Nie wykazałem się zbytnio rajdową aktywnością w tym roku, całe lato byłem zajęty z „Better Than…”, a pozostały czas spędzałem przed komputerem. Nie znaczy to, oczywiście, że nic nie robiłem – udało mi się przytrenować w całkiem ciekawych miejscach Europy…
Ale do rzeczy. W ostatnią sobotę wystartowaliśmy w trzeciej edycji rajdów „NonStop Adventure”, tym razem pod proroczą nazwą „Wyzwanie” (ok 100km w okolicy Katowic). Cała seria dość poważnie zmienia moje zdanie o harcerskich imprezach – zaczynam wierzyć, że to może być naprawdę niezła zabawa (głównie dlatego że potrafią się powstrzymać od typowo harcerskich zadań i skupić na rywalizacji).
Start zaplanowany był o dość nietypowej jak na rajdy porze, dokładnie o północy. Zaczęło się nieźle, jeszcze kilka sekund przed startem Hercik zbierał rozsypane baterie z czołówki… Ale pozbierał je na czas i ruszyliśmy dzielnie równo z całą resztą. Przy okazji warto nadmienić, że zawody zgromadziły największą dotychczas frekwencję mieszanych, czwórkowych zespołów, nawet legendy typu TNFAT czy dawny „Salomon Trophy” nie miały takiego powodzenia…
Pierwszym etapem było 6km rowerowej jazdy na orientację, po której zaraz następował 26-kilometrowy typowy odcinek rowerowy. O ile pierwszy scorelauf zapewnił atrakcje typu „Dzikie Przedzieranie Przez Krzaczory z Rowerem Na Plecach” to już dalszy ciąg można określić tylko jako „O K… Jak Zimno…”. Naprawdę było. Szczerze mówiąc nie zmarzłem tak nawet podczas żadnego z „Winter Challenge”. Deszcz ze śniegiem zmówiły się okrutnie – śnieg zapewniał 0% widoczności, deszcz natomiast 100% wilgotności.
Kiedy rozpłynęła się od deszczu mapa, naprawdę sądziłem, że może to być niezły pretekst żeby skończyć tę nierówną walkę i iść uczciwie na piwo… ale drugi egzemplarz uratował sytuację i zamiast skończyć pod jakimś stołem naparliśmy dalej. Zadanie specjalne, którego najbardziej się obawiałem (przeprawa w bród przez rzeką), okazało się w tych warunkach przyjemnością – przy temp. powietrza 0.5°, temperatura wody w granicach 4° była odczuwalna jak jacuzzi…
Zejście z roweru i start biegu to była dla mnie jedna z najcudowniejszych rajdowych chwil, wreszcie zrobiło się cieplej i wróciło mi czucie w rękach… I wreszcie też pojawiła się szansa żeby urwać trochę „ogon” i spróbować uciec reszcie. Jednak dopiero na drugim etapie rowerowym udało się to w pełni wykorzystać i zdobywać przewagę, którą utrzymaliśmy już do końca zawodów.Trochę nerwów pojawiło się dopiero na etapie wodnym, kiedy nagle okazało się że kolejny zespól jest tylko kilkanaście minut za nami… Swoją drogą bardzo fajne okazało się wprowadzenie nieco egzotycznego w Polsce canoe, to niezła odmiana po wszechobecnych kajakach.
Ogólnie świetne zawody z prostymi, ale ciekawymi zadaniami specjalnymi. Może mapa nie powinna się rozpływać i załoga zadań alpinistycznych mogłaby być trochę bardziej kompetentna i przygotowana (zawalony cementem i farbą 1000-letni szpej oraz barierka kołysząca się wesoło nad uczestnikami zjazdu to nie jest dla mnie oznaka profesjonalizmu), może punkt przy bunkrze mógłby być tam gdzie powinien, ale może to tylko takie narzekanie… Tylko żeby mi to mrowienie z palców przeszło (odmrożenia w październiku??), bo kiepsko się z tym pisze na klawiaturze…
Fajny rajd. Jeśli będzie w przyszłym roku to na pewno warto go wpisać do kalendarza.
Całkiem niedawno trafiłem na jedną z wielu podobnych idei jednoczenia blogerów w jakimś konkretnym momencie. Temat mi dość bliski, więc od samego początku starałem się wspierać pomysł (banerek na prawym pasku bocznym). Zaplanowana data wspólnego pisania to właśnie 15 października, czyli jakby na to nie patrzeć, dzisiaj.
