Hol domowej roboty do swimrun

Hol to całkiem przydatny gadżet w swimrun. Można kupić gotowy w wielu różnych wariantach, ale można też na początek zrobić swój, kosztuje niewiele i zajmuje ok 15min plus wycieczka do sklepu.

Co potrzebujemy? Generalnie Decathlon i Bricoman załatwiły sprawę:

  1. Guma / expander. Kolorową od ręki mieli w Poznaniu jedynie w Bricoman, więc tam nabyłem 3.5m niebieskiej linki 6mm
  2. Paczka 10cm opasek zaciskowych
  3. Dwie taśmy (zestaw dwóch troków do plecaka 100cm / 25mm )
  4. 2 karabinki do łatwego otwierania (małe Blacj Diamond „wire” (ewentualnie 4 jeśli chcemy na czymś wieszać łapki)
  5. Dwie sprzączki do paska 25mm

Zaczęliśmy trening od pełnej długości linki (zasugerowałem się „fabrycznymi” holami o długości ok 3m), jednak po kilku treningach skróciliśmy go do 2,20m i wydaje się teraz optymalny. Podejrzewam jednak, że to kwestia dość indywidualna i każdy musi to sam wypróbować.

Teraz jeszcze muszę wymyślić do tego jakiś patent na siatkową kieszonkę na żele, chyba że mi się znudzi po prostu kupię coś w stylu paska Zone3.

4 Deserts: przegląd sprzętu na etapowy bieg

Start w Namibii to był mój debiut w tego typu zawodach, więc większość pomysłów zaczerpnąłem z rajdowo-przygodowego doświadczenia i tego co akurat miałem w domu. W sumie, nadspodziewanie dobrze to wszystko zagrało, może komuś przyda się to, co już przetestowałem, kiedy będzie przygotowywał się do swoich zawodów.

Elektronika

Pustynia pustynią, ale jakże to tak w podróż bez telefonu… czyli na 7 dni bez źródła energii ani rusz. Zabrałem power bank Anker PowerCore 10000 i był stanowczo za duży, do kilkudniowego zasilania telefonu i zegarka spokojnie wystarczyłoby 5000, może nawet mniej. Telefon z powodu braku zasięgu służył przede wszystkim do robienia zdjęć i czytania wieczorami książek, teoretycznie planowałem też posłuchać muzyki, ale w rzeczywistości nie wyciągnąłem ani razu słuchawek.

Zegarek (Suunto Spartan Amber Baro) wymagał ładowania tylko dwa razy, jak bym się bardzo uparł to może i raz by wystarczył. W trybie energooszczędnym, z wyłączonym HR bateria trzymała bardzo ładnie, a i zapis śladu był wystarczająco dokładny. Czyli do skasowania słuchawki i do zmniejszenia zapasowa bateria.

Plecak

W wersji pierwotnej planowałem pobiec z moim 15-letnim rajdowym Salomonem, ale finalny wybór padł na nowy worek – Salomon S/LAB PEAK 20 (tu uwaga – wersja S/LAB różniła się dość mocno od zwykłego modelu PEAK). Były dwa główne powody – od lat biegam w kamizelkach i już trudno mi się od nich odzwyczaić, więc duża kamizelka od razu przyciągnęła moją uwagę.  Plecak jednak jest nadal na tyle mały, że wymusza rozsądne planowanie bagażu, gdzie przy 35 litrach starego plecaka, pół domu bym pewnie spakował na wszelki wypadek.

7-dniowe wyposażenie zmieściło się kompletnie, napchany plecak miał ok 9kg, po dwóch dniach (czyli po odjęciu dwóch porcji jedzenia) nie trzeba już było kolanem dopychać wszystkiego przy zamykaniu. W bieganiu plecak jest rewelacyjny, nawet przy pełnym obciążeniu nie skacze na plecach i ładnie rozkłada ciężar na ramionach (bardzo szeroki pasy). Kieszonki z przodu zmieszczą nawet duże softflaski (0,75), ja biegłem z 0,5 które raczej na pewno wymienię na 0,6 przy następnej okazji (po pierwsze więcej zapasu na wodę w jednym momencie by mi się przydało, po drugie obecne flaszki mam z małymi wlewami, więc na punktach już z daleka wszyscy wiedzieli że czeka ich wyzwanie przy nalewaniu).

