Listy z Atacamy: Odcinek 5

Dzień 5 to czas naj­dłuż­sze­go odcin­ka – 80 km. Oba­wia­łem się go zarów­no przez brak tre­nin­gu jak i cież­kie doświad­cze­nia z Nami­bii. Na star­cie czu­łem, że to nie mój naj­lep­szy dzień. Pew­nie przez te oba­wy i doku­cza­ją­ce ple­cy…

Począ­tek był dość trud­ny, przez sło­ne bagna (połą­cze­nie sol­nych pól z pod­mo­kłym tere­nem). Tam jesz­cze trzy­ma­łem się w mia­rę czo­łów­ki. Nie­ste­ty, z koń­cem bagien opu­ści­ła mnie też moc do bie­gu. Robi­ło się coraz bar­dziej gorą­co i każ­da pró­ba pod­bie­gu koń­czy­ła się po kil­ku kro­kach tęt­nem poza jakim­kol­wiek zakre­sem i bra­kiem odde­chu. Odpu­ści­łem tę nie­rów­ną wal­kę i prze­sze­dłem do szyb­kie­go mar­szu z kij­ka­mi. Tere­ny tego mar­szu były naj­bar­dziej pustyn­ne z dotych­cza­so­wych. Pła­sko­wy­że oto­czo­ne postrzę­pio­ny­mi góra­mi, pory­wi­sty wiatr w nos pod­no­szą­cy pia­sek w mini burze pisko­we. Wiatr wysu­szał bar­dziej niż słoń­ce, trze­ba było co chwi­la prze­płu­ki­wać usta, żeby nie wyschły na wiór. Było cież­ko. Pogo­da na zmia­nę, albo pie­kar­nik, albo wiatr i do tego per­spek­ty­wa, że potrwa to wie­ki ponie­waż nie mogę biec…

Tra­sa była w mia­rę pła­ska, z jed­ną wiel­ką wydmą po dro­dze i ostat­nim podej­ściem. Dru­ga poło­wa to szu­tro­wa dro­ga pod Księ­ży­co­wą Doli­nę (jed­na z atrak­cji tury­stycz­nych w oko­li­cy). Łącz­nie kil­ka­set metrów w górę i dół. Księ­ży­co­wa Doli­na zgra­ła się z ochło­dze­niem (ok godz. 17) i nagle zaczę­ły wra­cać mi siły do bie­gu, jak­by ktoś prze­łą­czył jakiś bez­piecz­nik. Ostat­nie kil­ka­na­ście kilo­me­trów mogłem znów biec, do tego w mia­rę nor­mal­nym tem­pem i tro­chę odro­bić czas mar­szu. Bie­gło się dobrze, kon­wer­su­jąc przez kil­ka kilo­me­trów z prze­mi­łym Fran­cu­zem o jego restau­ra­cji w Pary­żu gdzie mamy wpaść na ośmior­ni­ce… Tu wspo­mnę tyl­ko, że po 5 dniach bie­ga­nia na pacz­ko­wa­nym jedze­niu, tema­ty restau­ra­cyj­ne są naj­częst­szy­mi w obo­zo­wych roz­mo­wach.

Oka­za­ło się, że część z ludzi na przo­dzie wykoń­czy­ła się w upa­le i, ku moje­mu peł­ne­mu zasko­cze­niu, na tych ostat­nich km prze­sko­czy­łem jesz­cze kil­ka pozy­cji, koń­cząc po 12 godz. 22 min na 14 miej­scu oraz utrzy­mu­jąc 8 miej­sce w kla­sy­fi­ka­cji gene­ral­nej. Nie spo­dzie­wa­łem się tego, bio­rąc pod uwa­gę moc­ną wal­kę o prze­trwa­nie mie­dzy 20 a 60 km. Spo­koj­ne tem­po jed­nak się w mia­rę opła­ci­ło. Nie dotar­łem szyb­ko, ale bez dra­ma­tycz­nych incy­den­tów.

