Listy z Atacamy: Odcinek 5

Dzień 5 to czas naj­dłuż­sze­go odcin­ka – 80 km. Oba­wia­łem się go zarów­no przez brak tre­nin­gu jak i cież­kie doświad­cze­nia z Nami­bii. Na star­cie czu­łem, że to nie mój naj­lep­szy dzień. Pew­nie przez te oba­wy i doku­cza­ją­ce ple­cy…

Począ­tek był dość trud­ny, przez sło­ne bagna (połą­cze­nie sol­nych pól z pod­mo­kłym tere­nem). Tam jesz­cze trzy­ma­łem się w mia­rę czo­łów­ki. Nie­ste­ty, z koń­cem bagien opu­ści­ła mnie też moc do bie­gu. Robi­ło się coraz bar­dziej gorą­co i każ­da pró­ba pod­bie­gu koń­czy­ła się po kil­ku kro­kach tęt­nem poza jakim­kol­wiek zakre­sem i bra­kiem odde­chu. Odpu­ści­łem tę nie­rów­ną wal­kę i prze­sze­dłem do szyb­kie­go mar­szu z kij­ka­mi. Tere­ny tego mar­szu były naj­bar­dziej pustyn­ne z dotych­cza­so­wych. Pła­sko­wy­że oto­czo­ne postrzę­pio­ny­mi góra­mi, pory­wi­sty wiatr w nos pod­no­szą­cy pia­sek w mini burze pisko­we. Wiatr wysu­szał bar­dziej niż słoń­ce, trze­ba było co chwi­la prze­płu­ki­wać usta, żeby nie wyschły na wiór. Było cież­ko. Pogo­da na zmia­nę, albo pie­kar­nik, albo wiatr i do tego per­spek­ty­wa, że potrwa to wie­ki ponie­waż nie mogę biec…

Tra­sa była w mia­rę pła­ska, z jed­ną wiel­ką wydmą po dro­dze i ostat­nim podej­ściem. Dru­ga poło­wa to szu­tro­wa dro­ga pod Księ­ży­co­wą Doli­nę (jed­na z atrak­cji tury­stycz­nych w oko­li­cy). Łącz­nie kil­ka­set metrów w górę i dół. Księ­ży­co­wa Doli­na zgra­ła się z ochło­dze­niem (ok godz. 17) i nagle zaczę­ły wra­cać mi siły do bie­gu, jak­by ktoś prze­łą­czył jakiś bez­piecz­nik. Ostat­nie kil­ka­na­ście kilo­me­trów mogłem znów biec, do tego w mia­rę nor­mal­nym tem­pem i tro­chę odro­bić czas mar­szu. Bie­gło się dobrze, kon­wer­su­jąc przez kil­ka kilo­me­trów z prze­mi­łym Fran­cu­zem o jego restau­ra­cji w Pary­żu gdzie mamy wpaść na ośmior­ni­ce… Tu wspo­mnę tyl­ko, że po 5 dniach bie­ga­nia na pacz­ko­wa­nym jedze­niu, tema­ty restau­ra­cyj­ne są naj­częst­szy­mi w obo­zo­wych roz­mo­wach.

Oka­za­ło się, że część z ludzi na przo­dzie wykoń­czy­ła się w upa­le i, ku moje­mu peł­ne­mu zasko­cze­niu, na tych ostat­nich km prze­sko­czy­łem jesz­cze kil­ka pozy­cji, koń­cząc po 12 godz. 22 min na 14 miej­scu oraz utrzy­mu­jąc 8 miej­sce w kla­sy­fi­ka­cji gene­ral­nej. Nie spo­dzie­wa­łem się tego, bio­rąc pod uwa­gę moc­ną wal­kę o prze­trwa­nie mie­dzy 20 a 60 km. Spo­koj­ne tem­po jed­nak się w mia­rę opła­ci­ło. Nie dotar­łem szyb­ko, ale bez dra­ma­tycz­nych incy­den­tów.

