Brakowało mi przez dłuższy czas tematu do pisania (czyli dobrym blogerem raczej nie jestem bo takowy potrafi pisać o wszystkim), trzeba było się gdzieś wybrać, żeby coś się pojawiło.
Poprzedni tydzień upłynął pod znakiem wody, kamieni, piwa i wina i paru innych dość przyjemnych rzeczy, krótko mówiąc wybrałem się z grupą znajomych na dość zasłużony „wypoczynek” do alpejskiej części Prowansji.
Chciałem przeżyć przygodą i zafundować sobie energetycznego kopa na kolejne miesiące pracy, cel został zrealizowany w 100%. Nawet nie chodzi o to, że pojechaliśmy tam robić jakieś strasznie trudne rzeczy, ale o to, że w temacie górskiego kajakarstwa i raftingu byłem najbardziej „zielony” w całym towarzystwie i każdy najmniejszy ciurek z odrobiną wody dostarczał adrenaliny jak Zambezi.
Łącznie udało się przepływać przez 7 dni 6 odcinków rzek, z czego jeden kilka razy. Trudności wahały się od WW 2 do WW 4, przy czym WW 4 często robiło ze mną co chciało…
Na szczęście jeszcze nie jest bardzo źle, w miarę upływu czasu coraz częściej płynąłem tam gdzie chciałem i w odpowiedniej pozycji (tzn. dnem do dołu). Trafiliśmy ogólnie na super pogodę, sporo słońca i wody w sam raz (gdzie niegdzie nawet bardziej niż w sam raz).
O rozrywki towarzyskie zadbali Czesi, którzy przyjechali w to samo miejsce na raft. Niech wystarczy tylko to, że przyjechali pod namiot z własnym nalewakiem do piwa i kilkoma beczkami w zapasie (nie wspominam nawet o nieprzebranych zapasach nalewek i innego bimbropodobnego paskudztwa), sąsiedzi zza granicy wiedzą jak się przygotować na spływ… ;)
Fotek tym razem nie wrzucam na bloga, bo są już od jakiegoś czasu na mojej Picasie – zapraszam do obejrzenia. Co prawda nie ma tam najciekawszych fotek robionych lustrzanką kolegi (te jak tylko dostaną to wrzucę tutaj) ale parę nie jest złych.
Wielkie podziekowania dla całej ekipy, cieszę sie że mogłem tam z wami dotrzeć.
Robiąc porządki na komputerze znalazłem parę fajnych filmów z 20-letniej historii rajdu Camel Trophy. To kawał off-road’owej legendy. Pamiętam jak dziś, jak jako dzieciak na poznańskich targach oglądałem charakterystyczną, żółtą „dyskotekę” i marzyłem żeby mieć już 18 lat i móc się zgłosić na eliminacje. Niestety, zanim osiągnąłem przepisowy wiek, Polska przestała brać udział w eliminacjach, a nie tak długo potem rajd przestał się odbywać. Po marzeniu pozostał na półce mały model Defendera w barwach camela, teczka naklejek „Camel Trophy Team Poland”, a przed domem nieco większe „disco” ale już w innych barwach. To po prostu dla mnie zawsze było COŚ.
Historia Camel Trophy zaczęła się w 1980 roku od jeepowej wyprawy przez Amazonię 3 niemieckich załóg
to był jedyny rajd kiedy jechały samochody tej marki, następnie przez prawie 20 lat Camel już jednoznacznie był kojarzony tylko z Land Roverami.
W 2000 r. miałem okazję poznać polską załogę z edycji Borneo-Kalimantan (1996): Michała Kiełbasińskiego i Jarka Kazberuka, słuchając ich opowieści, cały czas miałem jeszcze nadzieję, że kiedyś uda mi się wziąć udział w tej legendarnej przygodzie…
W 1998 roku rajd z czysto off-road’owego wydarzenia, zamienił się bardziej w event typu „adventure racing”. Klasyczne Discovery zamieniono na „marketingowe” Freelandery, a dla uczestników dodano nowe konkurencje (canoe, rowery). Co prawda konkurencje były już wcześniej, ale nie w takich proporcjach.