Cie­ka­wie spraw­dzi­ła sie nowa die­ta na cały dzień – przy­go­to­wa­łem sobie jajecz­ni­cę po mek­sy­kań­sku i pod­ja­da­łem na zim­no na punk­tach. Oprócz tego wore­czek orze­chów z rodzyn­ka­mi i do tego w poło­wie zro­bi­łem szyb­ko gaspac­cio, a kil­ka­na­scie km potem owo­co­wy smo­othie. Dopie­ro na ostat­nich km doło­ży­łem jeden żel, żeby bie­gu star­czy­ło do mety. Krót­ko mówiąc, cał­kiem nor­mal­na dzien­na die­ta, nie wywra­ca­ją­ca żołąd­ka do góry noga­mi w upa­le i łatwiej przy­swa­jal­na niż bato­ny i żele. „Lyofo­od” jak zwy­kle dało radę.

Dzień 6 to dzień odpo­czyn­ku, moment na poga­da­nie z resz­tą zawod­ni­ków, zale­cze­nie pęche­rzy na nogach i innych pro­ble­mów (u mnie ple­ców). Ranek nie był łatwy, ale teraz o 16 ple­cy dzia­ła­ją na tyle dobrze, że nie boję się aż tak bar­dzo jutrzej­szych 13 km. Teo­re­tycz­nie to for­mal­ność, run­da hono­ro­wa do San Pedro, ale róż­ni­ce mie­dzy miej­sca­mi są tak małe, że pew­nie dam z sie­bie spo­ro, żeby spró­bo­wać utrzy­mać się tego, gdzie jestem, więc nie prze­ry­waj­cie trzy­mać kciu­ków, przy­da się.

Listy z Atacamy: Odcinek 4

Kolej­ny dzień za mną, tym razem 44 km w dość trud­nym tere­nie. 6,5 godzi­ny dało mi dzi­siaj 9 miej­sce, ale wypo­czy­nek to nie był. Start bar­dzo ład­ny pod górę, spo­ro pia­chu i stro­my zbieg do rze­ki – zno­wu mokre buty. O tyle war­to było je pomo­czyć, że tra­sa bie­gła nie­sa­mo­wi­tym kanio­nem, z kawał­kiem pod wodo­spa­dem. Nie­ste­ty, po tym odcin­ku zaczę­ło sie już prze­dzie­ra­nie przez sol­ne rów­ni­ny, o któ­rych pisa­łem wcze­śniej – biec się nie da, wyła­mu­je kost­ki i tnie buty. Do tego wiatr przy­cichł i zro­bi­ła się kon­kret­na „patel­nia” (część zapa­so­wej wody lądo­wa­ła co chwi­lę na moim kar­ku). 13 km takiej zaba­wy cał­kiem nie­źle daje w kość. Naj­gor­szy dla mnie był jed­nak kolej­ny etap – 11 km naj­pierw dro­gą piasz­czy­sta, potem asfal­tem. Cały czas na hory­zon­cie za sobą widzia­łem kolej­ne­go zawod­ni­ka, więc żal było odpu­ścić… Tro­chę się tym truch­ta­niem do mety zmę­czy­łem. 

Teraz czas na wyżer­kę z „lyofo­od” – dzi­siaj nawet deser był. Wszyst­ko, żeby zebrać siły na jutrzej­szy decy­du­ją­cy etap – 80 km. To będzie dłu­ga dro­ga, więc kolej­ne­go wia­do­mo­ści będę słał raczej dopie­ro w pią­tek, jak doj­dę do sie­bie.

