Racing the Planet: Atacama Crossing 2019

Cie­ka­we, że o Ata­ca­ma Cros­sing usły­sza­łem pod­czas jego pierw­szej edy­cji, jakoś w jesz­cze w 2004 roku. Mimo star­tów w raj­dach przy­go­do­wych, nie wyda­wa­ło mi się bar­dzo real­ne samo bie­ga­nie 250 km, do tego po pusty­ni. Musia­ło minąć aż 14 lat do cza­su, kie­dy się na to zde­cy­do­wa­łem. Pomysł, co praw­da,  „zatwier­dził” się nie­co wcze­śniej, pod­czas dużo krót­sze­go 3 dnio­we­go bie­gu po Gobi (bez rywa­li­za­cji). Wte­dy real­nie zda­łem sobie spra­wę, że chy­ba jestem goto­wy na poważ­niej­szy start. 

Namib Race 2018 (wte­dy jesz­cze pod mylą­cą nazwą Saha­ra Race) był pierw­szy, głów­nie dla­te­go że to był naj­bliż­szy start w momen­cie podej­mo­wa­nia decy­zji o star­cie w 4 Deserts. Doce­lo­wo jed­nak byłem od począt­ku pewien, że to Ata­ca­ma jest tym jedy­nym, naj­bar­dziej ocze­ki­wa­nym star­tem, cha­rak­te­ry­stycz­na jasz­czur­ka na meda­lu cho­dzi­ła za mną przez te wszyst­kie lata. Nie wiem w sumie dla­cze­go, wie­le miejsc jest pięk­nych, trud­ność w sumie zale­ży od skła­do­wych tre­nin­gu, dystan­su i pręd­ko­ści, a w tej mitycz­nej dla mnie Ata­ca­mie było jed­nak coś wyjąt­ko­we­go.

Jak praw­dzi­wa Ata­ca­ma prze­ży­ła zde­rze­nie z rze­czy­wi­sto­ścią? W skró­cie – war­to było cze­kać te kil­ka­na­ście lat. Cała magia, któ­rej ocze­ki­wa­łem dzia­ła się napraw­dę… Nie powiem, że było naj­pięk­niej czy naj­trud­niej, ale na pew­no odpo­wied­nio wyjąt­ko­wo. O tej porze roku (wio­sna), nie jest jesz­cze kosz­mar­nie gorą­co, choć już wystar­cza­ja­co żeby spiec na skwar­kę nie­przy­zwy­cza­jo­nych. Za to słyn­na suchość powie­trza („naj­such­sze miej­sce na Zie­mi”) daje się kon­kret­nie odczuć – przez całe dzie­sięć dni poby­tu krew w nosie sta­ła się stan­dar­dem, bie­ga­jąc nie ma jak się spo­cić, wszyst­ko paru­je pra­wie natych­miast. Wyso­kość daje się w pewien spo­sób odczuć, szcze­gól­nie takie­mu miesz­kań­co­wi nizin, jak ja. Niby to tyl­ko 2500–3300 m n.p.m, a jed­nak sytu­acja się kom­pli­ku­je kie­dy połą­czy­my to ze spo­rym wysił­kiem, upa­łem i dość wyma­ga­ją­cą nawierzch­nią.

Widok na stro­nę Boli­wij­ską z wul­ka­nu Toco, 5600 m. n.p.m.

Moja akli­ma­ty­za­cja była dość spe­cy­ficz­na, ale też nie mia­lem na nią zbyt wie­le cza­su. Licząc tro­chę na moje zazwy­czaj nie­złe tem­po akli­ma­ty­za­cji, wybra­łem się pierw­sze­go dnia po przy­lo­cie na nie­ak­tyw­ny wul­kan Toco, 5600 m n.p.m. Wej­ście jest o tyle spe­cy­ficz­ne, że punk star­to­wy jest na wys. ok 5000 m, czy­li do szczy­tu „tyl­ko” 600 m w pio­nie. Te kil­ka­set metrów to jed­nak nadal ok 2.5 godzi­ny pod­cho­dze­nia. Tu szcze­gól­nie cie­szę się z tego żół­wie­go tem­pa narzu­co­ne­go przez prze­wod­ni­ka dla całej gru­py (6 osób), bo zna­jąc sie­bie spró­bo­wał­bym tam naprzeć szyb­ciej, a to chy­ba nie skoń­czy­ło­by się za dobrze. Powol­ne wcho­dze­nie oka­za­ło się w koń­co­wej par­tii cał­kiem cięż­kie, od 5400 sta­now­czo zaczą­łem w gło­wie czuć gdzie jestem, a bio­rąc pod uwa­gę pory­wi­sty wiatr i ‑1C, oka­za­ło się to spo­rym wyzwa­niem. Po kil­ku­na­stu minu­tach na wierz­choł­ku i wymar­z­nię­ciu na kość, zaczę­li­śmy zej­ście. O ile pod­czas wej­ścia czu­łem wyso­kość, to na zej­ściu bar­dziej „pły­wa­łem” i mia­łem lek­ki odlot, w sumie cie­ka­wy efekt, ale na pew­no nie­bez­piecz­ny, bo nie mia­łem takiej czuj­no­ści jak nor­mal­nie. W sumie jed­nak było nie­źle i od 5300 znów mogłem nawet sobie pod­bie­gać w dół piar­ży­ska i po ok godzi­nie byłem przy aucie.

Wie­czór jesz­cze przy­niósł ból gło­wy, ale prze­szedł po spa­ce­rze po San Pedro i w sumie było to nie­wiel­ką ceną za połą­cze­nie akli­ma­ty­za­cji i zwie­dze­nia cie­ka­wej gór­ki. Tu pew­na uwa­ga: nie pole­cam takie­go star­tu akli­ma­ty­za­cji niko­mu, kto nie wie jak reagu­je na wyso­kość, to nie jest naj­mą­drzej­szy pomysł. Sam byłem goto­wy się wyco­fać w razie oznak pro­ble­mów.

Nie­sa­mo­wi­ta rzeź­ba tere­nu, widok ze ścież­ki tury­stycz­nej w pobli­żu ruin Puka­rá de Quitor

Do akli­ma­ty­za­cji doło­ży­łem jesz­cze w kolej­nych dniach tro­chę cho­dze­nia po 2700 (pobli­skie inka­skie ruiny, spa­cer z San Pedro) i 3300 (doli­na kak­tu­sów, tu już trze­ba były doje­chać autem) i pod wzglę­dem wyso­ko­ści czu­łem się w mia­rę goto­wy, po tych kil­ku dniach bieg po oko­li­cach mia­stecz­ka nie był już pro­ble­mem – prze­te­sto­wa­łem to w piąt­ko­wy pora­nek wbie­gnię­ciem na pobli­ski pagó­rek, żeby pofo­to­gra­fo­wać wschód słoń­ca. 