Pierwszą myślą było przetłumaczenie któregoś z artykułów pisanych na potrzeby akcji Global Warming Awareness 2007, ale po dłuższym namyśle stwierdziłem, że takie powtarzanie treści nikomu nie będzie służyć. Tym bardziej, że wokół dzieje się wystarczająco wiele nowych rzeczy…
Jak na zamówienie, w dzisiejszej „Wyborczej”, mamy artykuł o dwóch poznaniakach, którzy od piątku są dumnymi posiadaczami Pokojowej Nagrody Nobla (jako członkowie nagrodzonego Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC)). To właśnie IPCC opublikował serię raportów, dzięki którym nie możemy już zrzucać winy za globalne zmiany klimatyczne na środowisko – niestety mamy już aż 90% pewności że to nasza wina…
Swoją drogą, ciekawe czy te raporty są w stanie poważnie zmienić nasz (ludzi) stosunek do zmian klimatu? I czy już rozpoczętą „machinę” zmian da się zatrzymać przez jakiekolwiek działania? Pewnie wczytanie się w prace Panelu dałoby mi odpowiedź na te pytania, ale niestety już nie jestem geografem i czasu na to nie mam za wiele. ale tak naprawdę to nie o tym miałem pisać.
Jest jeden „środowiskowy” temat, który mnie bardzo nurtuje. Chodzi mianowicie o wpływ zawodów Adventure Racing na środowisko. Teoretycznie, to bardzo „ekologiczny” sport, ale czy tak jest naprawdę?
Zawody rozgrywane są często w wyjątkowych, nierzadko chronionych obszarach. Jesteśmy wpuszczani tam jako propagatorzy ekologicznego stylu życia, co w rajdowej rzeczywistości nie do końca jest prawdą. To zazwyczaj banalne drobiazgi, ale zawsze. Bo jak wielu z nas pędząc do mety zastanawia się, że robiąc ten strasznie korzystny skrót, przedzieramy się przez jakiś wrażliwy ekosystem, który po tym spacerze będzie dochodził do siebie klika lat? Proste pytanie – czy mając przed sobą np. uprawę leśną, będziemy ją obchodzić, czy raczej raźno przedreptamy środkiem?
Nie chodzi mi tutaj o to, żeby ukazywać jakąś strasznie negatywną stronę czy skalę tego zjawiska (podejrzewam, że jeden fan motorowego off-roadu może więcej zdziałać w tym temacie niż uczestnicy kilku zawodów razem wzięci), ale po to żeby pokazać, że problem istnieje i czasem warto o tym pomyśleć…
O ile o tereny przez które przebiega trasa zawodów muszą zadbać organizatorzy, to już o trzymanie opakowań po jedzeniu przy sobie, nie zadba nikt poza nami. A wszyscy znamy z trasy charakterystyczny widok papierków po batonach i żelach… Świat AR bez przerwy ewoluuje w stronę coraz bardziej profesjonalnego sportu, a razem z tą ewolucją zanika idea przygody i ekologii, więc czy z „eco challenge” zostanie nam wkrótce sam „challenge”?
Rajd w Tatrach na półmetku (SPEED’y nawet już trochę dalej, niektórzy na mecie) a tymczasem naszły mnie przemyślenia na temat obecności mojej ukochanej dyscypliny sportu w mediach.
Jak wszyscy dobrze wiedzą, obecność ta zazwyczaj jakieś nieśmiałe wzmianki w lokalnych gazetkach. No tak to już jest, że sport to jakoś mało popularny w naszym rekreacyjnie nastawionym kraju.
Jakoś nie bardzo mogłem sie zebrać ostatnio do startowania. Jednak w końcu się udało i wziąłem udział w Wertepach, jednej z edycji cyklu Nonstop Adventure. Rajd po części organizowany przez harcerzy, a po części przez czołowych orientalistów z poznańskiego klubu Grunwald udał się nadspodziewanie dobrze.
Ok północy na metę zawodów Bergson winter Challenge 2007 dotarł zespół Speleo, wygrywając tym samym tegoroczną edycję. Wielkie gratulacje! Zdjęcia, relacje itp. na stronie portalu napieraj.
