4 Deserts: Namib Race 2018

Mój pierwszy etapowy bieg to była wielka niewiadoma. Z jednej strony wieloletnie doświadczenie z najlepszymi w Adventure Racing, z drugiej zupełnie nowy dla mnie format i 7 dni samego biegu, maraton po maratonie. Niby za bardzo się nie przejmowałem, ale nutka niepewności gdzieś tam się plątała.

Biegnę gdzieś po pustyni
Fot. Michał Gawron

Wyszło nadspodziewanie dobrze. Liczyłem na pozycję gdzieś w połowie stawki, tymczasem skończyłem na 11 miejscu, z jednym etapem ukończonym nawet na 9. Do tego najważniejsze – zadziałał prawie każdy element planu, od jedzenia, przez sprzęt aż w końcu po rozkład sił (co prawda tu z pewną modyfikacją planu dzięki koledze z Hong Kongu).

Co ciekawe, niektóre z moich rozwiązań były nowe i inspirujące nawet dla bardziej doświadczonych biegaczy pustynnych etapówek, więc w najbliższych dniach spróbuję to nieco szerzej opisać, może ktoś skorzysta w przyszłości z moich przetestowanych rozwiązań.

zawartość plecaka na kontroli sprzętu
Zawartość plecaka podczas kontroli sprzętu

Plecak nie należał do najlżejszych (9.8 kg), ale też miałem kilka dodatkowych elementów, z których w przyszłości mogę zrezygnować, pewnie obetnę na tym nawet jakieś 1-2 kg, głownie na jedzeniu ale też trochę na rzeczach.

Bardzo dobrze sprawdziła się dla mnie całkiem nowa strategia biegu 2-8, dwie minuty szybkiego chodu, osiem minut biegu. Nie jest to na pewno metoda na wygranie zawodów, ale za to świetny sposób na to, żeby kończyć każdy dzień na niezłym miejscu ze sporym zapasem sił. Taki rozkład ma też inną zaletę – pomógł mi dbać o regularne nawadnianie i jedzenie. Robiłem to tylko (zawsze) w tych dwuminutowych przerwach „serwisowych”, dzięki czemu mogłem to robić odpowiednio często i na spokojnie. Jak wspomniałem wcześniej, nie do końca była to moja zaplanowana taktyka, jednak po tym jak na pierwszym etapie wyprzedził mnie kolega David z HK właśnie w ten sposób, zdecydowałem się to wypróbować drugiego dnia i w ciągu kolejnych dni dopasować bardziej pod siebie. Sprawdziło się świetnie.

Strategia ma oczywiście zastosowanie  na bardziej plaskatym terenie, jak zaczynają się bardzo strome podejścia, wymaga modyfikacji. Życie pokazało, że modyfikacje również byłyby przydatne w piekarniku :) Podczas długiego, 80km, etapu mimo oszczędzania sił przegrzałem się konkretnie i potrzebowałem prawie dwóch godzin, żeby z tego przegrzania wyjść.

Namibijska trasa to większości dość twardy, zbity piach i żwir z mniej licznymi atrakcjami typu sypki pach (plaża i wydmy) czy bieganie w „nutelli” (solne wilgotne pola), było to z resztą widać po czasach najlepszych w okolicach 3:30 na maraton. Pustynia to pustynia, więc życia za wiele tam nie było, jednak foki na wybrzeżu i wieczorne wizyty szakali i hien urozmaicały nam ją dość mocno. Była pewna, aczkolwiek niewielka, szansa spotkanie wielkich afrykańskich kotów (lwy, lamparty, gepardy), krótko mówiąc jest to świat psów i kotów :).

wieczorne rozmowy przy ognisku
Fot. Michał Gawron

Cykl 4 Deserts to świetna organizacja, dość kameralna atmosfera, piękne tereny i niesamowici ludzie. Format  i sposób organizacji biegu jeszcze wzmacniają klimat do nawiązywania ciekawych kontaktów. Codziennie poza kilkoma godzinami biegu, reszta czasu to drobne naprawy sprzętu i własnej osoby oraz rozmowy z zawodnikami z całego świata. Dla samych tych godzin przy ogniu i opowieści z najdalszych zakątków świata warto tam być. Brak zasięgu komórek (co za tym idzie również internetu) to również dość niezły tygodniowy wypoczynek dla głowy. Z kolei na trasie, dzięki względnie małej ilości uczestników, można przez długi czas być sam na sam z pustynią.