Listy z Atacamy: Odcinek 3

Dzień 3 nie był łatwy, tak jak się spo­dzie­wa­łem… Na moją nie­ko­rzyść zadzia­ła­ły chmu­ry, wszy­scy bie­ga­cze się roz­pę­dzi­li i nic ich za bar­dzo nie blo­ko­wa­ło, nawet upał. Dużo bie­ga­nia po pła­skim, nawet spo­ry kawa­łek asfal­tu. To mnie pod­ku­si­ło, żeby zmie­nić tak­ty­kę i pobiec pierw­sze 20 km bez przerw, za co zapła­ci­łem póź­niej w trud­niej­szym tere­nie. Nie mia­łem siły tam solid­nie pobiec i kil­ka osób mnie doszło. Ten trud­niej­szy teren to takie sol­ne kala­fio­ry (coś w rodza­ju sol­ne­go bło­ta, mokro-suche­go), raz twar­de, raz mięk­kie i trze­ba bar­dzo czuj­nie się po nich poru­szać, do tego tro­che twar­dych krza­czo­rów. Ogól­nie jed­nak lepiej się bie­gnie niż idzie (jak jest siła na bieg). Po kala­fio­rach przy­szła pora na wydmy z pia­chem po kost­ki. Tu też nie­któ­rzy bie­gli, ja raczej tyl­ko jak było kon­kret­niej z gór­ki. Finisz do obo­zu, to wbrew pozo­rom, dość faj­ny odci­nek. Widać z dale­ka obóz, ale przed nim jesz­cze 3 lub 4 piasz­czy­ste doli­ny do zbie­gnię­cia i wbie­gnię­cia, w tym jeden z rze­ką podob­ną do wczo­raj­szej.

Ogól­nie to raczej nie był mój ulu­bio­ny dzień. Spo­ro sił kosz­to­wa­ło mnie dotar­cie na 10 miej­scu. Jutro ma być bar­dzo trud­no (pola sol­ne). Liczę, że to mi wyha­mu­je te bie­go­we „stru­sie pędzi­wia­try”, a ja będę trzy­mał się z powro­tem oszczęd­ne­go pla­nu. Zoba­czy­my jak to zadzia­ła.

Nowe dania się spraw­dza­ją! Zim­ne gaspa­chio od „lyofo­od” to dzie­ło sztu­ki. Aż żału­ję, że nie mam go na każ­dy dzień. Ze sprzę­tu nic się na razie nie roz­pa­dło (odpu­kać!), a pęche­rze mnie w mia­rę oszczę­dza­ją – jakieś dro­bia­zgi na pal­cach po wczo­raj­szych wod­no-pia­sko­wych zaba­wach nie są na szczę­ście zbyt pro­ble­ma­tycz­ne.

Listy z Atacamy: Odcinek 2

Dzień 2 to spo­ro cie­plej­sza noc, ok 5–6 stop­ni. To już zupeł­nie cie­pło na mój śpi­wór, rano też jest cał­kiem zno­śnie przed star­tem. Dzi­siaj była bar­dzo cie­ka­wa tra­sa, po szyb­kim począt­ku, od 7 km zaczął się wąski kanion rze­ki San Pedro (Slot Cany­ons). Rwą­ca woda z top­nie­ją­ce­go na wul­ka­nach śnie­gu mro­zi­ła nogi, a bie­gli­śmy w tej wodzie kil­ka kilo­me­trów… taki swim­run tro­chę bo wcho­dzi­li­śmy i wycho­dzi­li­śmy z tej rze­ki wie­le razy po ska­łach, a jak ktoś nie tra­fił w pły­ci­znę to mógł cały dać nura (co cie­ka­we kil­ku oso­bom się to przy­tra­fi­ło).

Po wyj­ściu z kanio­nu roz­po­czę­ła się wspi­nacz­ka sta­rą dro­gą Inków do tune­lu pod prze­łę­czą, świet­ne wido­ki i zero bie­gu, było za stro­mo. Z prze­łę­czy wyszli­śmy na gigan­tycz­ną „ska­ło-wydmę”, po któ­rej bie­gli­śmy kolej­ne kil­ka km. Na koniec wydmy wisien­ka na tor­cie – zbieg w dro­bym wydmo­wym pia­sku kil­ka­dzie­siąt metrów w pio­nie. Nor­mal­nie tutaj na takich wydmach moż­na jeź­dzić na sand­bo­ar­dzie (snow­bo­ard zwy­kly w sumie), taka lokal­na atrak­cja.

Po zbie­gu z wydmy roz­po­cze­ła sie ostat­nia sek­cja, otwar­ta pusty­nia. Tro­chę bie­gu, tro­chę spę­ka­nych błot­nych sol­nych momen­tów, ogól­nie cież­ko bo wszyst­ko bar­dzo nagrza­ne i buty zaczę­ły tro­chę doskwie­rać. Na szczę­ście, to było tyl­ko ostat­nie 11 km. Ku moje­mu zasko­cze­niu, poja­wi­łem się na mecie jako 6.

