie policzę kijków, z którymi ważyłem plecak na odprawie. Okaże się za rok, jak będę się przymierzał do Atacamy…

ps. dzięki Wojtkowi z 500 miles za wypożyczenie mikro czołówki!

4 Deserts: Namib Race 2018

Mój pierwszy etapowy bieg to była wielka niewiadoma. Z jednej strony wieloletnie doświadczenie z najlepszymi w Adventure Racing, z drugiej zupełnie nowy dla mnie format i 7 dni samego biegu, maraton po maratonie. Niby za bardzo się nie przejmowałem, ale nutka niepewności gdzieś tam się plątała.

Biegnę gdzieś po pustyni
Fot. Michał Gawron

Wyszło nadspodziewanie dobrze. Liczyłem na pozycję gdzieś w połowie stawki, tymczasem skończyłem na 11 miejscu, z jednym etapem ukończonym nawet na 9. Do tego najważniejsze – zadziałał prawie każdy element planu, od jedzenia, przez sprzęt aż w końcu po rozkład sił (co prawda tu z pewną modyfikacją planu dzięki koledze z Hong Kongu).

Co ciekawe, niektóre z moich rozwiązań były nowe i inspirujące nawet dla bardziej doświadczonych biegaczy pustynnych etapówek, więc w najbliższych dniach spróbuję to nieco szerzej opisać, może ktoś skorzysta w przyszłości z moich przetestowanych rozwiązań.

zawartość plecaka na kontroli sprzętu
Zawartość plecaka podczas kontroli sprzętu

Plecak nie należał do najlżejszych (9.8 kg), ale też miałem kilka dodatkowych elementów, z których w przyszłości mogę zrezygnować, pewnie obetnę na tym nawet jakieś 1-2 kg, głownie na jedzeniu ale też trochę na rzeczach.

Bardzo dobrze sprawdziła się dla mnie całkiem nowa strategia biegu 2-8, dwie minuty szybkiego chodu, osiem minut biegu. Nie jest to na pewno metoda na wygranie zawodów, ale za to świetny sposób na to, żeby kończyć każdy dzień na niezłym miejscu ze sporym zapasem sił. Taki rozkład ma też inną zaletę – pomógł mi dbać o regularne nawadnianie i jedzenie. Robiłem to tylko (zawsze) w tych dwuminutowych przerwach „serwisowych”, dzięki czemu mogłem to robić odpowiednio często i na spokojnie. Jak wspomniałem wcześniej, nie do końca była to moja zaplanowana taktyka, jednak po tym jak na pierwszym etapie wyprzedził mnie kolega David z HK właśnie w ten sposób, zdecydowałem się to wypróbować drugiego dnia i w ciągu kolejnych dni dopasować bardziej pod siebie. Sprawdziło się świetnie.

Strategia ma oczywiście zastosowanie  na bardziej plaskatym terenie, jak zaczynają się bardzo strome podejścia, wymaga modyfikacji. Życie pokazało, że modyfikacje również byłyby przydatne w piekarniku :) Podczas długiego, 80km, etapu mimo oszczędzania sił przegrzałem się konkretnie i potrzebowałem prawie dwóch godzin, żeby z tego przegrzania wyjść.

Namibijska trasa to większości dość twardy, zbity piach i żwir z mniej licznymi atrakcjami typu sypki pach (plaża i wydmy) czy bieganie w „nutelli” (solne wilgotne pola), było to z resztą widać po czasach najlepszych w okolicach 3:30 na maraton. Pustynia to pustynia, więc życia za wiele tam nie było, jednak foki na wybrzeżu i wieczorne wizyty szakali i hien urozmaicały nam ją dość mocno. Była pewna, aczkolwiek niewielka, szansa spotkanie wielkich afrykańskich kotów (lwy, lamparty, gepardy), krótko mówiąc jest to świat psów i kotów :).

wieczorne rozmowy przy ognisku
Fot. Michał Gawron

Cykl 4 Deserts to świetna organizacja, dość kameralna atmosfera, piękne tereny i niesamowici ludzie. Format  i sposób organizacji biegu jeszcze wzmacniają klimat do nawiązywania ciekawych kontaktów. Codziennie poza kilkoma godzinami biegu, reszta czasu to drobne naprawy sprzętu i własnej osoby oraz rozmowy z zawodnikami z całego świata. Dla samych tych godzin przy ogniu i opowieści z najdalszych zakątków świata warto tam być. Brak zasięgu komórek (co za tym idzie również internetu) to również dość niezły tygodniowy wypoczynek dla głowy. Z kolei na trasie, dzięki względnie małej ilości uczestników, można przez długi czas być sam na sam z pustynią.