Rok 1999 to już kompletna zmiana, zmieniony format okazał się nieatrakcyjny dla Land Rovera, co spowodowało wycofanie się marki. Rajd odbył się na Hondach CRV (no jak tak można? obraza legendy…). Nikt chyba nie chce się tym chwalić, bo jakoś mało filmów z tego roku.
W 2000 roku, ostatnim roku rajdu, ostatecznie zrezygnowano z samochodów (!) – rajd odbył się na potężnych RIB-ach (rodzaj łodzi motorowej) pomiędzy wyspami wokół Tonga i Samoa. Medialnie wyglądało to super, przygoda też niezła, ale to już na pewno nie było to…
Tak samo musieli stwierdzić organizatorzy, na tym roku ostatecznie zakończono 20-letnią historię Camel Trophy.
Wszystkie rajdy w kolejności (za Wikipedią):
1980: Amazonia
1981: Sumatra
1982: Papua-Nowa Gwinea
1983: Zair
1984: Brazylia
1985: Borneo
1986: Australia
1987: Madagaskar
1988: Sulawesi
1989: Amazonia
1990: Syberia
1991: Tanzania i Burundi
1992: Gujana
1993: Sabah i Malezja
1994: Argentyna, Paragwaj, Chile
1995: Mundo Maya
1996: Borneo-Kalimantan
1997: Mongolia
1998: Tierra del Fuego
1999: Peru
2000: Tonga Samoa
Land Rover próbował jeszcze kontynuować legendę pod postacią G4 Challenge, ale to już zupełnie inna historia (zakończona zresztą przez wszechobecny kryzys w tym roku)…
Tym razem temat wpisu nadszedł w postaci mailingu. Z potopu reklam i technicznych nowości wybił się jeden szczególnie ciekawy newsletter o udziale pierwszego Polaka w trudnym wyścigu psich zaprzęgów Finnmarkslopet. Zawody rozgrywają się na dalekiej północy, dalej niż najbardziej znane Iditarod i Yukon Quest (w trakcie pobytu w Yukon Territory prawie udało mi się zobaczyć to wydarzenie).
Polskim reprezentantem jest Dariusz Morsztyn, miłośnik psich zaprzęgów, polski indianin i ogólnie ciekawa osobowość (więcej informacji na stronie biegnacy-wilk.pl).
Zawody rozgrywane są w tundrze lapońskiej krainy Finnmark. Psy i zawodnicy ścigają się na dwóch dystansach – 500 i 1000km. Większość trasy pokonuję się w nocy, więc o zgubienie drogi wcale nie jest trudno (GPS jest niedozwolony). Zawodnik i psy muszą być samowystarczalni, w razie zgubienia akcja poszukiwawcza rusza dopiero kolejnego dnia.
Koszty nie sa małe, to co najmniej kilkadziesiąt tysięcy, a rywalizacja z miejscowymi na pewno nie jest trudna (najniższa zanotowana temperatura podczas wyścigu to ‑42°C). Z newslettera wynika, że polska ekipa jest właśnie w trakcie zbierania sponsorów i ewentualnych patronów medialnych, może ktoś z moich czytelników byłby zainteresowany?
zdjęcie i mapka pochodzą ze strony organizatora wyścigu
Co prawda nie ścigam się w tych regatach (a szkoda bo wichura zapewnia naprawdę sporo adrenaliny…), ale udało mi się wślizgnąć na RIB zaprzyjaĹşnionej załogi i popstrykać trochę fotek „Better Than…” i reszty floty. BT to biała łódka z czarnym grotem, niebieska łódka przewijająca się często na zdjęciach to „Goombay Smash”, łódka właściciela motorówki na której płynąłem.
Zdjęcia bez rewelacji (kompaktowa kamera plus deszczowa pogoda to nie najlepsze zestawienie), ale do internetu w sam raz.
Moje rajdowanie osłabło nieco w tym roku (SnowDog Studio ma swoje wymagania…), ale nadchodzi już powoli czas na kolejne wojaże, chociaż w nieco innym klimacie. Już niedługo ruszam po raz kolejny dołączyć do teamu Better Than…, tym razem w Europie.
Wieszczyk wyciągnął mnie wczoraj na podpoznańskie Bednary żeby podziwiać jego wyczyny na paralotni. Rzeczywiście fajna sprawa, może kiedyś dołożę to do mojej listy weekendowych przyjemności (latanie, nie oglądanie jak latają znajomi :) ). Na razie pozostaje robienie zdjęć. Zapraszam do galerii.