Cie­ka­wie spraw­dzi­ła sie nowa die­ta na cały dzień – przy­go­to­wa­łem sobie jajecz­ni­cę po mek­sy­kań­sku i pod­ja­da­łem na zim­no na punk­tach. Oprócz tego wore­czek orze­chów z rodzyn­ka­mi i do tego w poło­wie zro­bi­łem szyb­ko gaspac­cio, a kil­ka­na­scie km potem owo­co­wy smo­othie. Dopie­ro na ostat­nich km doło­ży­łem jeden żel, żeby bie­gu star­czy­ło do mety. Krót­ko mówiąc, cał­kiem nor­mal­na dzien­na die­ta, nie wywra­ca­ją­ca żołąd­ka do góry noga­mi w upa­le i łatwiej przy­swa­jal­na niż bato­ny i żele. „Lyofo­od” jak zwy­kle dało radę.

Dzień 6 to dzień odpo­czyn­ku, moment na poga­da­nie z resz­tą zawod­ni­ków, zale­cze­nie pęche­rzy na nogach i innych pro­ble­mów (u mnie ple­ców). Ranek nie był łatwy, ale teraz o 16 ple­cy dzia­ła­ją na tyle dobrze, że nie boję się aż tak bar­dzo jutrzej­szych 13 km. Teo­re­tycz­nie to for­mal­ność, run­da hono­ro­wa do San Pedro, ale róż­ni­ce mie­dzy miej­sca­mi są tak małe, że pew­nie dam z sie­bie spo­ro, żeby spró­bo­wać utrzy­mać się tego, gdzie jestem, więc nie prze­ry­waj­cie trzy­mać kciu­ków, przy­da się.

Listy z Atacamy: Odcinek 4

Kolej­ny dzień za mną, tym razem 44 km w dość trud­nym tere­nie. 6,5 godzi­ny dało mi dzi­siaj 9 miej­sce, ale wypo­czy­nek to nie był. Start bar­dzo ład­ny pod górę, spo­ro pia­chu i stro­my zbieg do rze­ki – zno­wu mokre buty. O tyle war­to było je pomo­czyć, że tra­sa bie­gła nie­sa­mo­wi­tym kanio­nem, z kawał­kiem pod wodo­spa­dem. Nie­ste­ty, po tym odcin­ku zaczę­ło sie już prze­dzie­ra­nie przez sol­ne rów­ni­ny, o któ­rych pisa­łem wcze­śniej – biec się nie da, wyła­mu­je kost­ki i tnie buty. Do tego wiatr przy­cichł i zro­bi­ła się kon­kret­na „patel­nia” (część zapa­so­wej wody lądo­wa­ła co chwi­lę na moim kar­ku). 13 km takiej zaba­wy cał­kiem nie­źle daje w kość. Naj­gor­szy dla mnie był jed­nak kolej­ny etap – 11 km naj­pierw dro­gą piasz­czy­sta, potem asfal­tem. Cały czas na hory­zon­cie za sobą widzia­łem kolej­ne­go zawod­ni­ka, więc żal było odpu­ścić… Tro­chę się tym truch­ta­niem do mety zmę­czy­łem. 

Teraz czas na wyżer­kę z „lyofo­od” – dzi­siaj nawet deser był. Wszyst­ko, żeby zebrać siły na jutrzej­szy decy­du­ją­cy etap – 80 km. To będzie dłu­ga dro­ga, więc kolej­ne­go wia­do­mo­ści będę słał raczej dopie­ro w pią­tek, jak doj­dę do sie­bie.

