TRAIL i nowe pomysły

Zaczęło się od TRAIL jako pomysłu na fajną społeczność, a z czasem zaczęło się to przemieniać w coraz bardziej zaawansowany projekt mapowy, albo bardziej naukowo – GIS. Tak naprawdę, pierwszy raz od czasu studiów, zacząłem dostrzegać zalety mojego oficjalnego wykształcenia, a co ważniejsze wykorzystywać to w połączeniu z bieżącym zajęciem.

Nagle zacząłem dostrzegać rozbudowane społeczności skupione wokół projektów takich jak UMP, Open Street Map, QGIS i wiele innych. Koleje spotkania tylko coraz bardziej mnie w to wciągają, wróciłem nawet do paru książek z czasu studiów, a to już ewenement, bo nawet w tamtym okresie nie za często do nich zaglądałem…

Jestem ciekaw, na ile uda nam się połączyć realia marketingowe (projekt musi się z czegoś utrzymać) z wszystkimi pomysłami na stworzenie świetnego narzędzia mapowego, mam nadzieję, że da się to połączyć, ale jak będzie to tylko czas pokaże. Na razie idzie nieźle…

Za tydzień wyjazd na kajaki do Czarnogóry, może będzie wreszcie okazja na mniej powiązany z pracą wpis (no i częściej niż raz na 4 miesiące). Do usłyszenia.

Wirująca owieczka

tor kajakowyDawno oczekiwana wycieczka na Pierwszy Upust Wody Na Zaporze Leśniańskiej za nami. Ekstremum nie było, ale fajna zabawa całkiem niezła. Poza samą rzeką jestem pod wrażeniem okolicy, a przede wszystkim głównej atrakcji, czyli niemieckiej zapory imponująco zamykającej zalew.

Sam odcinek od zapory do Lubania miał kilka ciekawszych momentów WW i dłuuuugi odcinek bez emocji za to mocno relaksujący. Był na tyle relaksujący i długi, że w niedzielę pływaliśmy już tylko na odcinku do toru kajakowego w Leśnej. A na samym torze emocji dla takiego amatora WW, jak ja, było wystarczająco. Co mnie bardzo cieszy, to to, że widzę progres od zeszłego roku, coraz częściej rzekę pokonuję w odpowiedniej konfiguracji (głową do góry) i mogę już pobawić się na małych falkach, a nie tylko walczyć o przetrwanie. Ciekawe jak to zweryfikują alpejskie rzeki w tym roku…

Podsumowując: świetna wycieczka dla amatorów kajakarstwa, którzy oprócz odprężającej wycieczki mają ochotę na odrobinę adrenaliny na „prawie górskiej rzece” (wiadomo jak to jest z „prawie”). Miłym akcentem były również kiełbaski wliczone w cenę spływu (10zł za dwa dni), zabezpieczenie w bardziej ryzykownych miejscach i możliwość wypożyczenia na miejscu sprzętu. Ogólnie brawa dla organizatorów za fajną imprezę i oby starczyło zapału na kolejne. Może tylko warto by było następnym razem przepłynąć się wcześniej i usunąć trochę rzecznego śmietnika ze spokojniejszych odcinków przed Lubaniem.

Poniżej jak zwykle kilka fotek (różnej jakości, compact radzi sobie tylko jak ma 100% dobrego światła).

ps. dlaczego owieczka? Ano tak mi się w pamięci utrwaliła.

Salomon Nordic Sunday

Zima nawet w Poznaniu nadzwyczajnie dopisała w tym roku, jednak już od grudnia czekałem tylko na okazję żeby wyrwać się do Jakuszyc na biegówki. Izerskie szlaki nie dadzą się niczym zastąpić. Nareszcie w ten weekend okazja się nadarzyła i już w piątek wieczorem wylądowalem w Szklarskiej w całkiem miłej noclegowni o nazwie Chata Izerska (pomimo usilnych starań GPSa, który kazał mi w środku zimy płynąć promem :) ). Plan na wyjazd był prosty – rekreacyjnie pobiegać, napić się piwa i pogadać ze znajomymi ze Speleo startującymi w Salomon Nordic Sunday.

Pogoda, jak na Jakuszyce, była dość mglista, za to temperatura i śnieg doskonałe. Początkowo zamierzałem wreszcie wyposażyć się we własne narty, jednak okazało się ze zima w tym roku zaskoczyła nie tylko drogowców i o zakupie wybranego modelu mogę tylko pomarzyć. Skończyło się więc na wypożyczeniu nartek do łyżwy o lekko damskim designie (tylko takie zostały na moją wagę) i drugiej pary do klasyka.