Rajd w Tatrach na półmetku (SPEED’y nawet już trochę dalej, niektórzy na mecie) a tymczasem naszły mnie przemyślenia na temat obecności mojej ukochanej dyscypliny sportu w mediach.
Jak wszyscy dobrze wiedzą, obecność ta zazwyczaj jakieś nieśmiałe wzmianki w lokalnych gazetkach. No tak to już jest, że sport to jakoś mało popularny w naszym rekreacyjnie nastawionym kraju.
Ok północy na metę zawodów Bergson winter Challenge 2007 dotarł zespół Speleo, wygrywając tym samym tegoroczną edycję. Wielkie gratulacje! Zdjęcia, relacje itp. na stronie portalu napieraj.
Już jutro w Karkonoszach startuje jedna z największych zimowych imprez adventure na świecie – Bergson Winter Challenge. Tym razem z naprawdę niesamowitą obsadą na trasie Masters. W tym roku zrezygnowałem ze startu, mam za dużo pracy i za mało pieniędzy, ale trudno, przygotuję się na wiosenne ściganie… A na razie kto żyw, trzymać kciuki za Speleo!!
Tych, którzy nie wiedzą za bardzo o co w tej dyscyplinie chodzi, zapraszam na stronę naszego teamu – Speleo Salomon Adventure Team, tam dowiecie się wszystkiego.
Siedem dni wyjątkowej przygody w niesamowitym miejscu. Wszystko zaczęło się prawie dwa lata temu, na europejskich eliminacjach. Wtedy na finał 2006 pojechali: moja Ania i Maciek Olesiński (relacja Maćka na Napieraj), w 2007 przyszedł czas na mnie i Gosię Sowińską. Taki był początek, a jak się skończyło…?
Warszawa, 27.01 – wyjazd
Na lotnisku byliśmy o 4.30 (Tomek, dzięki za hotel), jak się okazuje niepotrzebnie. Nasza podróż rozpoczęła się awarią całego systemu komputerowego na Okęciu, co miało, jak się wkrótce okazało, niemałe znaczenie dla dalszej drogi. W każdym razie zabawa była niezła, ogromny tło, brak informacji co, gdzie i kiedy. Mimo starań obsługi lotniska, udało się jednak wystartować. Co do konsekwencji awarii, były takie, że nasz bagaż został nadany nie do końca tam gdzie miał… Zamiast do Whitehorse przez Vancouver, poleciały do Vancouver przez Whitehorse, zresztą lotem powrotnym (!).
Whitehorse, 27/28.01 – dinozaury, mamuty, Toyota i opony Fulda
Vancouver powitało nas wiosenną pogodą i szalonym biegiem na drugi samolot. Lotnisko okazało sie nadspodziewanie duże, jednak dzięki dzielnej kanadyjskiej przewodniczce cała fuldowa grupa dotarła na kolejny samolot.
Whitehorse. Stolica stanu Yukon Territory. Pierwsze kroki skierowaliśmy do hotelu Hight Country Inn, typowego amerykańsko-kanadyjskiego hoteliku. Tego samego dnia po kolacji poczuliśmy po raz pierwszy klimat imprezy – odebraliśmy przydzielony sprzęt. Zestaw podobny jak w zeszłym roku (najlepsze są mega wielkie buciory, których nie sposób założyć w temperaturach wyższych niż ‑20), trochę zubożony o parę gadżetów.
Drugi dzień to od razu skok na głęboką wodę, od rana jazdy próbne wszystkimi fuldowymi zabawkami (RAV4, ski-doo, poduszkowce, Rhino) i pierwsza konkurencja. Muszę przyznać, że to przedpołudnie było chyba najbardziej pożyteczne dla osób nie obytych w jeździe samochodami z ABS-em na lodzie (moim chwilowym szczytem finansowym jest Fiat UNO, ABS‑u w standardzie brak…), ten krótki trening to była naprawdę fajna rzecz, szczególnie że nauczycielem był nie byle kto – Isolde Holderied, profesjonalny kierowca rajdowy.