Już jutro w Karkonoszach startuje jedna z największych zimowych imprez adventure na świecie – Bergson Winter Challenge. Tym razem z naprawdę niesamowitą obsadą na trasie Masters. W tym roku zrezygnowałem ze startu, mam za dużo pracy i za mało pieniędzy, ale trudno, przygotuję się na wiosenne ściganie… A na razie kto żyw, trzymać kciuki za Speleo!!
Tych, którzy nie wiedzą za bardzo o co w tej dyscyplinie chodzi, zapraszam na stronę naszego teamu – Speleo Salomon Adventure Team, tam dowiecie się wszystkiego.
Siedem dni wyjątkowej przygody w niesamowitym miejscu. Wszystko zaczęło się prawie dwa lata temu, na europejskich eliminacjach. Wtedy na finał 2006 pojechali: moja Ania i Maciek Olesiński (relacja Maćka na Napieraj), w 2007 przyszedł czas na mnie i Gosię Sowińską. Taki był początek, a jak się skończyło…?
Warszawa, 27.01 – wyjazd
Na lotnisku byliśmy o 4.30 (Tomek, dzięki za hotel), jak się okazuje niepotrzebnie. Nasza podróż rozpoczęła się awarią całego systemu komputerowego na Okęciu, co miało, jak się wkrótce okazało, niemałe znaczenie dla dalszej drogi. W każdym razie zabawa była niezła, ogromny tło, brak informacji co, gdzie i kiedy. Mimo starań obsługi lotniska, udało się jednak wystartować. Co do konsekwencji awarii, były takie, że nasz bagaż został nadany nie do końca tam gdzie miał… Zamiast do Whitehorse przez Vancouver, poleciały do Vancouver przez Whitehorse, zresztą lotem powrotnym (!).
Whitehorse, 27/28.01 – dinozaury, mamuty, Toyota i opony Fulda
Vancouver powitało nas wiosenną pogodą i szalonym biegiem na drugi samolot. Lotnisko okazało sie nadspodziewanie duże, jednak dzięki dzielnej kanadyjskiej przewodniczce cała fuldowa grupa dotarła na kolejny samolot.
Whitehorse. Stolica stanu Yukon Territory. Pierwsze kroki skierowaliśmy do hotelu Hight Country Inn, typowego amerykańsko-kanadyjskiego hoteliku. Tego samego dnia po kolacji poczuliśmy po raz pierwszy klimat imprezy – odebraliśmy przydzielony sprzęt. Zestaw podobny jak w zeszłym roku (najlepsze są mega wielkie buciory, których nie sposób założyć w temperaturach wyższych niż ‑20), trochę zubożony o parę gadżetów.
Drugi dzień to od razu skok na głęboką wodę, od rana jazdy próbne wszystkimi fuldowymi zabawkami (RAV4, ski-doo, poduszkowce, Rhino) i pierwsza konkurencja. Muszę przyznać, że to przedpołudnie było chyba najbardziej pożyteczne dla osób nie obytych w jeździe samochodami z ABS-em na lodzie (moim chwilowym szczytem finansowym jest Fiat UNO, ABS‑u w standardzie brak…), ten krótki trening to była naprawdę fajna rzecz, szczególnie że nauczycielem był nie byle kto – Isolde Holderied, profesjonalny kierowca rajdowy.
Pierwsza konkretna odprawa techniczna odbyła się w miejscowym muzeum historii naturalnej (w towarzystwie nieco wychudzonych dinozaurów), rozpoczęła się pogadanką na temat bezpieczeństwa na drogach (poczułem się jak na zajęciach na kartę rowerową) i zakończyła rozdaniem samochodów dla zawodników. Nasz nowy nabytek miał numer 6 i wyglądał całkiem atrakcyjnie… Toyota RAV4, 4‑biegowa automatyczna skrzynia biegów i dwulitrowy silnik benzynowy.
Na popołudnie zaplanowana została pierwsza konkurencja, przejazd (prześlizg?) Toyotami Camry. Dwa kilometry wyślizganego śniegu, jeden przejazd. Nie czułem się pewnie przed tą konkurencją (chyba podobnie jak Gosia), mechaniczne zabawki w moim życiu nie występowały jakoś bardzo często. Wiadomo, że nieszczęścia chodzą parami (moje na tych zawodach chyba biegały grupami…) na dodatek wylosowałem pierwszy numer startowy. Jaki był wynik, nie będę się rozpisywał, bo nie ma się czym chwalić.