Ogromnie się cieszę z sukcesu charytatywnej strony mojego startu. Projekt 4deserts4autism zebrał ponad 9600 zł (czyli nawet ponad zakładane 8000) i dał mi motywację do mocniejszej pracy niż zwykle. Miło było też widzieć jak wiele innych osób wykorzystuje ten cykl do wspierania potrzebujących. Wielu z nas będzie biegać tak, czy inaczej, wydawać mniejsze lub większe pieniądze na swoje hobby, a połączenie tego z pomocą i motywacją do pomocy, to chyba dobra kombinacja. Warty uwagi jest na pewno projekt innego polskiego zawodnika, Marka Rybca, który podczas próby zdobycia pustynnego szlema (4 pustynne starty w jednym roku) ma ambitny cel zebrania 100 tyś zł na wsparcie jednego z warszawskich hospicjów. Trzymam kciuki za jego plan i zachęcam Was do wsparcia.

Namibia to było moje trzecie spotkanie z pustynnym bieganiem (po dwukrotnej wizycie na Gobi) i wiem na pewno, że nie ostatnie. Wstępnie szykuję się na edycję Atacama, ale dopiero w 2019 roku, starty w etapówkach tego rodzaju to przede wszystkim obciążenie czasowo-finansowe i stanowczo muszę to mądrze rozłożyć w planach. W międzyczasie może uda mi się zaplanować coś w innych rejonach świata, parę pomysłów już mi chodzi po głowie. Na razie jednak przestawiam się w tryb wodno-lądowy swimrun.

Polscy zawodnicy na mecie: Marek Rybiec, Michał Gawron, Kuba Zwolinski

 

Dieta orzechowa

Dzisiaj wpis znów o jedzeniu (to znów jest bardzo względne, szybkie spojrzenie w historię bloga wskazuje że pisałem o jedzeniu ostatnio w październiku 2009, aczkolwiek kiedyś zdarzało się to cześciej).

Jak się bardziej zastanowić, to cały start w Sahara Race to jedno wielkie  myślenie o jedzeniu. Wiem już na 100%, że nie jestem w stanie zabrać ze sobą tyle jedzenia, żebym nie chodził głodny, po prostu się nie da bo plecak bym musiał wyprawowy zabrać, a nie biegowy. Sensowna wersja minimalna to 3000 kcal / dzień (wymagane przez organizatorów minimum przeżycia to 2000 kcal / dzień), ale to bardzo daleko od mojego realnego zapotrzebowania.

Misja na teraz, to dobrać takie jedzenie, które bez zwiększania znacznego objętości i wagi podniesie mi zarówno dzienne racje energii, ale też komfort psychiczny podczas odpoczynku.

Przez ostatnie tygodnie sprawdzałem różne liofilizaty (Lyofood, Trek’n Eat, Aptonia/Decathlon) i o ile na wszystkie reaguję względnie dobrze, to mam zdecydowanego faworyta smakowego i na nim opieram rozkład jedzeniowy na start.

Na chwilę obecną, podsumowując moje rajdowo-pustynno-biegowe doświadczenia i ostatnie testy jedzeniowe, plan diety wygląda następująco:

Śniadanie:

Stawiam na liofilizowaną kokosowa owsianka, duże śniadanie to podstawa, więc biorę podwójną porcję (200g, 1000 kcal). Początkowo chciałem ją przeplatać z jaglanką tej samej firmy, ale różnica smakowa jest na tyle duża, że zostaję przy tym samym śniadaniu. O ile na jaglance wystartowałem Bieg Granią Tatr i było nieźle, to jednak nie chcę tego doświadczenia smakowego aż tak często powtarzać. Kokosowa owsianka rządzi.