W doli­nie kak­tu­sów zro­bi­łem też krót­ki test susze­nia butów na nogach po bro­dze­niu w poto­ku, pod­czas któ­re­go wyszła jedy­na wada nowych speedcross’ów 5 Salo­mo­na – sta­now­czo nawet w suchej i gorą­cej pogo­dzie Ata­ca­my nie schną na nogach tak szyb­ko, jak bym sobie tego życzył. O ile pod każ­dym innym wzglę­dem, to ide­al­ny pustyn­ny but, to schnię­cie mnie mar­twi­ło, co potwier­dzi­ło się jesz­cze pod­czas same­go star­tu. Dra­ma­tu nie było, ale gdy­by dało się jakoś jesz­cze roz­wią­zać ten pro­blem bez tra­ce­nia „pia­skosz­czel­no­ści” tego buta, to był­bym w nim już zako­cha­ny na zawsze.

Zawartość ple­ca­ka Ata­ca­ma Cros­sing, 7.7 kg

Naj­cie­kaw­sza spra­wa wyszła jed­nak pod­czas piąt­ko­we­go porząd­ko­wa­nia sprzę­tu star­to­we­go. W poprzed­nim roku, w Nami­bii, zapo­mnia­łem zabrać ze sobą cie­płą czap­kę, któ­ra jest w wyka­zie obo­wiąz­ko­we­go wypo­sa­że­nia, przez co musia­łem coś kom­bi­no­wać na miej­scu. Na ten rok się przy­go­to­wa­łem, nie dość że kupi­łem sobie super lek­ką i cie­płą czap­kę Buff’a, to jesz­cze wzią­łem dru­gą, sta­rą, jako zapas na wszel­ki wypa­dek. Tak przy­go­to­wa­ny, nie mar­twi­łem się o bra­ki sprzę­to­we.

Cie­pła, spor­to­wa, czap­ka

Pod­czas pako­wa­nia oka­za­ło się jed­nak, że gdzieś stra­ci­łem nie tyle głów­ną czap­kę, co obie. Do teraz nie mam poję­cia jak, bo o ile Buf­fa mia­łem na wul­ka­nie i mogłem zgu­bić gdzieś przy wsiadaniu/wysiadaniu z auta, to zapas leżał cały czas w głów­nej tor­bie. Tym­cza­sem, „wypa­ro­wa­ły” obie. Trzy­krot­ne prze­szu­ka­nie całe­go baga­żu nic nie dało, przez moment roz­wa­ża­łem nawet zło­że­nie na sie­bie same­go dono­su do lokal­nej poli­cji, żeby zała­pać się na solid­ną rewi­zję… Pomy­słu jed­nak nie zre­ali­zo­wa­łem, za to w listę sprzę­tu włą­czy­łem cie­płą weł­nia­ną czap­kę z lamą kupio­ną dla dzie­ci na pamiąt­kę, w sumie nie była dużo cięż­sza od moich tech­nicz­nych zaba­wek, za to oka­za­ła się bar­dzo cie­pła i przy­dat­na pod­czas pierw­szej zim­nej nocy w obo­zie na wys. 3300 m.

Cze­go ocze­ki­wa­łem od tego star­tu? Po 11 miej­scu w Nami­bii mia­łem nie­śmia­łą nadzie­ję na coś podob­ne­go w Ata­ca­mie, ale też liczy­łem się z cięż­ką prze­pra­wą i wal­ką o samo ukoń­cze­nie. Raczej zakła­da­łem, że jestem przy­go­to­wa­ny tak dobrze, jak do Nami­bii – kon­tu­zje męczą­ce mnie od roku na to nie bar­dzo pozwo­li­ły. Tym­cza­sem, odpo­czy­nek i luź­ny tre­ning oka­za­ły się, jak to czę­sto bywa, lep­szy od prze­tre­no­wa­nia, dzię­ki cze­mu uda­ło się skoń­czyć w pierw­szej dzie­siąt­ce, a tego się raczej nie spo­dzie­wa­łem. Trze­ba jed­nak szcze­rze przy­znać, że dzie­li­ły mnie minu­ty od kole­gów na sąsied­nich miej­scach, więc o koń­co­wym wyni­ku decy­do­wa­ły deta­le, ale też tro­chę szczę­ścia.

Jak wyglą­dał wyścig dzień po dniu? Tu posłu­żę się wia­do­mo­ścia­mi z tra­sy, wysy­ła­ny­mi do żony na bie­żą­co. Odda­ją w mia­rę dobrze i sytu­acje i emo­cje pod­czas każ­de­go eta­pu.

Poszcze­gól­ne odcin­ki: Etap 1 / Etap 2 / Etap 3 / Etap 4 / Etap 5

Co dalej? Co jakiś czas ktoś mnie pyta czy będę kon­ty­nu­ował cykl 4 Pustyń – na chwi­lę obec­ną nie, ale kto wie, może do tego wró­cę w przy­szło­ści. Na razie cho­dzi mi po gło­wie powrót do Adven­tu­re Racing, może też jakieś inne bie­gi w nie­zwy­kłych miej­scach (dżun­gla kusi…). Naj­bliż­szy plan to na pew­no kil­ku­ty­go­dnio­wa rege­ne­ra­cja i przy­go­to­wa­nie do star­tu w swim­run na Lan­za­ro­te – muszę dopil­no­wać pły­wa­nia, bo o bieg się chwi­lo­wo nie boję, ten tre­ning jed­nak cał­kiem dobrze się wpa­so­wu­je w rege­ne­ra­cję po Ata­ca­mie…

Listy z Atacamy: Odcinek 5

Dzień 5 to czas naj­dłuż­sze­go odcin­ka – 80 km. Oba­wia­łem się go zarów­no przez brak tre­nin­gu jak i cież­kie doświad­cze­nia z Nami­bii. Na star­cie czu­łem, że to nie mój naj­lep­szy dzień. Pew­nie przez te oba­wy i doku­cza­ją­ce ple­cy…