Listy z Atacamy: Odcinek 3

Dzień 3 nie był łatwy, tak jak się spo­dzie­wa­łem… Na moją nie­ko­rzyść zadzia­ła­ły chmu­ry, wszy­scy bie­ga­cze się roz­pę­dzi­li i nic ich za bar­dzo nie blo­ko­wa­ło, nawet upał. Dużo bie­ga­nia po pła­skim, nawet spo­ry kawa­łek asfal­tu. To mnie pod­ku­si­ło, żeby zmie­nić tak­ty­kę i pobiec pierw­sze 20 km bez przerw, za co zapła­ci­łem póź­niej w trud­niej­szym tere­nie. Nie mia­łem siły tam solid­nie pobiec i kil­ka osób mnie doszło. Ten trud­niej­szy teren to takie sol­ne kala­fio­ry (coś w rodza­ju sol­ne­go bło­ta, mokro-suche­go), raz twar­de, raz mięk­kie i trze­ba bar­dzo czuj­nie się po nich poru­szać, do tego tro­che twar­dych krza­czo­rów. Ogól­nie jed­nak lepiej się bie­gnie niż idzie (jak jest siła na bieg). Po kala­fio­rach przy­szła pora na wydmy z pia­chem po kost­ki. Tu też nie­któ­rzy bie­gli, ja raczej tyl­ko jak było kon­kret­niej z gór­ki. Finisz do obo­zu, to wbrew pozo­rom, dość faj­ny odci­nek. Widać z dale­ka obóz, ale przed nim jesz­cze 3 lub 4 piasz­czy­ste doli­ny do zbie­gnię­cia i wbie­gnię­cia, w tym jeden z rze­ką podob­ną do wczo­raj­szej.

Ogól­nie to raczej nie był mój ulu­bio­ny dzień. Spo­ro sił kosz­to­wa­ło mnie dotar­cie na 10 miej­scu. Jutro ma być bar­dzo trud­no (pola sol­ne). Liczę, że to mi wyha­mu­je te bie­go­we „stru­sie pędzi­wia­try”, a ja będę trzy­mał się z powro­tem oszczęd­ne­go pla­nu. Zoba­czy­my jak to zadzia­ła.

Nowe dania się spraw­dza­ją! Zim­ne gaspa­chio od „lyofo­od” to dzie­ło sztu­ki. Aż żału­ję, że nie mam go na każ­dy dzień. Ze sprzę­tu nic się na razie nie roz­pa­dło (odpu­kać!), a pęche­rze mnie w mia­rę oszczę­dza­ją – jakieś dro­bia­zgi na pal­cach po wczo­raj­szych wod­no-pia­sko­wych zaba­wach nie są na szczę­ście zbyt pro­ble­ma­tycz­ne.

Listy z Atacamy: Odcinek 2

Dzień 2 to spo­ro cie­plej­sza noc, ok 5–6 stop­ni. To już zupeł­nie cie­pło na mój śpi­wór, rano też jest cał­kiem zno­śnie przed star­tem. Dzi­siaj była bar­dzo cie­ka­wa tra­sa, po szyb­kim począt­ku, od 7 km zaczął się wąski kanion rze­ki San Pedro (Slot Cany­ons). Rwą­ca woda z top­nie­ją­ce­go na wul­ka­nach śnie­gu mro­zi­ła nogi, a bie­gli­śmy w tej wodzie kil­ka kilo­me­trów… taki swim­run tro­chę bo wcho­dzi­li­śmy i wycho­dzi­li­śmy z tej rze­ki wie­le razy po ska­łach, a jak ktoś nie tra­fił w pły­ci­znę to mógł cały dać nura (co cie­ka­we kil­ku oso­bom się to przy­tra­fi­ło).

Po wyj­ściu z kanio­nu roz­po­czę­ła się wspi­nacz­ka sta­rą dro­gą Inków do tune­lu pod prze­łę­czą, świet­ne wido­ki i zero bie­gu, było za stro­mo. Z prze­łę­czy wyszli­śmy na gigan­tycz­ną „ska­ło-wydmę”, po któ­rej bie­gli­śmy kolej­ne kil­ka km. Na koniec wydmy wisien­ka na tor­cie – zbieg w dro­bym wydmo­wym pia­sku kil­ka­dzie­siąt metrów w pio­nie. Nor­mal­nie tutaj na takich wydmach moż­na jeź­dzić na sand­bo­ar­dzie (snow­bo­ard zwy­kly w sumie), taka lokal­na atrak­cja.