W planach śniadaniowych mam też pomysł na ekstrawagancję w postaci liofilizowanej kawy, ale muszę ją najpierw przetestować, na ile smakiem rzeczywiście dorównuje parzonej. Zwykłej rozpuszczalnej nie biorę pod uwagę, w takiej sytuacji wolę herbatę. Przy okazji herbaty – biorę też zapas miętowej, dobrze się sprawdza. w upale, a w razie sytuacji awaryjnej może trochę podratować żołądek.

Obiad/lunch:

Tutaj mam jeszcze trochę dylemat. Teoretycznie kurczakowa tikka masala od Lyofood jest najbardziej napakowana energią i całkiem smaczna, ale… po kilku dniach mogę mieć inne zdanie. To muszę jeszcze potestować, ale raczej pójdę w duży zestaw z kurczakiem na zmianę ze schabem w połączeniu z  zupami. Przez chwilę kuszące wydawało się również curry pokrzywowe (mocno energetyczne), ale potrwało to tylko do pierwszego testu…

Dodatki:

Na normalnych biegach jem praktycznie tylko żele i je chciałem zabrać, tylko jest z nimi jeden problem – zawierają wodę i ważą przez to niepotrzebnie więcej. Biorę więc tylko kilka ulubionych od Honey Stinger i dobieram im do towarzystwa trochę żelków tej samej marki. Na ten wyjazd batony (a może raczej ciasteczka?) bardziej się przydadzą – tutaj wybór mam jeden, bo praktycznie bez oporów mogę jeść tylko słonawe Chia Charge. Niekoniecznie podczas biegu , ale jako energetyczny deser będą w sam raz. Do deserów trafi też kilka paczek liofilizowanych owoców.

Do całości dojdą jeszcze, oprócz wspomnianej kawy i herbaty, napoje: owocowy shake od Lyofood (dla samopoczucia ;) ) i czekoladowy napój od Nutrend (recovery). Nie mam do końca tylko pomysłu na smak wody. Nie potrzebuję pakować do niej isotoników, bo biorę SaltSticks, ale dobrze by było mieć coś na zmianę smaku w piciu… Po latach prób piję w sumie albo samą wodę, albo napój Unisport marakuja od Nutrenda, tyle, że on nie występuje w formie odwodnionej, a przez to raczej odpada… Pewnie padnie na Isostar w tabletkach, bo on jest na drugim miejscu mojej listy, chociaż daleko za nutrendem.

Paczkowane liofilizaty i inne sportowe jedzenie sprawdzają się dobrze smakowo, są nieźle napakowane energią, jednak nie jest to maksimum energetyczne jakie można wycisnąć ze stu gram. W tym momencie na ratunek przychodzą orzechy.

Różnego rodzaju orzechy są na szczycie energetycznej drabiny – 100 g orzechów makadamia / pekan ma aż ponad 700 kcal (690-750, zależnie od źródeł)! O ile za makadamia nie przepadam, to po mieszkaniu w USA zostało mi przywiązanie do pekan (za ciasto z pekan i syropem klonowym nadal potrafię oddać wiele).

Krótko mówiąc, wszystko co zaoszczędzę na wadze sprzętu, dopcham orzechami. Stan na dziś (zakłada 300g orzechów):  3100 kcal / dzień, waga jedzenia 5 kg.

Ps. słyszałem o możliwość zaprawiania wszystkiego dodatkowo olejem kokosowym czy palmowym (850-950 kcal / 100 g), ale nie wiem czy ja i mój żołądek jesteśmy na to  gotowi :)

Plecak na diecie

Przygotowania do siedmiodniowego biegu „self-supported” to strasznie dużo myślenia… nawet za dawnych rajdowych czasów, nigdy nie musiałem nosić ze sobą całości wyposażenia na 7 dni, zawsze były jakieś przepaki, czasem możliwość doposażenia w sklepie / od innych zawodników. Tu będzie tylko pustynia i woda od organizatorów.