Jutro kolej­ne 39 km, tym razem raczej bar­dziej pła­sko, za to spo­ro pia­sku… Naj­le­piej radzę sobie tam, gdzie jest zbyt trud­no żeby biec. Na pro­stych bie­go­wych kawał­kach idzie sła­bo, wycho­dzi brak odpo­wied­nie­go tre­nin­gu bie­go­we­go. Krót­ko mówiąc, jak za sta­rych raj­do­wych cza­sów, im gorzej tym lepiej… Dzień poka­że do jakiej kate­go­rii go zali­czyć.

Głów­ne utrud­nie­nie na jakie muszę uwa­żać to upał. Nie jestem do nie­go zbyt przy­zwy­cza­jo­ny i pamie­tam co było w Nami­bii. Na razie jest ok, bo 40 km eta­py koń­czę ok godzi­ny 13, jesz­cze przed naj­więk­szym skwa­rem. Za to 80km w czwar­tek pozwo­li doświad­czyć go w całej oka­za­ło­ści. Na szczę­ście w czwar­tek ple­cak będzie już dużo lżej­szy, a kil­ka dni bie­ga­nia pozwo­li­ło się nie­co przy­zwy­cza­ić do pogo­dy.

4 Deserts: Namib Race 2018

Mój pierw­szy eta­po­wy bieg to była wiel­ka nie­wia­do­ma. Z jed­nej stro­ny wie­lo­let­nie doświad­cze­nie z naj­lep­szy­mi w Adven­tu­re Racing, z dru­giej zupeł­nie nowy dla mnie for­mat i 7 dni same­go bie­gu, mara­ton po mara­to­nie. Niby za bar­dzo się nie przej­mo­wa­łem, ale nut­ka nie­pew­no­ści gdzieś tam się plą­ta­ła.

Biegnę gdzieś po pustyni
Fot. Michał Gaw­ron

Wyszło nad­spo­dzie­wa­nie dobrze. Liczy­łem na pozy­cję gdzieś w poło­wie staw­ki, tym­cza­sem skoń­czy­łem na 11 miej­scu, z jed­nym eta­pem ukoń­czo­nym nawet na 9. Do tego naj­waż­niej­sze – zadzia­łał pra­wie każ­dy ele­ment pla­nu, od jedze­nia, przez sprzęt aż w koń­cu po roz­kład sił (co praw­da tu z pew­ną mody­fi­ka­cją pla­nu dzię­ki kole­dze z Hong Kon­gu).

Co cie­ka­we, nie­któ­re z moich roz­wią­zań były nowe i inspi­ru­ją­ce nawet dla bar­dziej doświad­czo­nych bie­ga­czy pustyn­nych eta­pó­wek, więc w naj­bliż­szych dniach spró­bu­ję to nie­co sze­rzej opi­sać, może ktoś sko­rzy­sta w przy­szło­ści z moich prze­te­sto­wa­nych roz­wią­zań.

zawartość plecaka na kontroli sprzętu
Zawar­tość ple­ca­ka pod­czas kon­tro­li sprzę­tu

Ple­cak nie nale­żał do naj­lżej­szych (9.8 kg), ale też mia­łem kil­ka dodat­ko­wych ele­men­tów, z któ­rych w przy­szło­ści mogę zre­zy­gno­wać, pew­nie obe­tnę na tym nawet jakieś 1–2 kg, głow­nie na jedze­niu ale też tro­chę na rze­czach.

Bar­dzo dobrze spraw­dzi­ła się dla mnie cał­kiem nowa stra­te­gia bie­gu 2–8, dwie minu­ty szyb­kie­go cho­du, osiem minut bie­gu. Nie jest to na pew­no meto­da na wygra­nie zawo­dów, ale za to świet­ny spo­sób na to, żeby koń­czyć każ­dy dzień na nie­złym miej­scu ze spo­rym zapa­sem sił. Taki roz­kład ma też inną zale­tę – pomógł mi dbać o regu­lar­ne nawad­nia­nie i jedze­nie. Robi­łem to tyl­ko (zawsze) w tych dwu­mi­nu­to­wych prze­rwach „ser­wi­so­wych”, dzię­ki cze­mu mogłem to robić odpo­wied­nio czę­sto i na spo­koj­nie. Jak wspo­mnia­łem wcze­śniej, nie do koń­ca była to moja zapla­no­wa­na tak­ty­ka, jed­nak po tym jak na pierw­szym eta­pie wyprze­dził mnie kole­ga David z HK wła­śnie w ten spo­sób, zde­cy­do­wa­łem się to wypró­bo­wać dru­gie­go dnia i w cią­gu kolej­nych dni dopa­so­wać bar­dziej pod sie­bie. Spraw­dzi­ło się świet­nie.