Fabryczna wyściółka pleców wyleciała na samym początku, zastąpiona przez złożony materacyk do spania (o pewnych ubocznych konsekwencjach takiego rozwiązania napiszę kawałek dalej), dzięki czemu zyskałem parę gramów i znacznie lepszą amortyzację, plecy były wdzięczne.

Linki kompresyjne są nieco skomplikowane do opanowania, ale za to jak już się tę sztukę posiądzie, to działają bezbłędnie i mimo różnego stopnia napakowania, plecak trzyma się tak samo dobrze na ramionach. Plecak ma jedna dużą komorę, co było bardzo przydatne przy upychanym pakowaniu na etapówkę. W środku teoretycznie jest też kawałek materiału pozwalający przeorganizować zawartość, ale dla mnie był zupełnie nieprzydatny – używałem maty do spania jako amortyzacji na plecach, wtedy kluczowe było takie ułożenie materiału, żeby nie powodował dyskomfortu między matą a plecami.

Z dużych minusów wymieniłbym chyba „tylko” to, że to jednak delikatny plecak startowy i nie wiem ile zawodów realnie może przetrwać. Mój musiał niestety wrócić na reklamację (wymiana) bo padł zamek w jednej z przednich kieszonek  (tak naprawdę to cały czas bałem się bardziej o główny zamek, który jednak wytrzymał bez zastrzeżeń). Problem mógł być większy, bo w tym roku model został zastąpiony przez Out Peak 20, a może po prostu za mało było klientów na taki duży S/LAB i przerobili go na bardziej „cywilny” sprzęt…

Plecak: https://www.salomon.com/int/product/s-lab-peak-20.html (nowy model: https://www.salomon.com/pl/product/out-peak-20.html)

Kije

Zawsze biegam z kijami, nie znam dnia ani godziny jak się mogę popsuć, a w moich prędkościach stanowczo nie przeszkadzają. Od kilku lat używam Mountain King Trail Blaze i jak zwykle zrobiły swoją robotę, jednak jeden pustyni nie przeżył… Rada dal wszystkich używających aluminiowych kijków w warunkach słono-mglistych (jak na Wybrzeżu Szkieletów) – kije trzeba koniecznie rozkładać na noc, inaczej aluminium puchnie i kijki „zaspawują” się na amen, nie do rozkręcenia.

Przy okazji podziękowania dla polskiego dystrybutora, który sprowadził mi jedną sztukę na wymianę.

Kije: http://mountainking.pl/ultralekkie-kije-do-biegania-trail-blaze.html

Ciuchy

Praktycznie całe zawody zrobiłem w jednej zmianie rzeczy – krótkie spodenki Salomon (jakiś starszy model, już nawet nie pamietam jaki) plus koszulka X-BIONIC Twyce. Mimo mojego przywiązania do marki Salomon, muszę przyznać, że koszulki X-BIONIC mnie totalnie zdobyły i od dwóch lat w niczym innym nie startuję. Skarpetki zmieniałem (3 pary łącznie), aczkolwiek bardziej dlatego, ze miałem, niż że musiałem. Sprawdzone od lat Compressport Trail dały radę bez zastrzeżeń. W połączeniu z butami, uratowały mi stopy prawie w 100% od otarć. Na kolejne zawody raczej wezmę już tylko dwie pary.

Kolejna dla mnie nowość, to puchowa kurtka. Okazała się nieodłącznym towarzyszem wieczorów, a czasem również poranków. Puchówka Inverse Cumulusa sprawdziła się bardzo dobrze, jedna z najlżejszych na rynku, do tego w naprawdę niezłej (w porównaniu do konkurencyjnych) cenie. Brak kaptura nie jest aż tak wielkim problemem, można go dobrze wyrównać ciepłą czapką, która i tak jest prawie zawsze na liście wyposażenia.