Na początku myślałem, że wezmę stary plecak, zapakuję sprawdzonym starym sprzętem i gotowe, przecież nie będę się bawił w zbijanie kilku gramów na każdym elemencie.

No i niby wyszło, plecak pod 15kg bez wody… Realnie, z tym nie ubiegnę za szybko, a co gorsza pewnie też nie za daleko. Więc przyszła pora na arkusz kalkulacyjny i kolejną porcję myślenia – gdzie i jak pozbędę się kilogramów (wiem, mógłbym po prostu zrzucić 5 kg wagi z brzucha i będzie super, ale… wyszło, że ta moja waga to już lepiej, żeby została jak jest zanim przegnę z dietami).

Na potrzeby dalszego myślenia, musiałem podwędzić z kuchni wagę i zabrać się za dietę plecaka – co można odchudzić, a z czego zrezygnować. Tu poobcinałem 100g, tam wyrzuciłem 20g i po wszystkich operacjach zbliżyłem się do 9kg, czyli średniej wagi plecaka wśród zawodników. Niestety, okazało się, że jednak w trochę sprzętu muszę się doposażyć, jak chcę biec w miarę na lekko. Na chwilę obecną wśród niewiadomych pozostał chyba już tylko śpiwór i zapas żywności.

Teraz jeszcze tylko muszę to wszystko upchnąć w 20 litrowy plecak…

Projekt 4deserts4autism.org

Kiedy pierwszy raz usłyszałem lata temu o Marathon des Sables czy Desert Cup (to chyba było gdzieś w okolicach 2004, 4 Deserts jeszcze nie istniał), wydawało mi się to czymś niesamowitym i nieosiągalnym. Bieganie traktowałem wtedy bardziej jako przygotowanie do Adventure Racing i nie wyobrażałem sobie startu w zawodach, które tylko na tym polegają.

Paradoksalnie, pierwszy raz na pustyni pobiegłem lata później, kiedy po długiej przerwie wróciłem do sportowej aktywności. W 2014 i 2015 wziąłem udział w imprezie na pustyni Gobi, gdzie do przebycia było ok 130 km w kilku etapach. To był tak naprawdę pierwszy impuls, żeby zacząć myśleć o “prawdziwym” starcie na pustyni.

Temat jednak odłożyłem na bok na kolejne dwa lata i rok po roku wracałem do wydolności, która pozwala cieszyć się biegiem na każdym kilometrze (no, prawie każdym). Najpierw Supermaraton Gór Stołowych, Bieg Rzeźnika (nostalgiczny come back na trasę równo po 10 latach), Zimowy Ultramaraton Karkonoski, potem coraz dalej i wyżej – Lakes Sky Ultra czy wreszcie Bieg Granią Tatr.

Co ciekawe, jeszcze kilka miesięcy temu nie myślałem na serio o etapówce na pustyni, skupiając się wyłącznie na górach. Impuls przyszedł z zupełnie nieoczekiwanej strony – na stronie biegaczy ultra na Fb pojawił się post zbierający chętnych do projektu startu we wszystkich edycjach 4 Deserts w ramach planowanego programu pewnej stacji tv. Muszę przyznać, ze strasznie spodobała mi się ta idea – za cenę odrobiny prywatności pojawiłby się sponsor na wszystkie 4 etapy i można byłoby się skoncentrować na samych treningach i jakimś fajnym dodatkowym celu charytatywnym (a do tego rozgłos medialny tylko by się przydał). Nadal było to jednak mocno abstrakcyjne i nie traktowałem idei startu w tym roku zbyt poważnie.

Praktycznie do listopada nie było wiadomo co będzie z planowanym mediowym projektem, więc czekałem… Wreszcie przyszła spóźniona wiadomość – nic nie będzie, projekt został odwołany.