Stra­te­gia ma oczy­wi­ście zasto­so­wa­nie  na bar­dziej pla­ska­tym tere­nie, jak zaczy­na­ją się bar­dzo stro­me podej­ścia, wyma­ga mody­fi­ka­cji. Życie poka­za­ło, że mody­fi­ka­cje rów­nież były­by przy­dat­ne w pie­kar­ni­ku 🙂 Pod­czas dłu­gie­go, 80km, eta­pu mimo oszczę­dza­nia sił prze­grza­łem się kon­kret­nie i potrze­bo­wa­łem pra­wie dwóch godzin, żeby z tego prze­grza­nia wyjść.

Nami­bij­ska tra­sa to więk­szo­ści dość twar­dy, zbi­ty piach i żwir z mniej licz­ny­mi atrak­cja­mi typu syp­ki pach (pla­ża i wydmy) czy bie­ga­nie w „nutel­li” (sol­ne wil­got­ne pola), było to z resz­tą widać po cza­sach naj­lep­szych w oko­li­cach 3:30 na mara­ton. Pusty­nia to pusty­nia, więc życia za wie­le tam nie było, jed­nak foki na wybrze­żu i wie­czor­ne wizy­ty sza­ka­li i hien uroz­ma­ica­ły nam ją dość moc­no. Była pew­na, acz­kol­wiek nie­wiel­ka, szan­sa spo­tka­nie wiel­kich afry­kań­skich kotów (lwy, lam­par­ty, gepar­dy), krót­ko mówiąc jest to świat psów i kotów :).

wieczorne rozmowy przy ognisku
Fot. Michał Gaw­ron

Cykl 4 Deserts to świet­na orga­ni­za­cja, dość kame­ral­na atmos­fe­ra, pięk­ne tere­ny i nie­sa­mo­wi­ci ludzie. For­mat  i spo­sób orga­ni­za­cji bie­gu jesz­cze wzmac­nia­ją kli­mat do nawią­zy­wa­nia cie­ka­wych kon­tak­tów. Codzien­nie poza kil­ko­ma godzi­na­mi bie­gu, resz­ta cza­su to drob­ne napra­wy sprzę­tu i wła­snej oso­by oraz roz­mo­wy z zawod­ni­ka­mi z całe­go świa­ta. Dla samych tych godzin przy ogniu i opo­wie­ści z naj­dal­szych zakąt­ków świa­ta war­to tam być. Brak zasię­gu komó­rek (co za tym idzie rów­nież inter­ne­tu) to rów­nież dość nie­zły tygo­dnio­wy wypo­czy­nek dla gło­wy. Z kolei na tra­sie, dzię­ki względ­nie małej ilo­ści uczest­ni­ków, moż­na przez dłu­gi czas być sam na sam z pusty­nią.

Ogrom­nie się cie­szę z suk­ce­su cha­ry­ta­tyw­nej stro­ny moje­go star­tu. Pro­jekt 4deserts4autism zebrał ponad 9600 zł (czy­li nawet ponad zakła­da­ne 8000) i dał mi moty­wa­cję do moc­niej­szej pra­cy niż zwy­kle. Miło było też widzieć jak wie­le innych osób wyko­rzy­stu­je ten cykl do wspie­ra­nia potrze­bu­ją­cych. Wie­lu z nas będzie bie­gać tak, czy ina­czej, wyda­wać mniej­sze lub więk­sze pie­nią­dze na swo­je hob­by, a połą­cze­nie tego z pomo­cą i moty­wa­cją do pomo­cy, to chy­ba dobra kom­bi­na­cja. War­ty uwa­gi jest na pew­no pro­jekt inne­go pol­skie­go zawod­ni­ka, Mar­ka Ryb­ca, któ­ry pod­czas pró­by zdo­by­cia pustyn­ne­go szle­ma (4 pustyn­ne star­ty w jed­nym roku) ma ambit­ny cel zebra­nia 100 tyś zł na wspar­cie jed­ne­go z war­szaw­skich hospi­cjów. Trzy­mam kciu­ki za jego plan i zachę­cam Was do wspar­cia.