Koszulka: https://sportofino.com/koszulka-x-bionic-running-man-the-twyce-o100668-a550
Skarpety: https://natural-born-runners.pl/product-pol-4342-COMPRESSPORT-PRORACING-SOCKS-V3-0-TRAIL-czarne.html
Kurtka: http://cumulus.pl/pl/kategorie/kurtki/inverse?gid=2&vid=1

Buty

Jak już jesteśmy przy butach, to na te zawody wziąłem do testów nowy model  Salomona S/LAB Ultra. Wybór podyktowany był głownie tym, że mają nieco gęstszą siateczkę niż moje stare S/LAB Sense Ultra i dawały lepszą nadzieję na piaskoszczelność (tym bardziej, że od początku brałem pod uwagę tylko krótkie trailowe ochraniacze na buty, zamiast mocowanych na stałe „pustynnych”). But jest rewelacyjny. Od pierwszego założenia można w nim lecieć setki kilometrów bez żadnego dyskomfortu. Nie wiem jak to robią, ale modele S/LAB nie wymagają żadnego rozbiegania, przynajmniej w moim przypadku. S/LAB Ultra w porównaniu do Sense Ultra ma więcej miejsca na palce i ogólnie jest bardziej „klapiaty” i przestronny. Nieco dziwne uczucie, ale szybko można się było przyzwyczaić.

Praktycznie jedyny minus tych butów, to jak dla mnie przestrzeń na dole wiązania, gdzie może się dostawać piach i małe kamyki, to o tyle nieszczęśliwe miejsce, że żaden zwykły ochraniasz tego nie zakrywa. Gdyby tam był cały materiał zszyty z dołem, to byłoby idealnie.

Trochę bałem się tych butów (i obtarć), więc zaplanowałem, że buty obozowe muszą być w razie czego zdatne to chodzenia. Sporo szperałem w internecie i w końcu wyszperałem – Xero Cloud, sandały biegowe. Ultra lekki kawałek gumy z kilkoma sznurkami okazał się nadzwyczaj użyteczny i wygodny, nawet  w ramach treningu zrobiłem w nich jakieś 3km… Rewelacyjny klapek na odpoczynek w obozie, a jednocześnie solidny sandał turystyczny, przydatny np. do przechodzenia rzek. Krótko mówiąc, buty zdały egzamin.

Buty: https://www.salomon.com/pl/product/s-lab-ultra.html
Sanadały: https://xeroshoes.com/shop/feeltrue-products/amuri-cloud-mens-barefoot-sandal/

Spanie

Zestaw sypialny to puchowy śpiwór plus mata pompowana. Śpiwór jest wyposażeniem raczej bezdyskusyjnym, co do maty nadal nie wiem czy jest sens ją brać. Śpiwór od Cumulusa zadziałał dobrze, był nawet cieplejszy niż deklarowana wartość, co prawda może to być też związane z tym, że był cięższy niż deklarowana wartość na stronie. W każdym razie w zakresie 0-20 daje się w nim spać w samej bieliźnie, do tego hydrofobowy puch nie łapie wilgoci, więc całość na piątkę.

Z matą miałem większy kłopot – ultralekki Thermarest to teoretycznie świetny wybór, w praktyce jednak załapał mikrodziurki już drugiej nocy (prawdopodobnie podczas biegu, kiedy był amortyzacją moich pleców) i resztę zawodów spałem na glebie z cienkim materiałem pod spodem… Wysypiałem się, więc czy jest sens brać następnym razem materacyk? Nie wiem. Na pewno przyda się izolacja od podłoża, tylko że taka izolacja nie będzie sporo lżejsza od materacyka (działającego!), więc nie wiem czy to ma sens. Raczej na pewno dam mu jeszcze jedną szansę po naprawie (gwarancję odrzucił polski dystrybutor).