Po zbie­gu z wydmy roz­po­cze­ła sie ostat­nia sek­cja, otwar­ta pusty­nia. Tro­chę bie­gu, tro­chę spę­ka­nych błot­nych sol­nych momen­tów, ogól­nie cież­ko bo wszyst­ko bar­dzo nagrza­ne i buty zaczę­ły tro­chę doskwie­rać. Na szczę­ście, to było tyl­ko ostat­nie 11 km. Ku moje­mu zasko­cze­niu, poja­wi­łem się na mecie jako 6.

Jutro kolej­ne 39 km, tym razem raczej bar­dziej pła­sko, za to spo­ro pia­sku… Naj­le­piej radzę sobie tam, gdzie jest zbyt trud­no żeby biec. Na pro­stych bie­go­wych kawał­kach idzie sła­bo, wycho­dzi brak odpo­wied­nie­go tre­nin­gu bie­go­we­go. Krót­ko mówiąc, jak za sta­rych raj­do­wych cza­sów, im gorzej tym lepiej… Dzień poka­że do jakiej kate­go­rii go zali­czyć.

Głów­ne utrud­nie­nie na jakie muszę uwa­żać to upał. Nie jestem do nie­go zbyt przy­zwy­cza­jo­ny i pamie­tam co było w Nami­bii. Na razie jest ok, bo 40 km eta­py koń­czę ok godzi­ny 13, jesz­cze przed naj­więk­szym skwa­rem. Za to 80km w czwar­tek pozwo­li doświad­czyć go w całej oka­za­ło­ści. Na szczę­ście w czwar­tek ple­cak będzie już dużo lżej­szy, a kil­ka dni bie­ga­nia pozwo­li­ło się nie­co przy­zwy­cza­ić do pogo­dy.

Listy z Atacamy: Odcinek 1

Dzień 1 za nami. Pierw­sza noc była zim­na zgod­nie z zapo­wie­dzia­mi (-1C), ale nie było aż tak źle. Śpi­wór na tyle daje radę, ze dało sie spać w krót­kich spoden­kach i koszul­ce. Tro­chę bar­dziej pro­ble­ma­tycz­ne były wyciecz­ki do ubi­ka­cji, tro­chę to wyzwa­nie, żeby wyjść z cie­płe­go śpi­wo­ra i iść w zim­no w krót­kich spoden­kach…

Start rano był moc­no chłod­ny. Rękaw­ki się przy­da­ły, jak też póź­niej w upa­le dość dobrze chro­ni­ły przed słoń­cem. Dzi­siej­szy dzień to tro­chę spraw­dze­nie, co jak dzia­ła, więc tym bar­dziej się cie­szę z 11 miej­sca. Taka tro­chę kon­ty­nu­acja zeszłe­go roku…

Przy oka­zji wyszło kil­ka rze­czy do popra­wy, np. rur­ki bute­lek są za dłu­gie w tak zapa­ko­wa­nym ple­ca­ku i cały dzień obi­ja­ły mnie po uszach. Teraz je skró­ci­łem i zoba­czy­my jutro jak zadzia­ła­ją. Musia­łem też nad­ro­bić kil­ka­set metrów w poszu­ki­wa­niu szmat­ki od czap­ki przy­kry­wa­ją­cej kark (dzia­ła świet­nie, tyl­ko trze­ba się nauczyć jak ją porząd­nie moco­wać), zwia­ło mi to z gło­wy i zauwa­ży­łem dopie­ro kil­ka minut póź­niej. Musia­łem się wra­cać i od nowa wła­zić na wzgó­rze. Bio­rąc pod uwa­gę nie­wiel­ką róż­ni­cę cza­so­wą na mecie, kosz­to­wa­ło mnie to chy­ba 8 miej­sce. Jak zdro­wie dopi­sze i nie będę nic wię­cej gubił to powin­no być dobrze. 