Pierwsza konkretna odprawa techniczna odbyła się w miejscowym muzeum historii naturalnej (w towarzystwie nieco wychudzonych dinozaurów), rozpoczęła się pogadanką na temat bezpieczeństwa na drogach (poczułem się jak na zajęciach na kartę rowerową) i zakończyła rozdaniem samochodów dla zawodników. Nasz nowy nabytek miał numer 6 i wyglądał całkiem atrakcyjnie… Toyota RAV4, 4‑biegowa automatyczna skrzynia biegów i dwulitrowy silnik benzynowy.
Na popołudnie zaplanowana została pierwsza konkurencja, przejazd (prześlizg?) Toyotami Camry. Dwa kilometry wyślizganego śniegu, jeden przejazd. Nie czułem się pewnie przed tą konkurencją (chyba podobnie jak Gosia), mechaniczne zabawki w moim życiu nie występowały jakoś bardzo często. Wiadomo, że nieszczęścia chodzą parami (moje na tych zawodach chyba biegały grupami…) na dodatek wylosowałem pierwszy numer startowy. Jaki był wynik, nie będę się rozpisywał, bo nie ma się czym chwalić.
Ostatnią konkurencją tego dnia był tzw. camp building w SIR Ranch, naszym domu na najbliższe kilka dni. Tu już nam poszło całkiem sprawnie, przez chwilę mieliśmy nawet nadzieję na zwycięstwo, ale szybko nam przeszło po tym jak musieliśmy złożyć prawie gotowy namiot i zacząć od nowa (w środku zamontowaliśmy pałąk złej długości). Mimo tej wpadki skończyliśmy jako 4 team.
Atlin, 29.01 – bieg i coś dziwnego
Bieg, w tym przypadku nie było wielkich nerwów, wiedzieliśmy na co nas stać. Pogoda nie była zła, ok ‑10, bez wiatru. Tak jak oczekiwaliśmy, poszło nieĹşle (oboje na 4 miejscu), chociaż nie obyło się bez dziwnego zdarzenia – Gosia wpadła na metę razem z Austriaczką, ale to tej drugiej przyznano 3 miejsce… No cóż, nie nam sądzić dlaczego…
Na popołudniową konkurencję w Miles Canyon czekałem z wielką nadzieją, nigdzie nie czuję się tak dobry jak w konkurencjach linowych. Zadanie polegało na przejściu ok. 30m po linie, dowolną techniką z luĹşną asekuracją. Preferowanym sposobem był ten Pałkiewicza czyli leżąc i balansując na linie. Jednak znaleźli się kozacy, którzy pokonali te 30m wisząc na rękach pod liną (szczególne brawa dla pary strażaków z Holandii – ich technika była niesamowita). Niestety, tu życie pokazało jak bardzo można się w stosunku do siebie mylić. Nie mogę powiedzie, że poszło mi tu Ĺşle, nie, po prostu sp…m to zadanie konkursowo. Nie mam pojęcia dlaczego i niech nikt mnie o to nie pyta… W każdym razie wydarzenie było niesamowicie medialne (noc, światła reflektorów, kanion i zamarznięta rzeka…) i chociaż fotki pozostały ciekawe.
Whitehorse, 30.01 – leniwe psie zaprzęgi
Jako pierwsza konkurencja tego dnia, odbył się wyścig psich zaprzęgów. Miejsce inne niż w zeszłym roku, prowadzone przez firmę Uncommon Journeys, weteranów wyścigów Yukon Quest. Niestety psy też były weteranami tego wyścigu i co za tym idzie w większości nie były zbyt rącze. Naszym psem prowadzącym była przemiła suczka o imieniu Huragan, starając się jak tylko może nie identyfikować się z własnym imieniem. Dzięki jej wydatnej pomocy na metę wbiegałem wyprzedzając własny zaprzęg i wypluwając płuca… Mimo tego, konkurencja, dzięki swojej wyjątkowości i naprawdę niesamowitym krajobrazom (przejazd środkiem zamarzniętego jeziora) pozostawiła naprawdę fajne wrażenie.