Począ­tek był dość trud­ny, przez sło­ne bagna (połą­cze­nie sol­nych pól z pod­mo­kłym tere­nem). Tam jesz­cze trzy­ma­łem się w mia­rę czo­łów­ki. Nie­ste­ty, z koń­cem bagien opu­ści­ła mnie też moc do bie­gu. Robi­ło się coraz bar­dziej gorą­co i każ­da pró­ba pod­bie­gu koń­czy­ła się po kil­ku kro­kach tęt­nem poza jakim­kol­wiek zakre­sem i bra­kiem odde­chu. Odpu­ści­łem tę nie­rów­ną wal­kę i prze­sze­dłem do szyb­kie­go mar­szu z kij­ka­mi. Tere­ny tego mar­szu były naj­bar­dziej pustyn­ne z dotych­cza­so­wych. Pła­sko­wy­że oto­czo­ne postrzę­pio­ny­mi góra­mi, pory­wi­sty wiatr w nos pod­no­szą­cy pia­sek w mini burze pisko­we. Wiatr wysu­szał bar­dziej niż słoń­ce, trze­ba było co chwi­la prze­płu­ki­wać usta, żeby nie wyschły na wiór. Było cież­ko. Pogo­da na zmia­nę, albo pie­kar­nik, albo wiatr i do tego per­spek­ty­wa, że potrwa to wie­ki ponie­waż nie mogę biec…

Tra­sa była w mia­rę pła­ska, z jed­ną wiel­ką wydmą po dro­dze i ostat­nim podej­ściem. Dru­ga poło­wa to szu­tro­wa dro­ga pod Księ­ży­co­wą Doli­nę (jed­na z atrak­cji tury­stycz­nych w oko­li­cy). Łącz­nie kil­ka­set metrów w górę i dół. Księ­ży­co­wa Doli­na zgra­ła się z ochło­dze­niem (ok godz. 17) i nagle zaczę­ły wra­cać mi siły do bie­gu, jak­by ktoś prze­łą­czył jakiś bez­piecz­nik. Ostat­nie kil­ka­na­ście kilo­me­trów mogłem znów biec, do tego w mia­rę nor­mal­nym tem­pem i tro­chę odro­bić czas mar­szu. Bie­gło się dobrze, kon­wer­su­jąc przez kil­ka kilo­me­trów z prze­mi­łym Fran­cu­zem o jego restau­ra­cji w Pary­żu gdzie mamy wpaść na ośmior­ni­ce… Tu wspo­mnę tyl­ko, że po 5 dniach bie­ga­nia na pacz­ko­wa­nym jedze­niu, tema­ty restau­ra­cyj­ne są naj­częst­szy­mi w obo­zo­wych roz­mo­wach.

Oka­za­ło się, że część z ludzi na przo­dzie wykoń­czy­ła się w upa­le i, ku moje­mu peł­ne­mu zasko­cze­niu, na tych ostat­nich km prze­sko­czy­łem jesz­cze kil­ka pozy­cji, koń­cząc po 12 godz. 22 min na 14 miej­scu oraz utrzy­mu­jąc 8 miej­sce w kla­sy­fi­ka­cji gene­ral­nej. Nie spo­dzie­wa­łem się tego, bio­rąc pod uwa­gę moc­ną wal­kę o prze­trwa­nie mie­dzy 20 a 60 km. Spo­koj­ne tem­po jed­nak się w mia­rę opła­ci­ło. Nie dotar­łem szyb­ko, ale bez dra­ma­tycz­nych incy­den­tów.

Cie­ka­wie spraw­dzi­ła sie nowa die­ta na cały dzień – przy­go­to­wa­łem sobie jajecz­ni­cę po mek­sy­kań­sku i pod­ja­da­łem na zim­no na punk­tach. Oprócz tego wore­czek orze­chów z rodzyn­ka­mi i do tego w poło­wie zro­bi­łem szyb­ko gaspac­cio, a kil­ka­na­scie km potem owo­co­wy smo­othie. Dopie­ro na ostat­nich km doło­ży­łem jeden żel, żeby bie­gu star­czy­ło do mety. Krót­ko mówiąc, cał­kiem nor­mal­na dzien­na die­ta, nie wywra­ca­ją­ca żołąd­ka do góry noga­mi w upa­le i łatwiej przy­swa­jal­na niż bato­ny i żele. „Lyofo­od” jak zwy­kle dało radę.

Dzień 6 to dzień odpo­czyn­ku, moment na poga­da­nie z resz­tą zawod­ni­ków, zale­cze­nie pęche­rzy na nogach i innych pro­ble­mów (u mnie ple­ców). Ranek nie był łatwy, ale teraz o 16 ple­cy dzia­ła­ją na tyle dobrze, że nie boję się aż tak bar­dzo jutrzej­szych 13 km. Teo­re­tycz­nie to for­mal­ność, run­da hono­ro­wa do San Pedro, ale róż­ni­ce mie­dzy miej­sca­mi są tak małe, że pew­nie dam z sie­bie spo­ro, żeby spró­bo­wać utrzy­mać się tego, gdzie jestem, więc nie prze­ry­waj­cie trzy­mać kciu­ków, przy­da się.

Listy z Atacamy: Odcinek 3

Dzień 3 nie był łatwy, tak jak się spo­dzie­wa­łem… Na moją nie­ko­rzyść zadzia­ła­ły chmu­ry, wszy­scy bie­ga­cze się roz­pę­dzi­li i nic ich za bar­dzo nie blo­ko­wa­ło, nawet upał. Dużo bie­ga­nia po pła­skim, nawet spo­ry kawa­łek asfal­tu. To mnie pod­ku­si­ło, żeby zmie­nić tak­ty­kę i pobiec pierw­sze 20 km bez przerw, za co zapła­ci­łem póź­niej w trud­niej­szym tere­nie. Nie mia­łem siły tam solid­nie pobiec i kil­ka osób mnie doszło. Ten trud­niej­szy teren to takie sol­ne kala­fio­ry (coś w rodza­ju sol­ne­go bło­ta, mokro-suche­go), raz twar­de, raz mięk­kie i trze­ba bar­dzo czuj­nie się po nich poru­szać, do tego tro­che twar­dych krza­czo­rów. Ogól­nie jed­nak lepiej się bie­gnie niż idzie (jak jest siła na bieg). Po kala­fio­rach przy­szła pora na wydmy z pia­chem po kost­ki. Tu też nie­któ­rzy bie­gli, ja raczej tyl­ko jak było kon­kret­niej z gór­ki. Finisz do obo­zu, to wbrew pozo­rom, dość faj­ny odci­nek. Widać z dale­ka obóz, ale przed nim jesz­cze 3 lub 4 piasz­czy­ste doli­ny do zbie­gnię­cia i wbie­gnię­cia, w tym jeden z rze­ką podob­ną do wczo­raj­szej.

Ogól­nie to raczej nie był mój ulu­bio­ny dzień. Spo­ro sił kosz­to­wa­ło mnie dotar­cie na 10 miej­scu. Jutro ma być bar­dzo trud­no (pola sol­ne). Liczę, że to mi wyha­mu­je te bie­go­we „stru­sie pędzi­wia­try”, a ja będę trzy­mał się z powro­tem oszczęd­ne­go pla­nu. Zoba­czy­my jak to zadzia­ła.