Niby nic takiego, w końcu przecież nie planowałem nigdzie jechać, to nie pojadę. Tylko, że… tak się nastawiłem psychicznie na to, że nagle zaczęło mi tej wizji bardzo brakować. Jeśli czegoś bardo się chce, to za wiele nie ma wyboru, trzeba spróbować to zrobić. Tak więc podliczyłem co udźwignie karta kredytowa i wpłaciłem wpisowe. Od tego momentu, sprawa wizja startu z pustynnego mirażu zamieniła się w realny widok oazy na końcu drogi :).

Bieg w jednej czy kilku edycjach 4 pustyń to zawsze duże obciążenie… dla otoczenia zawodnika. W pewien sposób bieganie i starty w tak dużych zawodach to bardzo egoistyczna sprawa. Czas kiedy trenuję, to czas który muszę wyciąć z życia rodzinnego czy zawodowego i nie zawsze mogę to sensownie połączyć.

Nie lubię zasłaniania się “pasją” czy “odkrywaniem siebie”, bo to bzdura, biegam bo lubię i czuję się od tego lepiej. Nie jestem zawodowym sportowcem, nie żyję z tego i muszę nawet przed sobą przyznać, ze to po prostu hobby bez którego można egzystować. Czymś innym będzie krótki jogging kilka razy w tygodniu, a czymś innym poświęcanie wielu godzin tygodniowo na trening plus worek pieniędzy na wyjazdy i sprzęt. Nie chcę również, żeby ktoś opłacał moją “zabawę”, kiedy na świecie są dużo ważniejsze potrzeby.

Tak doszedłem do konkretu – chcę nadać mojemu bieganiu sens i usprawiedliwić się sam przed sobą. Chcę, żeby moje hobby mogło przynieść jakiś wymierny pozytywny skutek i pomóc innym. Z racji, że moja żona od lat zajmuje się diagnozą i terapią osób z autyzmem, naturalnym wyborem była znana mi organizacja, tak trafiło na Stowarzyszenia na Rzecz Osób z Autyzmem ProFUTURO. Stowarzyszenie zarówno pomaga diagnozować i prowadzić terapię dzieci, jak też pomaga już dorosłym autystom funkcjonować w społeczeństwie.

Start w Namibii nie będzie jakimś niezwykłym dokonaniem na miarę zimowego wejścia na K2 czy przepłynięcia samotnie oceanu, ale wierzę, że dla wielu może być czymś ciekawym, inspiracją nie tylko do aktywności, ale przede wszystkim do tego, że możemy połączyć zabawę z pomocą innym. Jeśli na razie pobiegnięcie na pustyni jest dla was równie abstrakcyjne jak dla mnie kiedyś, po prostu dołączcie tutaj i dzielcie ze mną ten start.

Na Facebook została utworzona zbiórkę (fundraiser), można wpłacać bezpośrednio korzystając z płatności serwisu. Co ciekawe, Facebook nie pobiera żadnych prowizji od tych wpłat, całość trafia na konto wybranej organizacji. Adres zbiórki: https://www.facebook.com/donate/900417960134984/

Jeśli kogoś drażni przesyłanie pieniędzy poprzez Facebook, a nadal chce pomóc, na stronie www.4deserts4autism.org umieściłem dane Stowarzyszenia ProFUTURO razem z wszystkimi niezbędnymi informacjami do przelewu.

To było na tyle przydługiego wstępu. Teraz zbieram się na trening. Na tej stronie podzielę się moimi przemyśleniami o przygotowaniach, sprzęcie i wszystkim innym związanym ze startem w Namibii… Cokolwiek, co zainspiruje Was do wsparcia dobrego celu :)

ps. jak dotarliście aż do końca tego tekstu, to teraz chyba czas dowiedzieć się więcej o autyzmie – polecam http://pro-futuro.org/autyzm/, https://pl.wikipedia.org/wiki/Spekt…, https://www.autismspeaks.org/ i wiele innych ciekawych źródeł