Jest na pew­no moc­no gorą­co, więc będę uwa­żał, żeby nie powtó­rzyć błę­du z Nami­bii i się nie zago­to­wać. Jutro 38km, z kil­ko­ma km w rze­ce, trzy­maj­cie kciu­ki!

Projekt 4deserts4autism.org

Kie­dy pierw­szy raz usły­sza­łem lata temu o Mara­thon des Sables czy Desert Cup (to chy­ba było gdzieś w oko­li­cach 2004, 4 Deserts jesz­cze nie ist­niał), wyda­wa­ło mi się to czymś nie­sa­mo­wi­tym i nie­osią­gal­nym. Bie­ga­nie trak­to­wa­łem wte­dy bar­dziej jako przy­go­to­wa­nie do Adven­tu­re Racing i nie wyobra­ża­łem sobie star­tu w zawo­dach, któ­re tyl­ko na tym pole­ga­ją.

Para­dok­sal­nie, pierw­szy raz na pusty­ni pobie­głem lata póź­niej, kie­dy po dłu­giej prze­rwie wró­ci­łem do spor­to­wej aktyw­no­ści. W 2014 i 2015 wzią­łem udział w impre­zie na pusty­ni Gobi, gdzie do prze­by­cia było ok 130 km w kil­ku eta­pach. To był tak napraw­dę pierw­szy impuls, żeby zacząć myśleć o “praw­dzi­wym” star­cie na pusty­ni.

Temat jed­nak odło­ży­łem na bok na kolej­ne dwa lata i rok po roku wra­ca­łem do wydol­no­ści, któ­ra pozwa­la cie­szyć się bie­giem na każ­dym kilo­me­trze (no, pra­wie każ­dym). Naj­pierw Super­ma­ra­ton Gór Sto­ło­wych, Bieg Rzeź­ni­ka (nostal­gicz­ny come back na tra­sę rów­no po 10 latach), Zimo­wy Ultra­ma­ra­ton Kar­ko­no­ski, potem coraz dalej i wyżej – Lakes Sky Ultra czy wresz­cie Bieg Gra­nią Tatr.

Co cie­ka­we, jesz­cze kil­ka mie­się­cy temu nie myśla­łem na serio o eta­pów­ce na pusty­ni, sku­pia­jąc się wyłącz­nie na górach. Impuls przy­szedł z zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nej stro­ny – na stro­nie bie­ga­czy ultra na Fb poja­wił się post zbie­ra­ją­cy chęt­nych do pro­jek­tu star­tu we wszyst­kich edy­cjach 4 Deserts w ramach pla­no­wa­ne­go pro­gra­mu pew­nej sta­cji tv. Muszę przy­znać, ze strasz­nie spodo­ba­ła mi się ta idea – za cenę odro­bi­ny pry­wat­no­ści poja­wił­by się spon­sor na wszyst­kie 4 eta­py i moż­na było­by się skon­cen­tro­wać na samych tre­nin­gach i jakimś faj­nym dodat­ko­wym celu cha­ry­ta­tyw­nym (a do tego roz­głos medial­ny tyl­ko by się przy­dał). Nadal było to jed­nak moc­no abs­trak­cyj­ne i nie trak­to­wa­łem idei star­tu w tym roku zbyt poważ­nie.

Prak­tycz­nie do listo­pa­da nie było wia­do­mo co będzie z pla­no­wa­nym medio­wym pro­jek­tem, więc cze­ka­łem… Wresz­cie przy­szła spóź­nio­na wia­do­mość – nic nie będzie, pro­jekt został odwo­ła­ny.

Niby nic takie­go, w koń­cu prze­cież nie pla­no­wa­łem nigdzie jechać, to nie poja­dę. Tyl­ko, że… tak się nasta­wi­łem psy­chicz­nie na to, że nagle zaczę­ło mi tej wizji bar­dzo bra­ko­wać. Jeśli cze­goś bar­do się chce, to za wie­le nie ma wybo­ru, trze­ba spró­bo­wać to zro­bić. Tak więc pod­li­czy­łem co udźwi­gnie kar­ta kre­dy­to­wa i wpła­ci­łem wpi­so­we. Od tego momen­tu, spra­wa wizja star­tu z pustyn­ne­go mira­żu zamie­ni­ła się w real­ny widok oazy na koń­cu dro­gi :).