Nowe dania się spraw­dza­ją! Zim­ne gaspa­chio od „lyofo­od” to dzie­ło sztu­ki. Aż żału­ję, że nie mam go na każ­dy dzień. Ze sprzę­tu nic się na razie nie roz­pa­dło (odpu­kać!), a pęche­rze mnie w mia­rę oszczę­dza­ją – jakieś dro­bia­zgi na pal­cach po wczo­raj­szych wod­no-pia­sko­wych zaba­wach nie są na szczę­ście zbyt pro­ble­ma­tycz­ne.

Listy z Atacamy: Odcinek 2

Dzień 2 to spo­ro cie­plej­sza noc, ok 5–6 stop­ni. To już zupeł­nie cie­pło na mój śpi­wór, rano też jest cał­kiem zno­śnie przed star­tem. Dzi­siaj była bar­dzo cie­ka­wa tra­sa, po szyb­kim począt­ku, od 7 km zaczął się wąski kanion rze­ki San Pedro (Slot Cany­ons). Rwą­ca woda z top­nie­ją­ce­go na wul­ka­nach śnie­gu mro­zi­ła nogi, a bie­gli­śmy w tej wodzie kil­ka kilo­me­trów… taki swim­run tro­chę bo wcho­dzi­li­śmy i wycho­dzi­li­śmy z tej rze­ki wie­le razy po ska­łach, a jak ktoś nie tra­fił w pły­ci­znę to mógł cały dać nura (co cie­ka­we kil­ku oso­bom się to przy­tra­fi­ło).

Po wyj­ściu z kanio­nu roz­po­czę­ła się wspi­nacz­ka sta­rą dro­gą Inków do tune­lu pod prze­łę­czą, świet­ne wido­ki i zero bie­gu, było za stro­mo. Z prze­łę­czy wyszli­śmy na gigan­tycz­ną „ska­ło-wydmę”, po któ­rej bie­gli­śmy kolej­ne kil­ka km. Na koniec wydmy wisien­ka na tor­cie – zbieg w dro­bym wydmo­wym pia­sku kil­ka­dzie­siąt metrów w pio­nie. Nor­mal­nie tutaj na takich wydmach moż­na jeź­dzić na sand­bo­ar­dzie (snow­bo­ard zwy­kly w sumie), taka lokal­na atrak­cja.

Po zbie­gu z wydmy roz­po­cze­ła sie ostat­nia sek­cja, otwar­ta pusty­nia. Tro­chę bie­gu, tro­chę spę­ka­nych błot­nych sol­nych momen­tów, ogól­nie cież­ko bo wszyst­ko bar­dzo nagrza­ne i buty zaczę­ły tro­chę doskwie­rać. Na szczę­ście, to było tyl­ko ostat­nie 11 km. Ku moje­mu zasko­cze­niu, poja­wi­łem się na mecie jako 6.

Jutro kolej­ne 39 km, tym razem raczej bar­dziej pła­sko, za to spo­ro pia­sku… Naj­le­piej radzę sobie tam, gdzie jest zbyt trud­no żeby biec. Na pro­stych bie­go­wych kawał­kach idzie sła­bo, wycho­dzi brak odpo­wied­nie­go tre­nin­gu bie­go­we­go. Krót­ko mówiąc, jak za sta­rych raj­do­wych cza­sów, im gorzej tym lepiej… Dzień poka­że do jakiej kate­go­rii go zali­czyć.

Głów­ne utrud­nie­nie na jakie muszę uwa­żać to upał. Nie jestem do nie­go zbyt przy­zwy­cza­jo­ny i pamie­tam co było w Nami­bii. Na razie jest ok, bo 40 km eta­py koń­czę ok godzi­ny 13, jesz­cze przed naj­więk­szym skwa­rem. Za to 80km w czwar­tek pozwo­li doświad­czyć go w całej oka­za­ło­ści. Na szczę­ście w czwar­tek ple­cak będzie już dużo lżej­szy, a kil­ka dni bie­ga­nia pozwo­li­ło się nie­co przy­zwy­cza­ić do pogo­dy.

Listy z Atacamy: Odcinek 1

Dzień 1 za nami. Pierw­sza noc była zim­na zgod­nie z zapo­wie­dzia­mi (-1C), ale nie było aż tak źle. Śpi­wór na tyle daje radę, ze dało sie spać w krót­kich spoden­kach i koszul­ce. Tro­chę bar­dziej pro­ble­ma­tycz­ne były wyciecz­ki do ubi­ka­cji, tro­chę to wyzwa­nie, żeby wyjść z cie­płe­go śpi­wo­ra i iść w zim­no w krót­kich spoden­kach…

Start rano był moc­no chłod­ny. Rękaw­ki się przy­da­ły, jak też póź­niej w upa­le dość dobrze chro­ni­ły przed słoń­cem. Dzi­siej­szy dzień to tro­chę spraw­dze­nie, co jak dzia­ła, więc tym bar­dziej się cie­szę z 11 miej­sca. Taka tro­chę kon­ty­nu­acja zeszłe­go roku…

Przy oka­zji wyszło kil­ka rze­czy do popra­wy, np. rur­ki bute­lek są za dłu­gie w tak zapa­ko­wa­nym ple­ca­ku i cały dzień obi­ja­ły mnie po uszach. Teraz je skró­ci­łem i zoba­czy­my jutro jak zadzia­ła­ją. Musia­łem też nad­ro­bić kil­ka­set metrów w poszu­ki­wa­niu szmat­ki od czap­ki przy­kry­wa­ją­cej kark (dzia­ła świet­nie, tyl­ko trze­ba się nauczyć jak ją porząd­nie moco­wać), zwia­ło mi to z gło­wy i zauwa­ży­łem dopie­ro kil­ka minut póź­niej. Musia­łem się wra­cać i od nowa wła­zić na wzgó­rze. Bio­rąc pod uwa­gę nie­wiel­ką róż­ni­cę cza­so­wą na mecie, kosz­to­wa­ło mnie to chy­ba 8 miej­sce. Jak zdro­wie dopi­sze i nie będę nic wię­cej gubił to powin­no być dobrze. 

Jest na pew­no moc­no gorą­co, więc będę uwa­żał, żeby nie powtó­rzyć błę­du z Nami­bii i się nie zago­to­wać. Jutro 38km, z kil­ko­ma km w rze­ce, trzy­maj­cie kciu­ki!