Nami­bia to było moje trze­cie spo­tka­nie z pustyn­nym bie­ga­niem (po dwu­krot­nej wizy­cie na Gobi) i wiem na pew­no, że nie ostat­nie. Wstęp­nie szy­ku­ję się na edy­cję Ata­ca­ma, ale dopie­ro w 2019 roku, star­ty w eta­pów­kach tego rodza­ju to przede wszyst­kim obcią­że­nie cza­so­wo-finan­so­we i sta­now­czo muszę to mądrze roz­ło­żyć w pla­nach. W mię­dzy­cza­sie może uda mi się zapla­no­wać coś w innych rejo­nach świa­ta, parę pomy­słów już mi cho­dzi po gło­wie. Na razie jed­nak prze­sta­wiam się w tryb wod­no-lądo­wy swim­run.

Pol­scy zawod­ni­cy na mecie: Marek Rybiec, Michał Gaw­ron, Kuba Zwo­lin­ski

 

Plecak na diecie

Przy­go­to­wa­nia do sied­mio­dnio­we­go bie­gu „self-sup­por­ted” to strasz­nie dużo myśle­nia… nawet za daw­nych raj­do­wych cza­sów, nigdy nie musia­łem nosić ze sobą cało­ści wypo­sa­że­nia na 7 dni, zawsze były jakieś prze­pa­ki, cza­sem moż­li­wość dopo­sa­że­nia w skle­pie / od innych zawod­ni­ków. Tu będzie tyl­ko pusty­nia i woda od orga­ni­za­to­rów.

Na począt­ku myśla­łem, że wezmę sta­ry ple­cak, zapa­ku­ję spraw­dzo­nym sta­rym sprzę­tem i goto­we, prze­cież nie będę się bawił w zbi­ja­nie kil­ku gra­mów na każ­dym ele­men­cie.

No i niby wyszło, ple­cak pod 15kg bez wody… Real­nie, z tym nie ubie­gnę za szyb­ko, a co gor­sza pew­nie też nie za dale­ko. Więc przy­szła pora na arkusz kal­ku­la­cyj­ny i kolej­ną por­cję myśle­nia – gdzie i jak pozbę­dę się kilo­gra­mów (wiem, mógł­bym po pro­stu zrzu­cić 5 kg wagi z brzu­cha i będzie super, ale… wyszło, że ta moja waga to już lepiej, żeby zosta­ła jak jest zanim prze­gnę z die­ta­mi).

Na potrze­by dal­sze­go myśle­nia, musia­łem pod­wę­dzić z kuch­ni wagę i zabrać się za die­tę ple­ca­ka – co moż­na odchu­dzić, a z cze­go zre­zy­gno­wać. Tu poob­ci­na­łem 100g, tam wyrzu­ci­łem 20g i po wszyst­kich ope­ra­cjach zbli­ży­łem się do 9kg, czy­li śred­niej wagi ple­ca­ka wśród zawod­ni­ków. Nie­ste­ty, oka­za­ło się, że jed­nak w tro­chę sprzę­tu muszę się dopo­sa­żyć, jak chcę biec w mia­rę na lek­ko. Na chwi­lę obec­ną wśród nie­wia­do­mych pozo­stał chy­ba już tyl­ko śpi­wór i zapas żyw­no­ści.

Teraz jesz­cze tyl­ko muszę to wszyst­ko upchnąć w 20 litro­wy ple­cak…

Projekt 4deserts4autism.org

Kie­dy pierw­szy raz usły­sza­łem lata temu o Mara­thon des Sables czy Desert Cup (to chy­ba było gdzieś w oko­li­cach 2004, 4 Deserts jesz­cze nie ist­niał), wyda­wa­ło mi się to czymś nie­sa­mo­wi­tym i nie­osią­gal­nym. Bie­ga­nie trak­to­wa­łem wte­dy bar­dziej jako przy­go­to­wa­nie do Adven­tu­re Racing i nie wyobra­ża­łem sobie star­tu w zawo­dach, któ­re tyl­ko na tym pole­ga­ją.