Sobotnie przedpołudnie zeszło na jazdę  łyżwą po trasach zaplanowanych na niedzielne zawody. Sam się zdziwiłem, że po długiej przerwie (ponad rok) kondycja spadła, ale technika się poprawiła (!). Po południu zabrałem się za testowanie profesjonalnych nart do klasyka i niestety tu już tak pięknie nie było. Pierwszy raz ślizgałem się klasycznie na nartach bez łuski, tylko z klistrem, okazało się ze taki sprzęt wymaga nieco wyższego poziomu niż ja prezentuję. Dość powiedzieć, że dopiero po ok 5km i zdobyciu Samolotu zcząłem łapać jak się odpychać pod górę żeby smar trzymał. Ogólny wniosek pozostał jeden – łyżwą lepiej.

Do tego stopnia lepiej, że w przypływie optymizmu postanowiłem zapisać się na start tym stylem w niedzielnych zawodach. Dla tych, którzy jeszcze nie znają cyklu, kilka słów wprowadzenia. Jak piszą organizatorzy na stronie sns-nartybiegowe.pl:

Pierwszy w Polsce cykl zawodów w narciarstwie biegowym dla amatorów. Do uczestnictwa w zawodach zachęcamy wszystkich, dla których zimową porą bieganie na nartach jest formą aktywności ruchowej, sposobem spędzania wolnego czasu w dobrym towarzystwie i pięknym otoczeniu oraz pragnących sportowej rywalizacji.

Trzeba uczciwie przyznać, że to naprawdę fajne zawody dla każdego, limity czasowe są spore, a dodatkowe nagrody losowane są na koniec wśród wszystkich uczestników. Do tego do dyspozycji uczestników jest sporo ciastek, bananów i czekolady oraz gorąca herbata z sokiem malinowym.

O 11 na starcie stawiło się około 150 zawodników i zawodniczek, żeby pokonać 10-cio lub 20-km trasę. Zgodnie z moim szczęściem, okazało się, że ta edycja poprowadzona jest na najtrudniejszym wariancie trasy z ostrym podbiegiem na samym początku (Buczki i Samolot), nie popsuło to jednak mojego optymizmu i o 11.15 ruszyłem na jedno kółko trasy.

Biegło się świetnie, bez nadmiernego katowania dotarłem do mety wcale nie ostatni, co mnie bardzo mile zaskoczyło i zaostrzyło apetyt na kolejną edycję za 2 tygodnie (tak, już zdecydowałem). Prawdziwą klasę pokazała Kasia Zając ze Speleo, wygrywając w klasie Elite stylem klasycznym, gratulacje!

To tyle, do zobaczenia na następnym SNS, a tymczasem parę fotek do obejrzenia na fejsbukowej stronie Speleo. Przy okazji warto pamiętać, że również za nieco ponad 2 tygodnie rusza 34-ta edycja Biegu Piastów, kultowego wyścigu na dystansie 50km. To jednak trochę za długi dystans jak na start po przerwie, więc w tym roku nawet o tym nie myślę, ale za rok, kto wie…

Kajakarzem jeszcze też nie…

…ale się staram.

Poprzedni weekend upłynął pod znakiem świetnej zabawy i głośnego szczękania zębami. Ok 40km od Pragi na rzece Vavrinecki potok odbył się kolejny czeski outdoorowy event. Jak zwykle u Czechów na miejscu pojawiło się mnóstwo amatorów aktywnego spędzania czasu (kiedy u nas tak będzie?), lało się sporo piwa i śliwowicy, ale przede wszystkim rewelacyjnie się pływało. Trzy kąpiele musiałem zaliczyć, ale warto było, bo lawirowanie między podtopionymi drzewami to coś, czego nawet we Francji nie było.

Kulminacją kilkugodzinnej trasy spływu była Tousicka kaskada, przejście o trudności WW IV. Z nieukrywaną dumą muszę przyznać, że akurat to przepłynąłem w odpowiedniej konfiguracji, czyli dnem do dołu :)

Kaskada z góry robiła całkiem niezłe wrażenie i adrenalina dobrze poprawiała krażenie na tym odcinku.

A oto i filmik złożony przez kierownika Jarka.

(Nie)zostałem deskorolkowcem

Fajny filmik… Bohater to Kuba Zwolinski, ale nie ja :) Okazało sie, że w necie walczy jeszcze jeden (co najmniej) mój imiennik. Odnalazł mnie i podesłał swój film. Niezłe ujęcia, więc zdecydowałem go umieścić i nawet podpisać nazwiskiem bohatera…

Jak widać zamiłowanie do akcji musi się przenosić razem z nazwiskiem. Dawaj Kuba!