Co łączy Atacama Crossing z Psychiatrią Dzieci i Młodzieży?

Zanim odpo­wiem na tytu­ło­we pyta­nie, potrze­ba będzie nie­co wpro­wa­dze­nia.

Pustyn­ne bie­gi zawsze były i są dla mnie czymś wyjąt­ko­wym. Czy to chiń­skie Gobi, afry­kań­ski Namib czy ame­ry­kań­ski Moja­ve, wszę­dzie czu­ję się przez moment (godzi­nę, dzień, tydzień?) jak w innym świe­cie. Słoń­ce, pył i prze­strzeń to jakaś dziw­na kom­bi­na­cja, któ­ra potę­gu­je pro­duk­cję endor­fin…

Bieg po pusty­ni Ata­ca­ma cho­dził mi po gło­wie prak­tycz­nie od pierw­sze­go momen­tu, kie­dy ujrza­łem jasz­czur­kę z logo­ty­pu jakieś 15 lat temu, jesz­cze w ostat­nich latach moich star­tów w adven­tu­re racing Wystar­cza­ją­co dłu­go, żeby się wresz­cie za to zabrać. Za 41 dni, jak oko­licz­no­ści pozwo­lą, sta­nę na star­cie kolej­ne­go 250-kilo­me­tro­we­go bie­gu. 

Ten bieg to jesz­cze wie­le pytań – jak uda mi się zaakli­ma­ty­zo­wać do star­tu na +3000 m, jak bar­dzo uda mi się zejść z wagą ple­ca­ka, czy stra­te­gia bie­gu z Nami­bii zadzia­ła też na Ata­ca­mie? Jak zare­agu­ję na bar­dziej eks­tre­mal­ne tem­pe­ra­tu­ry (Ata­ca­ma ma więk­szą dobo­wą roz­pię­tość tem­pe­ra­tur)? Czy zdro­wie nie odmó­wi mi posłu­szeń­stwa po zeszło­rocz­nych kon­tu­zjach?

Jak to wszyt­ko wpa­so­wać w pra­cę, życie rodzin­ne? Wrze­sień to start szko­ły dzie­cia­ków (pierw­sza kla­sa bliź­nia­ków!), jeden z naj­bar­dziej zwa­rio­wa­nych mie­się­cy w moim zawo­do­wym roku (Meet Magen­to!) i do tego jesz­cze milion innych tema­tów. Jak bar­dzo będę w sta­nie połą­czyć inten­syw­ną pra­cę z przy­go­to­wa­niem do star­tu jest ogrom­ną nie­wia­do­mą…

W sumie im bar­dziej o tym myślę, tym wię­cej pytań się poja­wia. Może to jest wła­śnie ta przy­go­da, któ­ra cią­gnie mnie na tę pusty­nię? Gdy­by tych pytań nie było, czy był­by sens jechać tam „tyl­ko” po rywa­li­za­cję? 

Pyta­nia jed­nak są, czy­li jest też spo­re wyzwa­nie i emo­cje dla kibi­ców. Mimo tego, że to już dru­ga „star­to­wa” pusty­nia, nadal celem głów­nym będzie dotrzeć w cało­ści i zdro­wiu do mety, a celem uzu­peł­nia­ją­cym zro­bić to na tyle szyb­ko, żeby się za dużo nie męczyć i wię­cej odpo­czy­wać 🙂 W zeszłym roku, stra­te­gia kon­se­kwent­ne­go „prze­trwa­nia” oka­za­ła się nad wyraz sku­tecz­na, zlą­do­wa­łem na mecie jako 11 zawod­nik…

Poprzed­ni start pomógł uzbie­rać tro­chę pie­nię­dzy na Sto­wa­rzy­sze­nie na Rzecz Osób z Auty­zmem Pro Futu­ro w pro­jek­cie 4deserts4autism, więc w tym roku chciał­bym jesz­cze lepiej wyko­rzy­stać Wasze zain­te­re­so­wa­ni i pro­jek­tem Ata­ca­ma prze­bić poprzed­nią akcję!

Wasze wspar­cie men­tal­ne nie tyl­ko pomo­że mi dotrzeć do mety, ale przede wszyst­kim finan­so­wo może­my roz­wią­zać kil­ka pro­ble­mów Sto­wa­rzy­sze­nia na Rzecz Wspie­ra­nia Psy­chia­trii Dzie­ci i Mło­dzie­ży Vis-a-Vis oraz oczy­wi­ście zwięk­szyć świa­do­mość spo­łecz­ną pro­ble­mu.

Pro­blem tym­cza­sem jest napraw­dę spo­ry.

Pol­ska psy­chia­tria dzie­ci i mło­dzie­ży jest ogrom­nie nie­do­fi­nan­so­wa­na, pra­cow­ni­cy szpi­ta­li muszą wal­czyć o każ­dy grosz w celu zapew­nie­nia sen­sow­nych warun­ków dla mło­dych pacjen­tów, brak odpo­wied­niej pro­fi­lak­ty­ki i świa­do­mo­ści spo­łecz­nej. Mówi o tym rzecz­nik praw dziec­ka:

Mamy zapaść w psy­chia­trii dzie­ci i mło­dzie­ży – sytu­acja wyma­ga nie tyl­ko dzia­łań dłu­go­fa­lo­wych i na przy­szłość, ale dzia­łań natych­mia­sto­wych, na tu i teraz (brpd.gov.pl/aktualnosc…),

piszą też media:

Brak sen­sow­ne­go sys­te­mu, prze­peł­nio­ne oddzia­ły szpi­tal­ne, brak per­so­ne­lu. Psy­chia­tria dzie­ci i mło­dzie­ży od lat nie może wydo­być się z kry­zy­su. Mło­dzi pacjen­ci i ich rodzi­ce są w dra­ma­tycz­nym poło­że­niu. (polityka.pl/tygodnikpo…),

z powo­du bra­ku leka­rzy cza­so­wo zamy­ka­my oddział dzie­cię­cy w Józe­fo­wie – przy­zna­je Michał Stel­mań­ski, pre­zes Mazo­wiec­kie­go Cen­trum Neu­rop­sy­chia­trii, pod któ­re pod­le­ga szpi­tal w Józe­fo­wie. Funk­cjo­nu­je tam jesz­cze oddział mło­dzie­żo­wy. Nie wia­do­mo, jak dłu­go, gdyż tak­że jest prze­peł­nio­ny i nie­licz­ny per­so­nel pra­cu­je w skraj­nie trud­nych warun­kach. (dziennik.pl/amp/587171…)

Pod­su­mo­wu­jąc: celem zbiór­ki Pro­jekt Ata­ca­ma jest wspar­cie Sto­wa­rzy­sze­nia na Rzecz Wspie­ra­nia Psy­chia­trii Dzie­ci i Mło­dzie­ży Vis-a-Vis (facebook.com/pg/UMP.Poz…, KRS 0000693807), któ­re­go misją jest popra­wa warun­ków lecze­nia dzie­ci oraz mło­dzie­ży z zabu­rze­nia­mi oraz cho­ro­ba­mi psy­chicz­ny­mi, zgod­ne­go z naj­wyż­szy­mi stan­dar­da­mi, poprzez wspie­ra­nie Kli­ni­ki Psy­chia­trii Dzie­ci i Mło­dzie­ży UM w Pozna­niu.