Para­dok­sal­nie, pierw­szy raz na pusty­ni pobie­głem lata póź­niej, kie­dy po dłu­giej prze­rwie wró­ci­łem do spor­to­wej aktyw­no­ści. W 2014 i 2015 wzią­łem udział w impre­zie na pusty­ni Gobi, gdzie do prze­by­cia było ok 130 km w kil­ku eta­pach. To był tak napraw­dę pierw­szy impuls, żeby zacząć myśleć o “praw­dzi­wym” star­cie na pusty­ni.

Temat jed­nak odło­ży­łem na bok na kolej­ne dwa lata i rok po roku wra­ca­łem do wydol­no­ści, któ­ra pozwa­la cie­szyć się bie­giem na każ­dym kilo­me­trze (no, pra­wie każ­dym). Naj­pierw Super­ma­ra­ton Gór Sto­ło­wych, Bieg Rzeź­ni­ka (nostal­gicz­ny come back na tra­sę rów­no po 10 latach), Zimo­wy Ultra­ma­ra­ton Kar­ko­no­ski, potem coraz dalej i wyżej – Lakes Sky Ultra czy wresz­cie Bieg Gra­nią Tatr.

Co cie­ka­we, jesz­cze kil­ka mie­się­cy temu nie myśla­łem na serio o eta­pów­ce na pusty­ni, sku­pia­jąc się wyłącz­nie na górach. Impuls przy­szedł z zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nej stro­ny – na stro­nie bie­ga­czy ultra na Fb poja­wił się post zbie­ra­ją­cy chęt­nych do pro­jek­tu star­tu we wszyst­kich edy­cjach 4 Deserts w ramach pla­no­wa­ne­go pro­gra­mu pew­nej sta­cji tv. Muszę przy­znać, ze strasz­nie spodo­ba­ła mi się ta idea – za cenę odro­bi­ny pry­wat­no­ści poja­wił­by się spon­sor na wszyst­kie 4 eta­py i moż­na było­by się skon­cen­tro­wać na samych tre­nin­gach i jakimś faj­nym dodat­ko­wym celu cha­ry­ta­tyw­nym (a do tego roz­głos medial­ny tyl­ko by się przy­dał). Nadal było to jed­nak moc­no abs­trak­cyj­ne i nie trak­to­wa­łem idei star­tu w tym roku zbyt poważ­nie.

Prak­tycz­nie do listo­pa­da nie było wia­do­mo co będzie z pla­no­wa­nym medio­wym pro­jek­tem, więc cze­ka­łem… Wresz­cie przy­szła spóź­nio­na wia­do­mość – nic nie będzie, pro­jekt został odwo­ła­ny.

Niby nic takie­go, w koń­cu prze­cież nie pla­no­wa­łem nigdzie jechać, to nie poja­dę. Tyl­ko, że… tak się nasta­wi­łem psy­chicz­nie na to, że nagle zaczę­ło mi tej wizji bar­dzo bra­ko­wać. Jeśli cze­goś bar­do się chce, to za wie­le nie ma wybo­ru, trze­ba spró­bo­wać to zro­bić. Tak więc pod­li­czy­łem co udźwi­gnie kar­ta kre­dy­to­wa i wpła­ci­łem wpi­so­we. Od tego momen­tu, spra­wa wizja star­tu z pustyn­ne­go mira­żu zamie­ni­ła się w real­ny widok oazy na koń­cu dro­gi :).

Bieg w jed­nej czy kil­ku edy­cjach 4 pustyń to zawsze duże obcią­że­nie… dla oto­cze­nia zawod­ni­ka. W pewien spo­sób bie­ga­nie i star­ty w tak dużych zawo­dach to bar­dzo ego­istycz­na spra­wa. Czas kie­dy tre­nu­ję, to czas któ­ry muszę wyciąć z życia rodzin­ne­go czy zawo­do­we­go i nie zawsze mogę to sen­sow­nie połą­czyć.