Ostatnią konkurencją tego dnia był tzw. camp building w SIR Ranch, naszym domu na najbliższe kilka dni. Tu już nam poszło całkiem sprawnie, przez chwilę mieliśmy nawet nadzieję na zwycięstwo, ale szybko nam przeszło po tym jak musieliśmy złożyć prawie gotowy namiot i zacząć od nowa (w środku zamontowaliśmy pałąk złej długości). Mimo tej wpadki skończyliśmy jako 4 team.
Atlin, 29.01 – bieg i coś dziwnego
Bieg, w tym przypadku nie było wielkich nerwów, wiedzieliśmy na co nas stać. Pogoda nie była zła, ok ‑10, bez wiatru. Tak jak oczekiwaliśmy, poszło nieĹşle (oboje na 4 miejscu), chociaż nie obyło się bez dziwnego zdarzenia – Gosia wpadła na metę razem z Austriaczką, ale to tej drugiej przyznano 3 miejsce… No cóż, nie nam sądzić dlaczego…
Na popołudniową konkurencję w Miles Canyon czekałem z wielką nadzieją, nigdzie nie czuję się tak dobry jak w konkurencjach linowych. Zadanie polegało na przejściu ok. 30m po linie, dowolną techniką z luĹşną asekuracją. Preferowanym sposobem był ten Pałkiewicza czyli leżąc i balansując na linie. Jednak znaleźli się kozacy, którzy pokonali te 30m wisząc na rękach pod liną (szczególne brawa dla pary strażaków z Holandii – ich technika była niesamowita). Niestety, tu życie pokazało jak bardzo można się w stosunku do siebie mylić. Nie mogę powiedzie, że poszło mi tu Ĺşle, nie, po prostu sp…m to zadanie konkursowo. Nie mam pojęcia dlaczego i niech nikt mnie o to nie pyta… W każdym razie wydarzenie było niesamowicie medialne (noc, światła reflektorów, kanion i zamarznięta rzeka…) i chociaż fotki pozostały ciekawe.
Whitehorse, 30.01 – leniwe psie zaprzęgi
Jako pierwsza konkurencja tego dnia, odbył się wyścig psich zaprzęgów. Miejsce inne niż w zeszłym roku, prowadzone przez firmę Uncommon Journeys, weteranów wyścigów Yukon Quest. Niestety psy też były weteranami tego wyścigu i co za tym idzie w większości nie były zbyt rącze. Naszym psem prowadzącym była przemiła suczka o imieniu Huragan, starając się jak tylko może nie identyfikować się z własnym imieniem. Dzięki jej wydatnej pomocy na metę wbiegałem wyprzedzając własny zaprzęg i wypluwając płuca… Mimo tego, konkurencja, dzięki swojej wyjątkowości i naprawdę niesamowitym krajobrazom (przejazd środkiem zamarzniętego jeziora) pozostawiła naprawdę fajne wrażenie.
Po południu nadszedł czas na mechaniczne rumaki – należało przejechać kilkukilometrową trasę wąską górską drogę naszymi toyotami. Szczerze mówiąc, kupa zabawy – w końcu kto w innych okolicznościach dałby nam swój samochód i kazał gnać na złamanie karku? Na pewno nie zapomnę tych zakrętów w poślizgu nad krawędzią drogi (nie takim do końca poślizgu, systemy samochodu skutecznie utrudniały moje co głupsze pomysły ;)).
Carcross Desert, 31.01 – SledPorn i rowery
Ĺrodowe poranek to, jak mówili organizatorzy, czas na najbardziej widowiskową i emocjonującą konkurencję – wyścig na skuterach śnieżnych. Całą imprezę obstawiała ekipa miejscowych fanatyków âfreestyle ski-dooâ czyli SledPorn. Na starcie stawaliśmy po cztery skutery, trzy okrążenia ustalały końcową kolejność. W tym przypadku, organizatorzy mieli całkowitą rację, ta konkurencja była największą przygodą tego wyjazdu. 80-konne maszyny rwały jak wicher i nie do końca słuchały… Wystartowałem świetnie, przez dłuższy czas trzymałem się na drugiej pozycji aż do momentu kiedy na jednej hopce znalazłem się w powietrzu i ze szczęścia nie zmieściłem się w kolejny zakręt… Musiałem zapłacić za to sporą cenę – wyprzedził mnie Sasha, chłopak, który nie był za szybki na skuterze, ale za to świetnie blokował moje próby wyprzedzania. Dzięki temu spadłem na moją sprawdzoną, siódmą :(, pozycję. Szkoda mi tej straty, ale przynajmniej zabawa była rewelacyjna.