Spiwór: http://cumulus.pl/pl/kategorie/spiwory/x-lite-200-483140?gid=24&vid=6
Mata: https://www.wgl.pl/mata-therm-a-rest-prolite-plus.html

Jedzenie

Ciekawostka – wziąłem mniej kalorii niż potrzebuję z naukowego punktu widzenia, a w praktyce okazało się że mam jedzenia za dużo i obdarowywałem zawodników. Głównym elementem były: paczki z Lyofood (kokosowa owsianka i kurczak tikka masala to podstawa, krem pomidorowy za to wchodził kiedy już żadne inne jedzenie nie chciało… ), do tego żele i żelki Stingera oraz batony Chiacharge i Dobry Squat. Puste miejsce dopchałem orzechami makadamia i pekan (Lidl). Jako bonus doszły dwie paczki kabanosów, kawa liofilizowana i miętowa herbata. Po biegu dochodził jeszcze napój recovery od Enervit. Miętową herbatę polecam na każdy długi bieg, a już na pewno taki w upale. Saszetka daje się zalać nawet zimną wodą w bidonie, łagodzi problemy żołądkowe i daje odpocząć od słodkich energetyków.

Menu zadziałało bardzo dobrze, z jedną niespodzianką batonową – moje ulubione owocowe DobreSquaty nie wchodziły mi wcale w upale, za to Chiacharge mogłem jeść w dowolnej ilości. Aż mi było przykro patrząc na innych zawodników krzywiących się na kolejne porcje swoich liofilizatów, bo moje codziennie smakowały rewelacyjnie – brawo Lyofood!

Szczerze – dawno nie miałem takiej wyżerki. Miałem mi ok 3000 kcal na dzień, całości nie zjadłem sam, a  chyba po biegu przytyłem…

Nawadnianie zadziałało też dobrze, na każdym etapie piłem mniej niż statystyczny zawodnik, jednak bardzo regularnie małymi porcjami i mocno podładowane solami (Salty Sticks i Nuun). Będę się tego trzymał, chociaż dla bezpieczeństwa jednak zamienię flaszki na nieco większe, jak wspomniałem wcześniej.

Liofilizaty (dania główne, kilka zup, owsianka kokosowa i owocowe koktaile): https://lyofood.pl/collection
Żele i żelki: https://natural-born-runners.pl/firm-pol-1444411203-Honey-Stinger.html
Chiacharge: https://natural-born-runners.pl/firm-pol-1421160707-Chia-Charge.html
Sole mineralne: https://natural-born-runners.pl/firm-pol-1495872988-Nuun.html oraz https://natural-born-runners.pl/product-pol-1642-SALTSTICK-100-kapsulek.html
Regeneracja: https://natural-born-runners.pl/product-pol-4414-ENERVIT-RECOVERY-DRINK-SASZETKA-pomarancz-50g.html

Podsumowanie

Za dużo w konfiguracji sprzętowej nie planuję zmieniać, jednak po drobnych modyfikacjach myślę, że mogę zejść poniżej 8kg, a nawet bliżej 7kg jeśli nie policzę kijków, z którymi ważyłem plecak na odprawie. Okaże się za rok, jak będę się przymierzał do Atacamy…

ps. dzięki Wojtkowi z 500 miles za wypożyczenie mikro czołówki!

Dieta orzechowa

Dzisiaj wpis znów o jedzeniu (to znów jest bardzo względne, szybkie spojrzenie w historię bloga wskazuje że pisałem o jedzeniu ostatnio w październiku 2009, aczkolwiek kiedyś zdarzało się to cześciej).

Jak się bardziej zastanowić, to cały start w Sahara Race to jedno wielkie  myślenie o jedzeniu. Wiem już na 100%, że nie jestem w stanie zabrać ze sobą tyle jedzenia, żebym nie chodził głodny, po prostu się nie da bo plecak bym musiał wyprawowy zabrać, a nie biegowy. Sensowna wersja minimalna to 3000 kcal / dzień (wymagane przez organizatorów minimum przeżycia to 2000 kcal / dzień), ale to bardzo daleko od mojego realnego zapotrzebowania.

Misja na teraz, to dobrać takie jedzenie, które bez zwiększania znacznego objętości i wagi podniesie mi zarówno dzienne racje energii, ale też komfort psychiczny podczas odpoczynku.