Bieg w jed­nej czy kil­ku edy­cjach 4 pustyń to zawsze duże obcią­że­nie… dla oto­cze­nia zawod­ni­ka. W pewien spo­sób bie­ga­nie i star­ty w tak dużych zawo­dach to bar­dzo ego­istycz­na spra­wa. Czas kie­dy tre­nu­ję, to czas któ­ry muszę wyciąć z życia rodzin­ne­go czy zawo­do­we­go i nie zawsze mogę to sen­sow­nie połą­czyć.

Nie lubię zasła­nia­nia się “pasją” czy “odkry­wa­niem sie­bie”, bo to bzdu­ra, bie­gam bo lubię i czu­ję się od tego lepiej. Nie jestem zawo­do­wym spor­tow­cem, nie żyję z tego i muszę nawet przed sobą przy­znać, ze to po pro­stu hob­by bez któ­re­go moż­na egzy­sto­wać. Czymś innym będzie krót­ki jog­ging kil­ka razy w tygo­dniu, a czymś innym poświę­ca­nie wie­lu godzin tygo­dnio­wo na tre­ning plus worek pie­nię­dzy na wyjaz­dy i sprzęt. Nie chcę rów­nież, żeby ktoś opła­cał moją “zaba­wę”, kie­dy na świe­cie są dużo waż­niej­sze potrze­by.

Tak dosze­dłem do kon­kre­tu – chcę nadać moje­mu bie­ga­niu sens i uspra­wie­dli­wić się sam przed sobą. Chcę, żeby moje hob­by mogło przy­nieść jakiś wymier­ny pozy­tyw­ny sku­tek i pomóc innym. Z racji, że moja żona od lat zaj­mu­je się dia­gno­zą i tera­pią osób z auty­zmem, natu­ral­nym wybo­rem była zna­na mi orga­ni­za­cja, tak tra­fi­ło na Sto­wa­rzy­sze­nia na Rzecz Osób z Auty­zmem Pro­FU­TU­RO. Sto­wa­rzy­sze­nie zarów­no poma­ga dia­gno­zo­wać i pro­wa­dzić tera­pię dzie­ci, jak też poma­ga już doro­słym auty­stom funk­cjo­no­wać w spo­łe­czeń­stwie.

Start w Nami­bii nie będzie jakimś nie­zwy­kłym doko­na­niem na mia­rę zimo­we­go wej­ścia na K2 czy prze­pły­nię­cia samot­nie oce­anu, ale wie­rzę, że dla wie­lu może być czymś cie­ka­wym, inspi­ra­cją nie tyl­ko do aktyw­no­ści, ale przede wszyst­kim do tego, że może­my połą­czyć zaba­wę z pomo­cą innym. Jeśli na razie pobie­gnię­cie na pusty­ni jest dla was rów­nie abs­trak­cyj­ne jak dla mnie kie­dyś, po pro­stu dołącz­cie tutaj i dziel­cie ze mną ten start.

Na Face­bo­ok zosta­ła utwo­rzo­na zbiór­kę (fun­dra­iser), moż­na wpła­cać bez­po­śred­nio korzy­sta­jąc z płat­no­ści ser­wi­su. Co cie­ka­we, Face­bo­ok nie pobie­ra żad­nych pro­wi­zji od tych wpłat, całość tra­fia na kon­to wybra­nej orga­ni­za­cji. Adres zbiór­ki: https://www.facebook.com/donate/900417960134984/

Jeśli kogoś draż­ni prze­sy­ła­nie pie­nię­dzy poprzez Face­bo­ok, a nadal chce pomóc, na stro­nie www.4deserts4autism.org umie­ści­łem dane Sto­wa­rzy­sze­nia Pro­FU­TU­RO razem z wszyst­ki­mi nie­zbęd­ny­mi infor­ma­cja­mi do prze­le­wu.