Zbiór­ka tym razem będzie popro­wa­dzo­na w ser­wi­sie Pomagam.pl, sam Face­bo­ok o ile dzia­łał był łatwy w usta­wie­niu i tani (nie pobie­ra pro­wi­zji od wpłat), to miał spo­ro ogra­ni­czeń. Liczę, że nowy spo­sób będzie jesz­cze wygod­niej­szy i pozwo­li dotrzeć do o wie­le więk­szej licz­by osób. Zbiór­ka i wię­cej infor­ma­cji o niej, są dostęp­ne pod adre­sem https://pomagam.pl/vis-a-vis/ , dołą­czaj­cie!

4 Deserts: Namib Race 2018

Mój pierw­szy eta­po­wy bieg to była wiel­ka nie­wia­do­ma. Z jed­nej stro­ny wie­lo­let­nie doświad­cze­nie z naj­lep­szy­mi w Adven­tu­re Racing, z dru­giej zupeł­nie nowy dla mnie for­mat i 7 dni same­go bie­gu, mara­ton po mara­to­nie. Niby za bar­dzo się nie przej­mo­wa­łem, ale nut­ka nie­pew­no­ści gdzieś tam się plą­ta­ła.

Biegnę gdzieś po pustyni
Fot. Michał Gaw­ron

Wyszło nad­spo­dzie­wa­nie dobrze. Liczy­łem na pozy­cję gdzieś w poło­wie staw­ki, tym­cza­sem skoń­czy­łem na 11 miej­scu, z jed­nym eta­pem ukoń­czo­nym nawet na 9. Do tego naj­waż­niej­sze – zadzia­łał pra­wie każ­dy ele­ment pla­nu, od jedze­nia, przez sprzęt aż w koń­cu po roz­kład sił (co praw­da tu z pew­ną mody­fi­ka­cją pla­nu dzię­ki kole­dze z Hong Kon­gu).

Co cie­ka­we, nie­któ­re z moich roz­wią­zań były nowe i inspi­ru­ją­ce nawet dla bar­dziej doświad­czo­nych bie­ga­czy pustyn­nych eta­pó­wek, więc w naj­bliż­szych dniach spró­bu­ję to nie­co sze­rzej opi­sać, może ktoś sko­rzy­sta w przy­szło­ści z moich prze­te­sto­wa­nych roz­wią­zań.

zawartość plecaka na kontroli sprzętu
Zawar­tość ple­ca­ka pod­czas kon­tro­li sprzę­tu

Ple­cak nie nale­żał do naj­lżej­szych (9.8 kg), ale też mia­łem kil­ka dodat­ko­wych ele­men­tów, z któ­rych w przy­szło­ści mogę zre­zy­gno­wać, pew­nie obe­tnę na tym nawet jakieś 1–2 kg, głow­nie na jedze­niu ale też tro­chę na rze­czach.

Bar­dzo dobrze spraw­dzi­ła się dla mnie cał­kiem nowa stra­te­gia bie­gu 2–8, dwie minu­ty szyb­kie­go cho­du, osiem minut bie­gu. Nie jest to na pew­no meto­da na wygra­nie zawo­dów, ale za to świet­ny spo­sób na to, żeby koń­czyć każ­dy dzień na nie­złym miej­scu ze spo­rym zapa­sem sił. Taki roz­kład ma też inną zale­tę – pomógł mi dbać o regu­lar­ne nawad­nia­nie i jedze­nie. Robi­łem to tyl­ko (zawsze) w tych dwu­mi­nu­to­wych prze­rwach „ser­wi­so­wych”, dzię­ki cze­mu mogłem to robić odpo­wied­nio czę­sto i na spo­koj­nie. Jak wspo­mnia­łem wcze­śniej, nie do koń­ca była to moja zapla­no­wa­na tak­ty­ka, jed­nak po tym jak na pierw­szym eta­pie wyprze­dził mnie kole­ga David z HK wła­śnie w ten spo­sób, zde­cy­do­wa­łem się to wypró­bo­wać dru­gie­go dnia i w cią­gu kolej­nych dni dopa­so­wać bar­dziej pod sie­bie. Spraw­dzi­ło się świet­nie.

Stra­te­gia ma oczy­wi­ście zasto­so­wa­nie  na bar­dziej pla­ska­tym tere­nie, jak zaczy­na­ją się bar­dzo stro­me podej­ścia, wyma­ga mody­fi­ka­cji. Życie poka­za­ło, że mody­fi­ka­cje rów­nież były­by przy­dat­ne w pie­kar­ni­ku 🙂 Pod­czas dłu­gie­go, 80km, eta­pu mimo oszczę­dza­nia sił prze­grza­łem się kon­kret­nie i potrze­bo­wa­łem pra­wie dwóch godzin, żeby z tego prze­grza­nia wyjść.

Nami­bij­ska tra­sa to więk­szo­ści dość twar­dy, zbi­ty piach i żwir z mniej licz­ny­mi atrak­cja­mi typu syp­ki pach (pla­ża i wydmy) czy bie­ga­nie w „nutel­li” (sol­ne wil­got­ne pola), było to z resz­tą widać po cza­sach naj­lep­szych w oko­li­cach 3:30 na mara­ton. Pusty­nia to pusty­nia, więc życia za wie­le tam nie było, jed­nak foki na wybrze­żu i wie­czor­ne wizy­ty sza­ka­li i hien uroz­ma­ica­ły nam ją dość moc­no. Była pew­na, acz­kol­wiek nie­wiel­ka, szan­sa spo­tka­nie wiel­kich afry­kań­skich kotów (lwy, lam­par­ty, gepar­dy), krót­ko mówiąc jest to świat psów i kotów :).

wieczorne rozmowy przy ognisku
Fot. Michał Gaw­ron

Cykl 4 Deserts to świet­na orga­ni­za­cja, dość kame­ral­na atmos­fe­ra, pięk­ne tere­ny i nie­sa­mo­wi­ci ludzie. For­mat  i spo­sób orga­ni­za­cji bie­gu jesz­cze wzmac­nia­ją kli­mat do nawią­zy­wa­nia cie­ka­wych kon­tak­tów. Codzien­nie poza kil­ko­ma godzi­na­mi bie­gu, resz­ta cza­su to drob­ne napra­wy sprzę­tu i wła­snej oso­by oraz roz­mo­wy z zawod­ni­ka­mi z całe­go świa­ta. Dla samych tych godzin przy ogniu i opo­wie­ści z naj­dal­szych zakąt­ków świa­ta war­to tam być. Brak zasię­gu komó­rek (co za tym idzie rów­nież inter­ne­tu) to rów­nież dość nie­zły tygo­dnio­wy wypo­czy­nek dla gło­wy. Z kolei na tra­sie, dzię­ki względ­nie małej ilo­ści uczest­ni­ków, moż­na przez dłu­gi czas być sam na sam z pusty­nią.