Przez ostatnie tygodnie sprawdzałem różne liofilizaty (Lyofood, Trek’n Eat, Aptonia/Decathlon) i o ile na wszystkie reaguję względnie dobrze, to mam zdecydowanego faworyta smakowego i na nim opieram rozkład jedzeniowy na start.

Na chwilę obecną, podsumowując moje rajdowo-pustynno-biegowe doświadczenia i ostatnie testy jedzeniowe, plan diety wygląda następująco:

Śniadanie:

Stawiam na liofilizowaną kokosowa owsianka, duże śniadanie to podstawa, więc biorę podwójną porcję (200g, 1000 kcal). Początkowo chciałem ją przeplatać z jaglanką tej samej firmy, ale różnica smakowa jest na tyle duża, że zostaję przy tym samym śniadaniu. O ile na jaglance wystartowałem Bieg Granią Tatr i było nieźle, to jednak nie chcę tego doświadczenia smakowego aż tak często powtarzać. Kokosowa owsianka rządzi.

W planach śniadaniowych mam też pomysł na ekstrawagancję w postaci liofilizowanej kawy, ale muszę ją najpierw przetestować, na ile smakiem rzeczywiście dorównuje parzonej. Zwykłej rozpuszczalnej nie biorę pod uwagę, w takiej sytuacji wolę herbatę. Przy okazji herbaty – biorę też zapas miętowej, dobrze się sprawdza. w upale, a w razie sytuacji awaryjnej może trochę podratować żołądek.

Obiad/lunch:

Tutaj mam jeszcze trochę dylemat. Teoretycznie kurczakowa tikka masala od Lyofood jest najbardziej napakowana energią i całkiem smaczna, ale… po kilku dniach mogę mieć inne zdanie. To muszę jeszcze potestować, ale raczej pójdę w duży zestaw z kurczakiem na zmianę ze schabem w połączeniu z  zupami. Przez chwilę kuszące wydawało się również curry pokrzywowe (mocno energetyczne), ale potrwało to tylko do pierwszego testu…

Dodatki:

Na normalnych biegach jem praktycznie tylko żele i je chciałem zabrać, tylko jest z nimi jeden problem – zawierają wodę i ważą przez to niepotrzebnie więcej. Biorę więc tylko kilka ulubionych od Honey Stinger i dobieram im do towarzystwa trochę żelków tej samej marki. Na ten wyjazd batony (a może raczej ciasteczka?) bardziej się przydadzą – tutaj wybór mam jeden, bo praktycznie bez oporów mogę jeść tylko słonawe Chia Charge. Niekoniecznie podczas biegu , ale jako energetyczny deser będą w sam raz. Do deserów trafi też kilka paczek liofilizowanych owoców.

Do całości dojdą jeszcze, oprócz wspomnianej kawy i herbaty, napoje: owocowy shake od Lyofood (dla samopoczucia ;) ) i czekoladowy napój od Nutrend (recovery). Nie mam do końca tylko pomysłu na smak wody. Nie potrzebuję pakować do niej isotoników, bo biorę SaltSticks, ale dobrze by było mieć coś na zmianę smaku w piciu… Po latach prób piję w sumie albo samą wodę, albo napój Unisport marakuja od Nutrenda, tyle, że on nie występuje w formie odwodnionej, a przez to raczej odpada… Pewnie padnie na Isostar w tabletkach, bo on jest na drugim miejscu mojej listy, chociaż daleko za nutrendem.

Paczkowane liofilizaty i inne sportowe jedzenie sprawdzają się dobrze smakowo, są nieźle napakowane energią, jednak nie jest to maksimum energetyczne jakie można wycisnąć ze stu gram. W tym momencie na ratunek przychodzą orzechy.

Różnego rodzaju orzechy są na szczycie energetycznej drabiny – 100 g orzechów makadamia / pekan ma aż ponad 700 kcal (690-750, zależnie od źródeł)! O ile za makadamia nie przepadam, to po mieszkaniu w USA zostało mi przywiązanie do pekan (za ciasto z pekan i syropem klonowym nadal potrafię oddać wiele).