Popołudnie, to kolejne fizyczne zadanie. Wyścig rowerowy miał w tym roku ok 40km, po dość szybkiej trasie. Zgodnie z rajdowym doświadczeniem wystartowałem ostro i trzymałem się czołówki żeby nie stracić tempa. Wszystko szło pięknie (zmiany na prowadzeniu, równe, szybkie tempo) do czasu kiedy poczułem, że po którychś z kolei garbach na drodze, kierownica zaczyna mi się obracać w rękach. Na początku nie przejąłem się tym za bardzo, ale kiedy zaczęła jeĹşdzić też w płaszczyĹşnie poziomej zrobiło się gorąco. Od tego momentu jechałem już trzymając jedną ręką środek kierownicy w kupie z resztą roweru i klnąc na czym świat stoi. Jak się można domyśleć, zajęty kierownicą, mogłem tylko patrzeć jak âczubâ oddala się i niknie na horyzoncie. Kolejne 40min upłynęło mi w radosnej atmosferze – na zmianę kląłem na głos i zastanawiałem się jakie męki wymyślić dla Fuldowego serwisanta.
Ratunek przyszedł z nieoczekiwanej strony, nie pomógł mi nikt z organizatorów spotkanych po drodze. Dopiero chłopak Jay (zawodniczka kanadyjska), robiący zdjęcia na trasie, przejął się moim losem i załatwił klucze. Ciekawy jest fakt, że organizatorzy takowych nie posiadali nawet na starcie (palcami skręcali te rowery czy co?) i przywiózł mi swoje prywatne. dostałem je tuż przed połową trasy, ale i tak uratowało mi to sporo walka z rozpadającym się rowerem. W ten sposób nie miałem już szans na dopadnięcie czołówki, ale też nie dałem się wyprzedzić następnym. Jedynym pocieszeniem po tej rowerowej wycieczce była wiadomość o sukcesie Gosi – zdeklasowała rywalki i przyjechała na pierwszym miejscu!
Heines Junction i Destruction Bay, 01.02 – na skrzydłach wiatru albo i nie
Przedostatni dzień zawodów zajęły konkurencje czysto mechaniczne. Rano samochodziki Rhino (połączenie quada z wózkiem golfowym :)), póĹşniej poduszkowce. Obie konkurencje były ok, ale nie było w tym ic szczególnego. O ile jeszcze jazda Rhino to niezły âfunâ (dla niektórych nawet bardzo – ekipa holenderska bawiła się tak dobrze że wywracając samochód postarali się o paskudną kontuzję) , to już poduszkowce były ciekawe tylko przez sam fakt prowadzenia niecodziennego pojazdu. Nie były zbyt szybkie za to cholernie trudne w manewrowaniu, każdy powiew wiatru zmieniał jazdę na wprost w halsowanie. Tak więc główna zabawa polegała na obserwowaniu walki innych.
Park Narodowy Kluane, 02.02 – mój jedyny triumf
Ostatni dzień to już tylko jedna konkurencja âGreat Mountain Runâ. dla mnie była szczególnie ważna. Przez większość konkurencji starałem się jak tylko mogłem nie zająć dobrego miejsca i to była ostatnia szansa żeby to zmienić. Miałem dziwne przeczucie, że tutaj wreszcie los przestanie się na mnie wściekać i pozwoli mi mieć swoją chwilę triumfu. Chociaż raz przeczucie mnie nie zmyliło.