Po południu nadszedł czas na mechaniczne rumaki – należało przejechać kilkukilometrową trasę wąską górską drogę naszymi toyotami. Szczerze mówiąc, kupa zabawy – w końcu kto w innych okolicznościach dałby nam swój samochód i kazał gnać na złamanie karku? Na pewno nie zapomnę tych zakrętów w poślizgu nad krawędzią drogi (nie takim do końca poślizgu, systemy samochodu skutecznie utrudniały moje co głupsze pomysły ;)).
Carcross Desert, 31.01 – SledPorn i rowery
Ĺrodowe poranek to, jak mówili organizatorzy, czas na najbardziej widowiskową i emocjonującą konkurencję – wyścig na skuterach śnieżnych. Całą imprezę obstawiała ekipa miejscowych fanatyków âfreestyle ski-dooâ czyli SledPorn. Na starcie stawaliśmy po cztery skutery, trzy okrążenia ustalały końcową kolejność. W tym przypadku, organizatorzy mieli całkowitą rację, ta konkurencja była największą przygodą tego wyjazdu. 80-konne maszyny rwały jak wicher i nie do końca słuchały… Wystartowałem świetnie, przez dłuższy czas trzymałem się na drugiej pozycji aż do momentu kiedy na jednej hopce znalazłem się w powietrzu i ze szczęścia nie zmieściłem się w kolejny zakręt… Musiałem zapłacić za to sporą cenę – wyprzedził mnie Sasha, chłopak, który nie był za szybki na skuterze, ale za to świetnie blokował moje próby wyprzedzania. Dzięki temu spadłem na moją sprawdzoną, siódmą :(, pozycję. Szkoda mi tej straty, ale przynajmniej zabawa była rewelacyjna.
Popołudnie, to kolejne fizyczne zadanie. Wyścig rowerowy miał w tym roku ok 40km, po dość szybkiej trasie. Zgodnie z rajdowym doświadczeniem wystartowałem ostro i trzymałem się czołówki żeby nie stracić tempa. Wszystko szło pięknie (zmiany na prowadzeniu, równe, szybkie tempo) do czasu kiedy poczułem, że po którychś z kolei garbach na drodze, kierownica zaczyna mi się obracać w rękach. Na początku nie przejąłem się tym za bardzo, ale kiedy zaczęła jeĹşdzić też w płaszczyĹşnie poziomej zrobiło się gorąco. Od tego momentu jechałem już trzymając jedną ręką środek kierownicy w kupie z resztą roweru i klnąc na czym świat stoi. Jak się można domyśleć, zajęty kierownicą, mogłem tylko patrzeć jak âczubâ oddala się i niknie na horyzoncie. Kolejne 40min upłynęło mi w radosnej atmosferze – na zmianę kląłem na głos i zastanawiałem się jakie męki wymyślić dla Fuldowego serwisanta.
Ratunek przyszedł z nieoczekiwanej strony, nie pomógł mi nikt z organizatorów spotkanych po drodze. Dopiero chłopak Jay (zawodniczka kanadyjska), robiący zdjęcia na trasie, przejął się moim losem i załatwił klucze. Ciekawy jest fakt, że organizatorzy takowych nie posiadali nawet na starcie (palcami skręcali te rowery czy co?) i przywiózł mi swoje prywatne. dostałem je tuż przed połową trasy, ale i tak uratowało mi to sporo walka z rozpadającym się rowerem. W ten sposób nie miałem już szans na dopadnięcie czołówki, ale też nie dałem się wyprzedzić następnym. Jedynym pocieszeniem po tej rowerowej wycieczce była wiadomość o sukcesie Gosi – zdeklasowała rywalki i przyjechała na pierwszym miejscu!
Heines Junction i Destruction Bay, 01.02 – na skrzydłach wiatru albo i nie
Przedostatni dzień zawodów zajęły konkurencje czysto mechaniczne. Rano samochodziki Rhino (połączenie quada z wózkiem golfowym :)), póĹşniej poduszkowce. Obie konkurencje były ok, ale nie było w tym ic szczególnego. O ile jeszcze jazda Rhino to niezły âfunâ (dla niektórych nawet bardzo – ekipa holenderska bawiła się tak dobrze że wywracając samochód postarali się o paskudną kontuzję) , to już poduszkowce były ciekawe tylko przez sam fakt prowadzenia niecodziennego pojazdu. Nie były zbyt szybkie za to cholernie trudne w manewrowaniu, każdy powiew wiatru zmieniał jazdę na wprost w halsowanie. Tak więc główna zabawa polegała na obserwowaniu walki innych.