Krótko mówiąc, wszystko co zaoszczędzę na wadze sprzętu, dopcham orzechami. Stan na dziś (zakłada 300g orzechów):  3100 kcal / dzień, waga jedzenia 5 kg.

Ps. słyszałem o możliwość zaprawiania wszystkiego dodatkowo olejem kokosowym czy palmowym (850-950 kcal / 100 g), ale nie wiem czy ja i mój żołądek jesteśmy na to  gotowi :)

Marsz Śledzia

Od roku, kiedy przy okazji offroadowej imprezy Land Roverów nad morzem, dowiedziałem się o Marszu Śledzia, wiedziałem że muszę chociaż raz spróbować tego spaceru po wodach Zatoki Puckiej. W tym roku nadarzyła sie okazja, udało mi się załapać na rejestrację (miejsca skończyły się w 12 min od otwarcia zapisów) i 21 sierpnia po kilku godzinach jazdy i noclegu na tylnym siedzeniu disco stawiłem się na starcie Marszu.

Impreza obejmuje kilkugodzine przejście z Kuźnicy do Rewy z krótkimi odcinakmi wymagającymi pływania, jest też jeden odcinek dłuższy, ale ten można pokonać przy wsparciu mechanicznym (holując się za kutrem).

Po dość sprawnej rejestracji i wyposażeniu w śledziową koszulkę cała grupa ok 100 osób wybrała się na start. Sam start nieco się opóźnił ze względu na TVN i ich silną potrzebę kręcenia startu na własne potrzeby :). Tak więc z małym poślizgiem wszyscy wyruszyli na trasę.

Początek to kilkadziesiąt metrów płynięcie, jednak na tyle mało, że nie było sensu nawet myśleć o płetwach i spokojną żabką szybko można było dotrzeć do wypłyconego początku mielizny. Od tego miejsca następne kilka kilometrów to już brodzenie w wodzie sięgającej od kostek po uda w głębszych miejscach. Jako, że towarzyszyła nam ładna pogoda, większość dość szybko zaczęła przerabiać pianki na wersje bardziej przewiewne, ja ograniczyłem się do pozbycia piankowych butów, które przy człapaniu w wodzie bardziej przeszkadzały niż pomagały.

Mniej więcej w połowie trasy, płycizna zamienia się w łachę piachu, po której można już iść suchą nogą. W tym miejscu organizatorzy zaplanowali przerwę na „posiłek regeneracyjny” w postaci solonego śledzia. Pierwsze wrażenie może nie było najlepsze (śledź w całości i z „zawartością”), ale jak się okazało smakował całkiem nieźle, do tego stopnia że zgłosiłem się po dokładkę. Niestety, na tym etapie bateria w kamerze już odmówiła posłuszeństwa, więc nie mam dokumentacji tego posiłku…

Zapis śledziowego przejścia i kilka fotek na TRAIL.PL:

Po dłuższym wylegiwaniu i objadaniu śledziami nadszedł czas, żeby ruszyć w dalszą drogę. Tutaj zaczynał się etap głębokiej wody, przepływany przez lokalnych twardzieli, a holowany dla całej reszty uczestników. Muszę przyznać, że te 1.5km byłyby na pewno trudne, ale biorąc pod uwagę temperaturę wody chyba wolałbym jednak płynąć, bo holowany za kutrem wymarzłem tak potwornie, że sto razy bardzie wolałbym zmęczyć się machając płetwami. Może następnym razem…

Ogólnie impreza bardzo fajna i pod względem trudności na pewno nie ekstemalna, bardziej wycieczkowa. Ze względu na pewne kontrowersje dotyczące trasy (wątpliwości ekologów dotyczące gniazdowania ptaków), dobrze że odbywa się raz w roku i do tego w ograniczonej liczbie uczestników. Dzięki temu zyskuje też dodatkowej wyjątkowości.

Pozdrowienia dla współtowarzyszy Marszu!

Big Dog

Zima za pasem, a ja nadal nie napisałem o dwóch świetnych wyjazdach kajakowych do Czech ze sprawdzoną ekipą Próchna w Kajaku. Do wiosny raczej nigdzie się kajakować już nie wybiorę (no chyba, żeby zjechać kajakiem z jakiejś górki jak przyśnieży), powspominać warto.