Od startu przyjąłem jedną taktykę – prę do przodu na pełnych obrotach, odpoczywać będę póĹşniej. Na początku biegu wszyscy szli/biegli w miarę równo, stawka zaczęła się rozciągać na pierwszych stromych odcinkach. Tam już zostałem w czołówce z super biegaczem Sashą (wygrał pierwszy wyścig z ogromną przewagą) i liderem klasyfikacji, Simonem. widać był, że Sasha chciałby bardzo to wygrać, próbował prowadzić sporą część trasy. Spasował na najstromszym odcinku i od tego czasu zacząłem widzieć realne szanse na pierwsze miejsce (pamiętając wyczyn Sashy na biegu nie liczyłem na to wcześniej). Sytuacja zrobiła się naprawdę klarowna dopiero na zbiegu – mój szaleńczy âdownhillâ (autorska kombinacja biegu, skoków i spadania) dał mi spora przewagę, której nie dałem sobie odebrać aż do mety. Także Gosia poszła ostro i dotarła wysokim miejscu co dało nam drużynowe zwycięstwo w tym dniu (!). Zawsze lepszy jeden dzień niż nic…
Wrażenia
Piękne miejsce, wspaniała przygoda. Jeśli ktoś mnie spyta jaki był ten wyjazd i czy warto się zgłaszać, odpowiem krótko – warto. Trzeba tylko zdawać sobie sprawę, że jadąc na Fulda Challenge bierzemy tak naprawdę udział w wielkim âreality showâ, gdzie nie wszystko jest takie ârealâ. Pojawiły się oczywiście pewne dziwne akcenty związane z faworyzowaniem teamów niemieckich (podobnie jak w zeszłym roku), ale biorąc pod uwagę, że zawody są akcją marketingową niemieckiego koncernu, to trudno się dziwić i nie ma co narzekać. Poza tym, jak widać na przykładzie tegorocznych zwycięzców, jeśli jest się odpowiednio dobrym, nawet specjalne traktowanie innych im nie pomoże.
Prawie wszystko przygotowanie jest z typową niemiecką dokładnością (no może poza przygotowaniem rowerów ;)), staranności mogliby się od nich uczyć niejedni. Kiedy dodamy do tego wszystkiego sporo gadżetów, które otrzymują zawodnicy oraz dodatkowe atrakcje (gorące źródła, sesje curlingu, świetne jedzenie) to wychodzi z tego wszystkiego wyjazd, o który warto się starać.
Nasze osiągnięcia na Fulda Challenge 2007 nie dość, że nie były imponujące, to nawet nie były mierne. W mojej prywatnej opinii, schrzaniliśmy jakimś dziwnym sposobem większość konkurencji z bliżej niezrozumiałych przyczyn. Ja to sobie tłumacze pechem, bo mi tak z tym wygodniej :). Szkoda tego, ale nie ma się co załamywać i tymczasem trzeba znaleĹşć sobie jakieś zawody do wygrania dla podbudowania nastroju. Mam nadzieję, że przyszłorocznej ekipie pójdzie lepiej niż nam (co nie będzie zbyt trudne patrząc na nasz wynik), czas żeby Polacy też coś tam wygrali.
Zdjęcia ozdabiające tekst są autorstwa organizatorów, fotki mojego autorstwa są do przejrzenia w galerii. Przy okazji ogromne dzięki dla firmy Fotoma za zasponsorowanie mnie dodatkowymi kartami pamięci, bez tego byłoby ciężko pomieścić te zdjęcia.
Ostatni dzień przyniósł Polakom dużo szczęścia. Dzięki temu, że Kuba wygrał mountain run (i to ze wspaniałym czasem!) Polacy skończyli ten dzień na pierwszym miejscu. Brawo, brawo!!! Poszedł naprawdę jak burza i wyciął wszystkich:)
Jutro, czyli w niedzielę wracają do domu. Myślę, że sami opowiedzą nam jak było i napiszą więcej. Wylądują na Okęciu o 16.00. Zamierzam ich tam przywitać. Do zobaczenia.
Podczas kolejnych dwóch dni wiele się działo u „Naszych” w Kanadzie. Trzeci dzień (psie zaprzęgi i samochody terenowe) nie były najmocniejszą ich stroną.
Za to o wiele lepiej spisali się czwartego dnia, szczególnie na rowerze (40 km). Gosia była pierwsza. Brawo! Kuba natomiast piąty. Okazało się, że dostał rower bez dokręconej kierownicy. Skandal! Jechał cały czas w czołówce, ale niestety nikt z organizatorów nie przejął się tym za bardzo, no i musiał radzić sobie sam. Pewnie, gdyby to przytrafiło się Niemcowi, to od razu ktos by zareagował. Pamiętam, jak było w zeszłym roku… stronniczość i działanie na własną korzyść.
Tego samego dnia mieli także skutery śnieżne, na których nie poszło im najlepiej. Gosia była ostatnia, a Kuba przedostatni. Biedak mówił, że był drugi, ale niestety pod koniec wyścigu wypadł z toru. Co za pech!
Cały czas trzymam kciuki. Jeszcze wiele może się wydarzyć. Przed nimi trzy ostatnie konkurencje. Do boju Rodacy! Powodzenia