Ogromnie się cieszę z sukcesu charytatywnej strony mojego startu. Projekt 4deserts4autism zebrał ponad 9600 zł (czyli nawet ponad zakładane 8000) i dał mi motywację do mocniejszej pracy niż zwykle. Miło było też widzieć jak wiele innych osób wykorzystuje ten cykl do wspierania potrzebujących. Wielu z nas będzie biegać tak, czy inaczej, wydawać mniejsze lub większe pieniądze na swoje hobby, a połączenie tego z pomocą i motywacją do pomocy, to chyba dobra kombinacja. Warty uwagi jest na pewno projekt innego polskiego zawodnika, Marka Rybca, który podczas próby zdobycia pustynnego szlema (4 pustynne starty w jednym roku) ma ambitny cel zebrania 100 tyś zł na wsparcie jednego z warszawskich hospicjów. Trzymam kciuki za jego plan i zachęcam Was do wsparcia.

Namibia to było moje trzecie spotkanie z pustynnym bieganiem (po dwukrotnej wizycie na Gobi) i wiem na pewno, że nie ostatnie. Wstępnie szykuję się na edycję Atacama, ale dopiero w 2019 roku, starty w etapówkach tego rodzaju to przede wszystkim obciążenie czasowo-finansowe i stanowczo muszę to mądrze rozłożyć w planach. W międzyczasie może uda mi się zaplanować coś w innych rejonach świata, parę pomysłów już mi chodzi po głowie. Na razie jednak przestawiam się w tryb wodno-lądowy swimrun.

Polscy zawodnicy na mecie: Marek Rybiec, Michał Gawron, Kuba Zwolinski

 

Plecak na diecie

Przygotowania do siedmiodniowego biegu „self-supported” to strasznie dużo myślenia… nawet za dawnych rajdowych czasów, nigdy nie musiałem nosić ze sobą całości wyposażenia na 7 dni, zawsze były jakieś przepaki, czasem możliwość doposażenia w sklepie / od innych zawodników. Tu będzie tylko pustynia i woda od organizatorów.

Na początku myślałem, że wezmę stary plecak, zapakuję sprawdzonym starym sprzętem i gotowe, przecież nie będę się bawił w zbijanie kilku gramów na każdym elemencie.

No i niby wyszło, plecak pod 15kg bez wody… Realnie, z tym nie ubiegnę za szybko, a co gorsza pewnie też nie za daleko. Więc przyszła pora na arkusz kalkulacyjny i kolejną porcję myślenia – gdzie i jak pozbędę się kilogramów (wiem, mógłbym po prostu zrzucić 5 kg wagi z brzucha i będzie super, ale… wyszło, że ta moja waga to już lepiej, żeby została jak jest zanim przegnę z dietami).

Na potrzeby dalszego myślenia, musiałem podwędzić z kuchni wagę i zabrać się za dietę plecaka – co można odchudzić, a z czego zrezygnować. Tu poobcinałem 100g, tam wyrzuciłem 20g i po wszystkich operacjach zbliżyłem się do 9kg, czyli średniej wagi plecaka wśród zawodników. Niestety, okazało się, że jednak w trochę sprzętu muszę się doposażyć, jak chcę biec w miarę na lekko. Na chwilę obecną wśród niewiadomych pozostał chyba już tylko śpiwór i zapas żywności.

Teraz jeszcze tylko muszę to wszystko upchnąć w 20 litrowy plecak…

Projekt 4deserts4autism.org

Kiedy pierwszy raz usłyszałem lata temu o Marathon des Sables czy Desert Cup (to chyba było gdzieś w okolicach 2004, 4 Deserts jeszcze nie istniał), wydawało mi się to czymś niesamowitym i nieosiągalnym. Bieganie traktowałem wtedy bardziej jako przygotowanie do Adventure Racing i nie wyobrażałem sobie startu w zawodach, które tylko na tym polegają.

Paradoksalnie, pierwszy raz na pustyni pobiegłem lata później, kiedy po długiej przerwie wróciłem do sportowej aktywności. W 2014 i 2015 wziąłem udział w imprezie na pustyni Gobi, gdzie do przebycia było ok 130 km w kilku etapach. To był tak naprawdę pierwszy impuls, żeby zacząć myśleć o “prawdziwym” starcie na pustyni.

Temat jednak odłożyłem na bok na kolejne dwa lata i rok po roku wracałem do wydolności, która pozwala cieszyć się biegiem na każdym kilometrze (no, prawie każdym). Najpierw Supermaraton Gór Stołowych, Bieg Rzeźnika (nostalgiczny come back na trasę równo po 10 latach), Zimowy Ultramaraton Karkonoski, potem coraz dalej i wyżej – Lakes Sky Ultra czy wreszcie Bieg Granią Tatr.