Nie lubię zasła­nia­nia się “pasją” czy “odkry­wa­niem sie­bie”, bo to bzdu­ra, bie­gam bo lubię i czu­ję się od tego lepiej. Nie jestem zawo­do­wym spor­tow­cem, nie żyję z tego i muszę nawet przed sobą przy­znać, ze to po pro­stu hob­by bez któ­re­go moż­na egzy­sto­wać. Czymś innym będzie krót­ki jog­ging kil­ka razy w tygo­dniu, a czymś innym poświę­ca­nie wie­lu godzin tygo­dnio­wo na tre­ning plus worek pie­nię­dzy na wyjaz­dy i sprzęt. Nie chcę rów­nież, żeby ktoś opła­cał moją “zaba­wę”, kie­dy na świe­cie są dużo waż­niej­sze potrze­by.

Tak dosze­dłem do kon­kre­tu – chcę nadać moje­mu bie­ga­niu sens i uspra­wie­dli­wić się sam przed sobą. Chcę, żeby moje hob­by mogło przy­nieść jakiś wymier­ny pozy­tyw­ny sku­tek i pomóc innym. Z racji, że moja żona od lat zaj­mu­je się dia­gno­zą i tera­pią osób z auty­zmem, natu­ral­nym wybo­rem była zna­na mi orga­ni­za­cja, tak tra­fi­ło na Sto­wa­rzy­sze­nia na Rzecz Osób z Auty­zmem Pro­FU­TU­RO. Sto­wa­rzy­sze­nie zarów­no poma­ga dia­gno­zo­wać i pro­wa­dzić tera­pię dzie­ci, jak też poma­ga już doro­słym auty­stom funk­cjo­no­wać w spo­łe­czeń­stwie.

Start w Nami­bii nie będzie jakimś nie­zwy­kłym doko­na­niem na mia­rę zimo­we­go wej­ścia na K2 czy prze­pły­nię­cia samot­nie oce­anu, ale wie­rzę, że dla wie­lu może być czymś cie­ka­wym, inspi­ra­cją nie tyl­ko do aktyw­no­ści, ale przede wszyst­kim do tego, że może­my połą­czyć zaba­wę z pomo­cą innym. Jeśli na razie pobie­gnię­cie na pusty­ni jest dla was rów­nie abs­trak­cyj­ne jak dla mnie kie­dyś, po pro­stu dołącz­cie tutaj i dziel­cie ze mną ten start.

Na Face­bo­ok zosta­ła utwo­rzo­na zbiór­kę (fun­dra­iser), moż­na wpła­cać bez­po­śred­nio korzy­sta­jąc z płat­no­ści ser­wi­su. Co cie­ka­we, Face­bo­ok nie pobie­ra żad­nych pro­wi­zji od tych wpłat, całość tra­fia na kon­to wybra­nej orga­ni­za­cji. Adres zbiór­ki: https://www.facebook.com/donate/900417960134984/

Jeśli kogoś draż­ni prze­sy­ła­nie pie­nię­dzy poprzez Face­bo­ok, a nadal chce pomóc, na stro­nie www.4deserts4autism.org umie­ści­łem dane Sto­wa­rzy­sze­nia Pro­FU­TU­RO razem z wszyst­ki­mi nie­zbęd­ny­mi infor­ma­cja­mi do prze­le­wu.

To było na tyle przy­dłu­gie­go wstę­pu. Teraz zbie­ram się na tre­ning. Na tej stro­nie podzie­lę się moimi prze­my­śle­nia­mi o przy­go­to­wa­niach, sprzę­cie i wszyst­kim innym zwią­za­nym ze star­tem w Nami­bii… Cokol­wiek, co zain­spi­ru­je Was do wspar­cia dobre­go celu 🙂

ps. jak dotar­li­ście aż do koń­ca tego tek­stu, to teraz chy­ba czas dowie­dzieć się wię­cej o auty­zmie – pole­cam http://pro-futuro.org/autyzm/, https://pl.wikipedia.org/wiki/Spekt…, https://www.autismspeaks.org/ i wie­le innych cie­ka­wych źró­deł