Ogrom­nie się cie­szę z suk­ce­su cha­ry­ta­tyw­nej stro­ny moje­go star­tu. Pro­jekt 4deserts4autism zebrał ponad 9600 zł (czy­li nawet ponad zakła­da­ne 8000) i dał mi moty­wa­cję do moc­niej­szej pra­cy niż zwy­kle. Miło było też widzieć jak wie­le innych osób wyko­rzy­stu­je ten cykl do wspie­ra­nia potrze­bu­ją­cych. Wie­lu z nas będzie bie­gać tak, czy ina­czej, wyda­wać mniej­sze lub więk­sze pie­nią­dze na swo­je hob­by, a połą­cze­nie tego z pomo­cą i moty­wa­cją do pomo­cy, to chy­ba dobra kom­bi­na­cja. War­ty uwa­gi jest na pew­no pro­jekt inne­go pol­skie­go zawod­ni­ka, Mar­ka Ryb­ca, któ­ry pod­czas pró­by zdo­by­cia pustyn­ne­go szle­ma (4 pustyn­ne star­ty w jed­nym roku) ma ambit­ny cel zebra­nia 100 tyś zł na wspar­cie jed­ne­go z war­szaw­skich hospi­cjów. Trzy­mam kciu­ki za jego plan i zachę­cam Was do wspar­cia.

Nami­bia to było moje trze­cie spo­tka­nie z pustyn­nym bie­ga­niem (po dwu­krot­nej wizy­cie na Gobi) i wiem na pew­no, że nie ostat­nie. Wstęp­nie szy­ku­ję się na edy­cję Ata­ca­ma, ale dopie­ro w 2019 roku, star­ty w eta­pów­kach tego rodza­ju to przede wszyst­kim obcią­że­nie cza­so­wo-finan­so­we i sta­now­czo muszę to mądrze roz­ło­żyć w pla­nach. W mię­dzy­cza­sie może uda mi się zapla­no­wać coś w innych rejo­nach świa­ta, parę pomy­słów już mi cho­dzi po gło­wie. Na razie jed­nak prze­sta­wiam się w tryb wod­no-lądo­wy swim­run.

Pol­scy zawod­ni­cy na mecie: Marek Rybiec, Michał Gaw­ron, Kuba Zwo­lin­ski

 

Dieta orzechowa

Dzi­siaj wpis znów o jedze­niu (to znów jest bar­dzo względ­ne, szyb­kie spoj­rze­nie w histo­rię blo­ga wska­zu­je że pisa­łem o jedze­niu ostat­nio w paź­dzier­ni­ku 2009, acz­kol­wiek kie­dyś zda­rza­ło się to cze­ściej).

Jak się bar­dziej zasta­no­wić, to cały start w Saha­ra Race to jed­no wiel­kie  myśle­nie o jedze­niu. Wiem już na 100%, że nie jestem w sta­nie zabrać ze sobą tyle jedze­nia, żebym nie cho­dził głod­ny, po pro­stu się nie da bo ple­cak bym musiał wypra­wo­wy zabrać, a nie bie­go­wy. Sen­sow­na wer­sja mini­mal­na to 3000 kcal / dzień (wyma­ga­ne przez orga­ni­za­to­rów mini­mum prze­ży­cia to 2000 kcal / dzień), ale to bar­dzo dale­ko od moje­go real­ne­go zapo­trze­bo­wa­nia.

Misja na teraz, to dobrać takie jedze­nie, któ­re bez zwięk­sza­nia znacz­ne­go obję­to­ści i wagi pod­nie­sie mi zarów­no dzien­ne racje ener­gii, ale też kom­fort psy­chicz­ny pod­czas odpo­czyn­ku.

Przez ostat­nie tygo­dnie spraw­dza­łem róż­ne lio­fi­li­za­ty (Lyofo­od, Tre­k’n Eat, Aptonia/Decathlon) i o ile na wszyst­kie reagu­ję względ­nie dobrze, to mam zde­cy­do­wa­ne­go fawo­ry­ta sma­ko­we­go i na nim opie­ram roz­kład jedze­nio­wy na start.

Na chwi­lę obec­ną, pod­su­mo­wu­jąc moje raj­do­wo-pustyn­no-bie­go­we doświad­cze­nia i ostat­nie testy jedze­nio­we, plan die­ty wyglą­da nastę­pu­ją­co:

Śniadanie:

Sta­wiam na lio­fi­li­zo­wa­ną koko­so­wa owsian­ka, duże śnia­da­nie to pod­sta­wa, więc bio­rę podwój­ną por­cję (200g, 1000 kcal). Począt­ko­wo chcia­łem ją prze­pla­tać z jaglan­ką tej samej fir­my, ale róż­ni­ca sma­ko­wa jest na tyle duża, że zosta­ję przy tym samym śnia­da­niu. O ile na jaglan­ce wystar­to­wa­łem Bieg Gra­nią Tatr i było nie­źle, to jed­nak nie chcę tego doświad­cze­nia sma­ko­we­go aż tak czę­sto powta­rzać. Koko­so­wa owsian­ka rzą­dzi.

W pla­nach śnia­da­nio­wych mam też pomysł na eks­tra­wa­gan­cję w posta­ci lio­fi­li­zo­wa­nej kawy, ale muszę ją naj­pierw prze­te­sto­wać, na ile sma­kiem rze­czy­wi­ście dorów­nu­je parzo­nej. Zwy­kłej roz­pusz­czal­nej nie bio­rę pod uwa­gę, w takiej sytu­acji wolę her­ba­tę. Przy oka­zji her­ba­ty – bio­rę też zapas mię­to­wej, dobrze się spraw­dza. w upa­le, a w razie sytu­acji awa­ryj­nej może tro­chę pod­ra­to­wać żołą­dek.