Park Narodowy Kluane, 02.02 – mój jedyny triumf
Ostatni dzień to już tylko jedna konkurencja âGreat Mountain Runâ. dla mnie była szczególnie ważna. Przez większość konkurencji starałem się jak tylko mogłem nie zająć dobrego miejsca i to była ostatnia szansa żeby to zmienić. Miałem dziwne przeczucie, że tutaj wreszcie los przestanie się na mnie wściekać i pozwoli mi mieć swoją chwilę triumfu. Chociaż raz przeczucie mnie nie zmyliło.
Od startu przyjąłem jedną taktykę – prę do przodu na pełnych obrotach, odpoczywać będę póĹşniej. Na początku biegu wszyscy szli/biegli w miarę równo, stawka zaczęła się rozciągać na pierwszych stromych odcinkach. Tam już zostałem w czołówce z super biegaczem Sashą (wygrał pierwszy wyścig z ogromną przewagą) i liderem klasyfikacji, Simonem. widać był, że Sasha chciałby bardzo to wygrać, próbował prowadzić sporą część trasy. Spasował na najstromszym odcinku i od tego czasu zacząłem widzieć realne szanse na pierwsze miejsce (pamiętając wyczyn Sashy na biegu nie liczyłem na to wcześniej). Sytuacja zrobiła się naprawdę klarowna dopiero na zbiegu – mój szaleńczy âdownhillâ (autorska kombinacja biegu, skoków i spadania) dał mi spora przewagę, której nie dałem sobie odebrać aż do mety. Także Gosia poszła ostro i dotarła wysokim miejscu co dało nam drużynowe zwycięstwo w tym dniu (!). Zawsze lepszy jeden dzień niż nic…
Wrażenia
Piękne miejsce, wspaniała przygoda. Jeśli ktoś mnie spyta jaki był ten wyjazd i czy warto się zgłaszać, odpowiem krótko – warto. Trzeba tylko zdawać sobie sprawę, że jadąc na Fulda Challenge bierzemy tak naprawdę udział w wielkim âreality showâ, gdzie nie wszystko jest takie ârealâ. Pojawiły się oczywiście pewne dziwne akcenty związane z faworyzowaniem teamów niemieckich (podobnie jak w zeszłym roku), ale biorąc pod uwagę, że zawody są akcją marketingową niemieckiego koncernu, to trudno się dziwić i nie ma co narzekać. Poza tym, jak widać na przykładzie tegorocznych zwycięzców, jeśli jest się odpowiednio dobrym, nawet specjalne traktowanie innych im nie pomoże.
Prawie wszystko przygotowanie jest z typową niemiecką dokładnością (no może poza przygotowaniem rowerów ;)), staranności mogliby się od nich uczyć niejedni. Kiedy dodamy do tego wszystkiego sporo gadżetów, które otrzymują zawodnicy oraz dodatkowe atrakcje (gorące źródła, sesje curlingu, świetne jedzenie) to wychodzi z tego wszystkiego wyjazd, o który warto się starać.
Nasze osiągnięcia na Fulda Challenge 2007 nie dość, że nie były imponujące, to nawet nie były mierne. W mojej prywatnej opinii, schrzaniliśmy jakimś dziwnym sposobem większość konkurencji z bliżej niezrozumiałych przyczyn. Ja to sobie tłumacze pechem, bo mi tak z tym wygodniej :). Szkoda tego, ale nie ma się co załamywać i tymczasem trzeba znaleĹşć sobie jakieś zawody do wygrania dla podbudowania nastroju. Mam nadzieję, że przyszłorocznej ekipie pójdzie lepiej niż nam (co nie będzie zbyt trudne patrząc na nasz wynik), czas żeby Polacy też coś tam wygrali.
Zdjęcia ozdabiające tekst są autorstwa organizatorów, fotki mojego autorstwa są do przejrzenia w galerii. Przy okazji ogromne dzięki dla firmy Fotoma za zasponsorowanie mnie dodatkowymi kartami pamięci, bez tego byłoby ciężko pomieścić te zdjęcia.