Dla mnie główny cel był jeden – wybrać dla siebie kajak na przyszły sezon. Od 2 lat, kiedy zacząłem pływać po górach próbowałem różnych pożyczonych sprzętów (dzięki wielkie wszystkim którzy podjęli ryzykowne decyzje użyczenia mi kajaka i innych części wyposażenia), teraz wreszcie czuję się na tyle kompetentny, żeby wybrać coś własnego.

Od zeszłego roku byłem strasznie nakręcony na model Detox firmy Fluid, i to właśnie ten kajak chciałem najmocniej przetestować na Hameraku we wrześniu. Rzeczka na testy jest w sam raz, WW I do III, łącznie 3 fajne kaskady. Trochę się jednak spóźniłem na start (pierwszy zjazd zrobiłem na pożyczonym starym kajaku) i okazało się, że Detox jest dość popularnym modelem i muszę się zadowolić czymś innym tego dnia. Stwierdziłem, że biorę co leży i w ten sposób „przywłaszczyłem” na resztę dnia nowiutkiego, czerwonego Force‚a 7.7 brytyjskiej firmy Big Dog. Efekt pierwszej rundy przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, kajak płynął tam gdzie chciałem (co w moim przypadku niestety nie jest oczywistością), stabilny był niesamowicie, a jednocześnie zwrotny i wygodny, po prostu cudo. Zachęcony tymi próbami, nie mogłem się doczekać tego wymarzonego Detoxa na drugi dzień.

Drugiego dnia karnie od rana (no prawie rana, bo Czesi jak zwykle nieco przeciągnęli imprezę) stawiłem się po odbiór Fluida. I niestety na tym mój entuzjazm się skończył. Łódka słabiej wykonana w środku, dużo mniej wygodna, a co dla mnie ważniejsze bardzo nerwowa na krawędziach (to akurat mój indywidualny problem, że nie umiem pływać w przechyłach, ale dla wyboru kajaka dla siebie to istotne). Po jednej rundzie ścierpły mi nogi, zaliczyłem „kabinę” na trzeciej kaskadzie i ogólnie już tęskniłem za Force’m. Żeby nie było wątpliwości, zrobiłem drugą rundę, po czym tylko bardziej ścierpły mi nogi i po raz kolejny wylądowałem na tym samym drzewie na kaskadzie. Czyli krótko mówiąc, na tym marzenia o Detoxie się zakończyły, a zaczęły o Big Dogu

Kilka tygodniu później, nadarzyła się okazja, żeby dokończyć testy i wreszcie coś wybrać. Na Vavrineckim Potoku dokończyliśmy testowanie kajaków (i cierpliwości dystrybutora) i chyba wreszcie wybraliśmy nowe pojazdy.

Vavrinec to rzeczka nieco mniej atrakcyjna od Hameraka (tylko jedna konkretna kaskada plus trochę drobiazgów), ale pozwoliła dobrze potestować wybrane modele Big Doga. Okazało się, że w ofercie mają 2 bardzo podobne kajaki: Force i Flux. O ile ten pierwszy to rasowy river runner, to ten drugi producent reklamuje jako river runner z zacięciem do zabawy. Z wyglądu bardzo podobne, wypornością również, różnią się nieco kształtem kadłuba i zachowaniem. Flux to faktycznie trochę bardziej wymagająca łódka, nieco mniej wygodna i zwrotna niesamowicie.

O ile zdrowy rozsądek cały czas mi podpowiadał Force’a 7.7, to już moja ambicja stawiała zdecydowanie na mniejszego Fluxa 7.3… Dwa dni zastanawiałem się co z tym zrobić i ostatecznie stanęło jednak na ambicji :)

Teraz czas tylko poczekać na dostawę i wybrać się na jakiś trening zanim jeszcze lód skuje jezioro…

A na deser filmik z Vavrinca:

ps. film z Vavrinca i fotki z Hameraka autorstwa ojca dyrektora, Jarka