To było na tyle przy­dłu­gie­go wstę­pu. Teraz zbie­ram się na tre­ning. Na tej stro­nie podzie­lę się moimi prze­my­śle­nia­mi o przy­go­to­wa­niach, sprzę­cie i wszyst­kim innym zwią­za­nym ze star­tem w Nami­bii… Cokol­wiek, co zain­spi­ru­je Was do wspar­cia dobre­go celu 🙂

ps. jak dotar­li­ście aż do koń­ca tego tek­stu, to teraz chy­ba czas dowie­dzieć się wię­cej o auty­zmie – pole­cam http://pro-futuro.org/autyzm/, https://pl.wikipedia.org/wiki/Spekt…, https://www.autismspeaks.org/ i wie­le innych cie­ka­wych źró­deł

Noworoczne bieganie

Nowy rok (sor­ry, Nowy Rok) zaczął się kon­kur­so­wo – bez kaca i ze świa­tem za oknem przy­kry­tym kil­ku­cen­ty­me­tro­wą war­stwą śnie­gu. Dla miesz­kań­ców gór to raczej nic wyjąt­ko­we­go (śnieg, oczy­wi­ście), ale w Pozna­niu nie zda­rza się to aż tak czę­sto.

Pół dnia na rodzin­nym spa­ce­rze nastro­iło mnie dodat­ko­wo na tyle opty­mi­stycz­nie, że zaraz po powro­cie (zaraz jest ter­mi­nem moc­no rela­tyw­nym) zde­cy­do­wa­łem roz­po­cząć sezon bie­go­wy 2010.

Pogo­da była na bie­ga­nie – nie za zim­no, śnieg przy­jem­nie zakry­wa wszel­kie śmie­ci w oko­li­cy i jed­no­cze­śnie nie jest zbyt śli­sko, świet­na do roz­po­czę­cia wdra­ża­nia nowo­rocz­nych posta­no­wień. Taki dzień jak dzi­siaj pozwa­la napraw­dę nacie­szyć się bie­ga­niem w tere­nie (mod­ny ter­min tra­il run­ning) – pod­czas prze­bież­ki zała­pa­łem się dodat­ko­wo na sta­do saren i fajer­wer­ki oglą­da­ne z more­no­wych pagór­ków na Mora­sku, i wszyst­ko to nadal w gra­ni­cach mia­sta.

Na dwo­rze mnó­stwo ludzi, aż miło popa­trzeć jak coraz wię­cej osób aktyw­nie spę­dza czas – czy to bie­ga­jąc, odpy­cha­jąc się kij­ka­mi (nor­dic wal­king) czy posu­wa­jąc na nar­tach (śla­dy jed­ne­go bie­gów­ko­wi­cza na śnie­gu). Oby dal­sza część roku była co naj­mniej taka, jak pierw­szy dzień…

To by było na tyle nowo­rocz­nych prze­my­śleń, więc koń­czę i życzę Wam wszyst­kim wszyst­kie­go naj­lep­sze­go w Nowym Roku!

Biegania ciąg dalszy

Jak w tytu­le. Zafun­do­wa­łem sobie „adven­tu­re run”. Zapa­ko­wa­łem ple­cak i ruszy­łem na pod­bój opi­sy­wa­nej wcze­śniej ścież­ki. Tym razem nie zapo­mnia­łem apa­ra­tu, co widać w gale­rii.

Tra­sa mimo powtór­ki nie była nud­na, tym razem docią­gną­łem do dwóch godzin i wyeks­plo­ro­wa­łem cał­kiem nie­zły kawa­łek kamie­ni­sty plaż (cza­sem aż nad­to kamie­ni­stych, bar­dziej był to już „coaste­ring” niż bieg). Zapo­mnia­łem też dodać, że cały dzień NIE PADAŁO, żeby to nad­ro­bić wpa­ko­wa­łem się po dro­dze w jakiś paskud­ny szlam… Było dobrze 😉