Obiad/lunch:

Tutaj mam jesz­cze tro­chę dyle­mat. Teo­re­tycz­nie kur­cza­ko­wa tik­ka masa­la od Lyofo­od jest naj­bar­dziej napa­ko­wa­na ener­gią i cał­kiem smacz­na, ale… po kil­ku dniach mogę mieć inne zda­nie. To muszę jesz­cze pote­sto­wać, ale raczej pój­dę w duży zestaw z kur­cza­kiem na zmia­nę ze scha­bem w połą­cze­niu z  zupa­mi. Przez chwi­lę kuszą­ce wyda­wa­ło się rów­nież cur­ry pokrzy­wo­we (moc­no ener­ge­tycz­ne), ale potrwa­ło to tyl­ko do pierw­sze­go testu…

Dodatki:

Na nor­mal­nych bie­gach jem prak­tycz­nie tyl­ko żele i je chcia­łem zabrać, tyl­ko jest z nimi jeden pro­blem – zawie­ra­ją wodę i ważą przez to nie­po­trzeb­nie wię­cej. Bio­rę więc tyl­ko kil­ka ulu­bio­nych od Honey Stin­ger i dobie­ram im do towa­rzy­stwa tro­chę żel­ków tej samej mar­ki. Na ten wyjazd bato­ny (a może raczej cia­stecz­ka?) bar­dziej się przy­da­dzą – tutaj wybór mam jeden, bo prak­tycz­nie bez opo­rów mogę jeść tyl­ko sło­na­we Chia Char­ge. Nie­ko­niecz­nie pod­czas bie­gu , ale jako ener­ge­tycz­ny deser będą w sam raz. Do dese­rów tra­fi też kil­ka paczek lio­fi­li­zo­wa­nych owo­ców.

Do cało­ści doj­dą jesz­cze, oprócz wspo­mnia­nej kawy i her­ba­ty, napo­je: owo­co­wy sha­ke od Lyofo­od (dla samo­po­czu­cia 😉 ) i cze­ko­la­do­wy napój od Nutrend (reco­ve­ry). Nie mam do koń­ca tyl­ko pomy­słu na smak wody. Nie potrze­bu­ję pako­wać do niej iso­to­ni­ków, bo bio­rę Salt­Sticks, ale dobrze by było mieć coś na zmia­nę sma­ku w piciu… Po latach prób piję w sumie albo samą wodę, albo napój Uni­sport mara­ku­ja od Nutren­da, tyle, że on nie wystę­pu­je w for­mie odwod­nio­nej, a przez to raczej odpa­da… Pew­nie pad­nie na Iso­star w tablet­kach, bo on jest na dru­gim miej­scu mojej listy, cho­ciaż dale­ko za nutren­dem.

Pacz­ko­wa­ne lio­fi­li­za­ty i inne spor­to­we jedze­nie spraw­dza­ją się dobrze sma­ko­wo, są nie­źle napa­ko­wa­ne ener­gią, jed­nak nie jest to mak­si­mum ener­ge­tycz­ne jakie moż­na wyci­snąć ze stu gram. W tym momen­cie na ratu­nek przy­cho­dzą orze­chy.

Róż­ne­go rodza­ju orze­chy są na szczy­cie ener­ge­tycz­nej dra­bi­ny – 100 g orze­chów maka­da­mia / pekan ma aż ponad 700 kcal (690–750, zależ­nie od źró­deł)! O ile za maka­da­mia nie prze­pa­dam, to po miesz­ka­niu w USA zosta­ło mi przy­wią­za­nie do pekan (za cia­sto z pekan i syro­pem klo­no­wym nadal potra­fię oddać wie­le).

Krót­ko mówiąc, wszyst­ko co zaosz­czę­dzę na wadze sprzę­tu, dopcham orze­cha­mi. Stan na dziś (zakła­da 300g orze­chów):  3100 kcal / dzień, waga jedze­nia 5 kg.

Ps. sły­sza­łem o moż­li­wość zapra­wia­nia wszyst­kie­go dodat­ko­wo ole­jem koko­so­wym czy pal­mo­wym (850–950 kcal / 100 g), ale nie wiem czy ja i mój żołą­dek jeste­śmy na to  goto­wi 🙂

Plecak na diecie

Przy­go­to­wa­nia do sied­mio­dnio­we­go bie­gu „self-sup­por­ted” to strasz­nie dużo myśle­nia… nawet za daw­nych raj­do­wych cza­sów, nigdy nie musia­łem nosić ze sobą cało­ści wypo­sa­że­nia na 7 dni, zawsze były jakieś prze­pa­ki, cza­sem moż­li­wość dopo­sa­że­nia w skle­pie / od innych zawod­ni­ków. Tu będzie tyl­ko pusty­nia i woda od orga­ni­za­to­rów.

Na począt­ku myśla­łem, że wezmę sta­ry ple­cak, zapa­ku­ję spraw­dzo­nym sta­rym sprzę­tem i goto­we, prze­cież nie będę się bawił w zbi­ja­nie kil­ku gra­mów na każ­dym ele­men­cie.

No i niby wyszło, ple­cak pod 15kg bez wody… Real­nie, z tym nie ubie­gnę za szyb­ko, a co gor­sza pew­nie też nie za dale­ko. Więc przy­szła pora na arkusz kal­ku­la­cyj­ny i kolej­ną por­cję myśle­nia – gdzie i jak pozbę­dę się kilo­gra­mów (wiem, mógł­bym po pro­stu zrzu­cić 5 kg wagi z brzu­cha i będzie super, ale… wyszło, że ta moja waga to już lepiej, żeby zosta­ła jak jest zanim prze­gnę z die­ta­mi).

Na potrze­by dal­sze­go myśle­nia, musia­łem pod­wę­dzić z kuch­ni wagę i zabrać się za die­tę ple­ca­ka – co moż­na odchu­dzić, a z cze­go zre­zy­gno­wać. Tu poob­ci­na­łem 100g, tam wyrzu­ci­łem 20g i po wszyst­kich ope­ra­cjach zbli­ży­łem się do 9kg, czy­li śred­niej wagi ple­ca­ka wśród zawod­ni­ków. Nie­ste­ty, oka­za­ło się, że jed­nak w tro­chę sprzę­tu muszę się dopo­sa­żyć, jak chcę biec w mia­rę na lek­ko. Na chwi­lę obec­ną wśród nie­wia­do­mych pozo­stał chy­ba już tyl­ko śpi­wór i zapas żyw­no­ści.

Teraz jesz­cze tyl­ko muszę to wszyst­ko upchnąć w 20 litro­wy ple­cak…