Co ciekawe, jeszcze kilka miesięcy temu nie myślałem na serio o etapówce na pustyni, skupiając się wyłącznie na górach. Impuls przyszedł z zupełnie nieoczekiwanej strony – na stronie biegaczy ultra na Fb pojawił się post zbierający chętnych do projektu startu we wszystkich edycjach 4 Deserts w ramach planowanego programu pewnej stacji tv. Muszę przyznać, ze strasznie spodobała mi się ta idea – za cenę odrobiny prywatności pojawiłby się sponsor na wszystkie 4 etapy i można byłoby się skoncentrować na samych treningach i jakimś fajnym dodatkowym celu charytatywnym (a do tego rozgłos medialny tylko by się przydał). Nadal było to jednak mocno abstrakcyjne i nie traktowałem idei startu w tym roku zbyt poważnie.

Praktycznie do listopada nie było wiadomo co będzie z planowanym mediowym projektem, więc czekałem… Wreszcie przyszła spóźniona wiadomość – nic nie będzie, projekt został odwołany.

Niby nic takiego, w końcu przecież nie planowałem nigdzie jechać, to nie pojadę. Tylko, że… tak się nastawiłem psychicznie na to, że nagle zaczęło mi tej wizji bardzo brakować. Jeśli czegoś bardo się chce, to za wiele nie ma wyboru, trzeba spróbować to zrobić. Tak więc podliczyłem co udźwignie karta kredytowa i wpłaciłem wpisowe. Od tego momentu, sprawa wizja startu z pustynnego mirażu zamieniła się w realny widok oazy na końcu drogi :).

Bieg w jednej czy kilku edycjach 4 pustyń to zawsze duże obciążenie… dla otoczenia zawodnika. W pewien sposób bieganie i starty w tak dużych zawodach to bardzo egoistyczna sprawa. Czas kiedy trenuję, to czas który muszę wyciąć z życia rodzinnego czy zawodowego i nie zawsze mogę to sensownie połączyć.

Nie lubię zasłaniania się “pasją” czy “odkrywaniem siebie”, bo to bzdura, biegam bo lubię i czuję się od tego lepiej. Nie jestem zawodowym sportowcem, nie żyję z tego i muszę nawet przed sobą przyznać, ze to po prostu hobby bez którego można egzystować. Czymś innym będzie krótki jogging kilka razy w tygodniu, a czymś innym poświęcanie wielu godzin tygodniowo na trening plus worek pieniędzy na wyjazdy i sprzęt. Nie chcę również, żeby ktoś opłacał moją “zabawę”, kiedy na świecie są dużo ważniejsze potrzeby.

Tak doszedłem do konkretu – chcę nadać mojemu bieganiu sens i usprawiedliwić się sam przed sobą. Chcę, żeby moje hobby mogło przynieść jakiś wymierny pozytywny skutek i pomóc innym. Z racji, że moja żona od lat zajmuje się diagnozą i terapią osób z autyzmem, naturalnym wyborem była znana mi organizacja, tak trafiło na Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Autyzmem ProFUTURO. Stowarzyszenie zarówno pomaga diagnozować i prowadzić terapię dzieci, jak też pomaga już dorosłym autystom funkcjonować w społeczeństwie.

Start w Namibii nie będzie jakimś niezwykłym dokonaniem na miarę zimowego wejścia na K2 czy przepłynięcia samotnie oceanu, ale wierzę, że dla wielu może być czymś ciekawym, inspiracją nie tylko do aktywności, ale przede wszystkim do tego, że możemy połączyć zabawę z pomocą innym. Jeśli na razie pobiegnięcie na pustyni jest dla was równie abstrakcyjne jak dla mnie kiedyś, po prostu dołączcie tutaj i dzielcie ze mną ten start.

Na Facebook została utworzona zbiórkę (fundraiser), można wpłacać bezpośrednio korzystając z płatności serwisu. Co ciekawe, Facebook nie pobiera żadnych prowizji od tych wpłat, całość trafia na konto wybranej organizacji. Adres zbiórki: https://www.facebook.com/donate/900417960134984/

Jeśli kogoś drażni przesyłanie pieniędzy poprzez Facebook, a nadal chce pomóc, na stronie www.4deserts4autism.org umieściłem dane Stowarzyszenia ProFUTURO razem z wszystkimi niezbędnymi informacjami do przelewu.

To było na tyle przydługiego wstępu. Teraz zbieram się na trening. Na tej stronie podzielę się moimi przemyśleniami o przygotowaniach, sprzęcie i wszystkim innym związanym ze startem w Namibii… Cokolwiek, co zainspiruje Was do wsparcia dobrego celu :)

ps. jak dotarliście aż do końca tego tekstu, to teraz chyba czas dowiedzieć się więcej o autyzmie – polecam http://pro-futuro.org/autyzm/, https://pl.wikipedia.org/wiki/Spekt…, https://www.autismspeaks.org/ i wiele innych ciekawych źródeł